Ogród wieczornych mgieł Tan Twan Enga

Z powodu sentymentalno-młodopolskiego tytuły (wszak brzmi to trochę jak melodia mgieł nocnych) długo odkładałam tę lekturę. Wydawało mi się, że będzie to takie bardzo kobiece, ckliwe romansidło. Pomyliłam się strasznie, ale to także nie jest dobra wiadomość, ponieważ Ogród wieczornych mgieł to bardzo męska lektura, a polityki i wojny jest tu zdecydowanie więcej niż romansu.

Akcja powieści Tan Twan Enga rozgrywa się w powojennej Malezji, niewielkim wyspiarskim kraju, zamieszkałym głównie przez Chińczyków znad Cieśniny, ale także przez brytyjskich kolonizatorów oraz emigrantów z Indii, Afryki Południowej i właściwie z każdego innego zakątka ziemi. Główną bohaterką jest tu będąca już u kresu życia Yun Ling, spisująca swoje wspomnienia z młodości. Najważniejszym czasem w jej życiu okazuje się długi pobyt w górach Cameron, do których teraz powraca. Wtedy to Yun Ling, odwiedzająca starego przyjaciela rodziny, jakoby utknęła na plantacji herbaty na ponad rok, podczas którego ta skrzywdzona przez Japończyków prawniczka, zdołała nadać nowy sens swojemu życiu i pozbierać się po traumatycznych doświadczeniach związanych z pobytem w japońskim obozie i śmiercią najbliższych jej osób. Pomocną dłoń wyciąga do młodej kobiety sąsiad, o dziwo Japończyk, i właściwie już od pierwszego spotkania czytelnik wie, że między tymi bohaterami nawiąże się romans. Aritomo, bo tak ma pan na imię, to tajemniczy ogrodnik, będący przed wojną nadwornym ogrodnikiem samego cesarza. Ten milczący i szorstki typ okazuje się mieć słabość do poturbowanej przez życie Yun Ling, którą będzie przez wiele miesięcy uczyć tajemnej sztuki komponowania japońskich ogrodów.

Ze względu na azjatyckie klimaty opowieści, jest tu aż nadto poetyckich metafor, co podejrzewam, nie wszystkim może się podobać. Pełno tu tytułowych mgieł, ale także szumu wiatru, błysków słońca, deszczowych melodii i innych motywów nadających się osobno i w zestawie do tworzenia naprawdę kiczowatych wierszy. Przyznam, że to zupełnie nie moja stylistyka. W dodatku, choć wydawać by się mogło, że takie zabiegi ,,zmiękczą” klimat, to jednak całość wypada dość sucho, kanciasto i bezdusznie. Nie lubię tak sobie stereotypowo domniemywać, ale jakoś w tym przypadku nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że gdyby Ogród wieczornych mgieł napisała kobieta, to byłaby to znacznie ciekawsza powieść.

Może i mam braki w wyobraźni (osobiście winię za to dzieciństwo spędzone na oglądaniu filmów z Chuckiem Norrisem) ale jakoś nie mogę się wczuć w historię miłosną ludzi, o których tak mało wiem jak w tym przypadku. Główna bohaterka wydaje mi się bardzo niespójna, jakby poskładana z osobowości kilku różnych kobiet. Jest to postać niesympatyczna i zupełnie nieprzysiadalna, ale może to celowy zabieg autora, który chciał nam pokazać, co parę lat obozu robi z ludzką psychiką. Aritomo natomiast to zupełna enigma. O jego życiu praktycznie nic nie wiadomo. Jak dla mnie ta postać to praktycznie karykatura typowego bohatera romantycznego. Podczas lektury bardzo przeszkadzało mi też to, że nie wiem jak ci ludzie właściwie wyglądają. Poza tym, że on jest Japończykiem z lekką siwizną, a ona jest Chinką bez dwóch palców (no poważnie), niczego nie wiadomo. Trochę to dla mnie za mało, jak na wspólną podróż przez 400 stron. Koniecznie muszę napisać także o tym, że pan Tan Twan Eng zupełnie nie zna umiaru. Nie wystarcza mu nigdy, że jakaś postać ma mroczna tajemnicę z przeszłości, która pod koniec się wyjaśnia. Nie, tu absolutnie każda postać ma wiele, wiele sekretów, a każde wydarzenie ma zawsze drugie, trzecie i czwarte absurdalne dno. Najwięcej przesady jest oczywiście w kreacji Wielkiego Ogrodniczego Aritomo. Nie dość, że mężczyzna jak nikt inny zna się na ogrodach, to w dodatku jest mistrzem łucznictwa oraz tatuażu, a także wykonuje przepiękne wielokolorowe drzeworyty. Szpieg, buntownik i wojenny bohater ratujący nieszczęsnych Malezyjczyków, który w wolnych chwilach skleja też latające lampiony. No trochę tego za dużo jak dla mnie.

Oczywiście Ogród wieczornych mgieł ma też swoje zalety. Gdyby nie ta książka nie dowiedziałabym się tak wiele ani o japońskiej okupacji chińskich terytoriów, ani o zbrodniach wojennych jakich dopuszczali się żołnierze pochodzący z Kraju Kwitnącej Wiśni (bardzo kulturalny naród, prawie jak Niemcy). To chyba dobrze gdy książka wymaga od czytelnika skupienia i ciągłego poszerzania granic swojego świta. Przyznam się szczerze, że do niedawna nie wiedziałam nawet, że jest coś takiego jak Malaje, a teraz, dzięki książce Tan Twan Enga i internetowi, myślę, że wiem całkiem sporo, a przynajmniej tyle, że nigdy nie chciałabym się znaleźć w tym tropikalnym piekle.

Jeśli ktoś lubi kolonialne klimaty i nie zależy mu zbytnio na wnikliwych opisach psychologicznych, to to połączenie Wyznań gejszy z Pożegnaniem z Afryką może mu nawet przypaść do gustu. Mam przeczucie, że sporo mam i żon znajdzie Ogród wieczornych mgieł w tym roku pod choinką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *