Dziewczyna z lilią

Jak tylko zobaczyłam na plakacie dwoje najpiękniejszych żyjących Francuzów, wiedziałam, że muszę zobaczyć Dziewczynę z lilią. Audrey Tautou i Romain Duris, czyli obdarzeni potężnym ładunkiem talentu i uroku osobistego Amelia i Heartbreaker wcielają się tu w parę kochanków rozdzielonych przez śmiertelną chorobę. Opis niby zupełnie zwyczajny. Historia niby z gatunku tych, które już setki razy widzieliśmy w kinie, a jednak ten film ani przez sekundę nie jest tym, czego można było się spodziewać. Jako ktoś kto nie znał wcześniejszej twórczości reżyserskiej Michaela Gondry’ego, przez kilkanaście pierwszych minut filmu intensywnie myślałam, że w zapowiedziach powinny być ostrzeżenia, iż oglądanie tych surrealistycznych obrazków może widzowi usmażyć mózg, a już na pewno niebezpiecznie pobudzić wyobraźnię.

Ale czy rzeczywiście Gondry’ego zupełnie nie kojarzę? No niekoniecznie, okazało się bowiem, że po tych kilkunastu minutach filmowych fajerwerków, kilka starszych pań czmychnęło z sali kinowej, a ja sobie przypomniałam, że już kiedyś widziałam coś takiego. To z Zakochanego bez pamięci Gondry’ego, na którym ryczałam jak bóbr, ludzie wychodzili oburzeni i z poczuciem, że ktoś ich oszukał. Miała być komedia romantyczna a tu o takie coś. Jak jeszcze głębiej podłubałam w pamięci, wciąż jednak bacznie obserwując akcję, dokopałam się podobieństwa animacji Dziewczyny z lilią do Jak we śnie i już wiedziałam na czym stoję, oraz dlaczego jest tak bombastycznie dziwnie.

Ten przydługi opis mojego strumienia świadomości miał być tylko wprowadzeniem do wyjaśnienia tego, jak bardzo niecodziennie i obco możemy się poczuć na nowym filmie francuskiego reżysera. Jest dziwnie, a widzowie ze skłonnością do epilepsji powinni w ogóle unikać tego obrazu, ale z pewnością pozostali muszą potraktować Dziewczynę z lilią jako pozycję obowiązkową tegorocznych wakacji filmowych. Coś czuję, że niedługo zaczniemy mówić o tym dziele używając takich epitetów jak ,,kultowy” i ,,przełomowy”.

Audrey Tautou i Romain Duris

W warstwie fabularnej jest to typowa francuska komedia romantyczna, a przynajmniej w dwóch trzecich, ponieważ zakończenie jest bardzo melodramatyczne. Bogaty wynalazca Colin (Duris) żyje sobie radośnie życiem Piotrusia Pana w domku z wagonu, wraz ze swoim przyjacielem/kucharzem/prawnikiem Nicolasem (Sy). Do pełni szczęścia brakuje mu oczywiście tylko miłości, ale i tę pustkę szybko wypełnia. Zakochuje się z wzajemnością w czarującej Chloe (Tautou) i leci to sobie tak dalej aż do bajkowego ślubu i podróży poślubnej. Niespodziewanie pojawia się zawirowanie w postaci choroby młodej żonki i bach, bum, kabum… Świat nie jest już kolorowym snem wariata, a szarą rzeczywistością.

Jak już wspomniałam, mamy takich ckliwych opowieści na pęczki, ale to sposób pokazania, a nie to co się pokazuje, ma tu znaczenie. Twórcy filmu fundują nam surrealistyczne widowisko, przy którym filmy z Louisem De Funesem (nawet Hiberantus czy Kapuśniaczek) to przedstawiciele surowego realizmu. Animacje jak z Misia Uszatka i pojazdy jak z Jetsonów, a wszystko to zanurzone w musującym jazzowym koktajlu. Tego wręcz nie da się opowiedzieć. Słodki romans, a obok groteska i makabra (zwróćcie szczególną uwagę na boczny wątek filozofa Partre’a, parodii Sartre’a; GENIALNE). Głębokie, psychologiczne portrety postaci, a obok nich człowiek-mysz w replice domu, w którym mieszka. Nic dziwnego, że widzowie, którym nie starcza dystansu, inteligencji i poczucia humoru, wychodzą z kina i czują się oszukani. Tak powinno być. Za to cała reszta z pewnością doceni ten niewiarygodny wręcz tryumf filmowej wizji, czystej imaginacji, prawdziwej sztuki.

3 thoughts on “Dziewczyna z lilią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *