Makbet

Jeśli jeszcze się zastanawiacie czy iść do kina na Makbeta, to przypominam, że przecież lepiej iść na Szekspira niż na cokolwiek innego. Nie żebym się znała, ale na seanse do Multikina, czyli szekspirowskie transmisje z Londynu, chadzam dość regularnie i muszę przyznać, że jednak film był dla mnie łatwiejszym dziełem do przyjęcia. Jakoś nie rozumiem zupełnie tego psioczenia i wybrzydzania nad najnowszym obrazem Justina Kurzela, że za mało/za dużo teatralności, a że muzyka nie taka, że slow motion za dużo. Zanim dotarłam do kina już zdążyłam się dowiedzieć, że miało być jak w 300 czy w Grze o tron, że drętwe monologi nie pasują do kinowego ekranu. A to przecież bardzo dobry film! Co więcej, dzięki temu, że adaptacja Szekspira jest taka dynamiczna i hipnotyczna, ma szansę trafić do młodszej widowni, która do teatru raczej by się nie wybrała.

Szkocja jak Mars

Na początku sądziłam, że o tym, o czym opowiada Makbet (obok Hamleta najsłynniejszy dramat świata) nie trzeba nikomu opowiadać. Niestety jednak mąż wyprowadził mnie z błędu, zresztą sama dobrze wiem jak są obecnie prowadzone lekcje w szkole i ile czasu mają uczniowie na zapoznanie się z literackimi arcydziełami (a raczej z ich fragmentami). Zatem w skrócie chodzi o to, że w głębokim średniowieczu (XI wiek) dzielny wojownik szkockiego króla Duncana Makbet wygrał dla niego decydującą bitwę, pogrążającą jego wrogów. Zaraz po bitwie ukazały się mu i jego towarzyszowi Bankowi trzy czarownice, które przepowiedziały Makbetowi świetlaną przyszłość, z objęciem korony włącznie. Dalej akcja toczy się błyskawicznie, agresywnie popychana zachętą lady Makbet. Ta dzielna i ambitna niewiasta zmusza męża by pomógł szczęściu i zabił króla. Z początku pełen wątpliwości Makbet, ulega namowom żony, ale że niestety jedna zbrodnia pociąga za sobą kolejne, zaczyna tracić rozum i zamienia się w okrutnego tyrana. Szanowna małżonka natomiast, tak pełna męstwa i okrucieństwa, zaczyna gorzko żałować tego, co rozpoczęła. Tak to mniej więcej wygląda. Wielki dramat o władzy, miłości, szaleństwie i piekle sumienia.

Michael Fassbender jako Makbet
Michael Fassbender jako Makbet

Justin Kurzel zrobił wszystko, by z dramatu Szekspira wyciągnąć to, co uniwersalne i ponadczasowe (nie żebym uważała, że to konieczne, ale, znowu, pamiętajmy o młodszych widzach). Minimalistyczna scenografia sprawia, że równie dobrze jak Szkocja, mogłaby to być jakakolwiek inna kraina. Poza czyhającymi na granicy Norwegami i początkową bitwą, brak także akcentów historycznych. No, ale najważniejsze, że psychologia postaci także jest bliższa współczesnemu widzowi. Zapewniam, że na ekranie dzieje się prawdziwa magia, szczególnie w scenach małżeńskich. Filmowcom udało się wyczarować intymną przytulność nawet w tak nieprawdopodobnym wnętrzu jak drewniana szopa zimą (to chyba był dom Makbetów, a zima wcale nie musi być tu zimą, gdyż pory roku także jakby zniesiono). Może z opisu to wygląda dosyć dziwnie, ale zapewniam, że ogląda się znakomicie.

Poza językiem

Najbardziej w tym filmie spodobało mi się to, że postaci, wiernie odtwarzające dość długie i momentami niezbyt naturalne w prezentowanych sytuacjach monologi, jednocześnie robią wszystko by tę nienaturalność znieść. Zapewniam, że właśnie po tym poznacie, że nie ma tu praktycznie słabych aktorów, nawet dzieci dają z siebie wszystko. Oczywiście jest to szczególnie widoczne w scenach rozmów małżeńskich, gdy wypowiadane słowa należą do dobrze wychowanych arystokratów, ale ich czyny są już czynami pełnych pasji i namiętności kochających się żarliwie małżonków. Jest tu naprawdę wprost elektryzujące napięcie. Fantastyczna jest także ostatnia scena Lady Makbet. Nie jest to żadne mamrotanie do siebie, nie zobaczycie w filmie także upartego mycia rąk.

Makbet-3

Muszę także napisać o tym co najbardziej oczywiste. W końcu idąc na nowego Makbeta, idziemy przede wszystkim na Michaela Fassbendra. Aktor znakomicie wywiązuje się ze swej roli, a jedyne do czego można by się przyczepić to to, że na chłodnej pustyni, w która zamieniono Szkocję, prezentuje się niczym Lawrence z Arabii, szczególnie w drugiej połowie filmu, gdy dochodzi królewski makijaż (jest pokusa by przez to nie traktować go zbyt poważnie). No i nie pomaga mu też fakt, że gra ostatnio we wszystkim, jest co tydzień w kinie, a my łapiemy się na tym, że gdy tylko Makbet w szaleństwie uśmiecha się ironicznie do żony, zaczynamy sami siebie pytać, co tu robi Steve Jobs. Cóż, może się czepiam, może też, jak wszystkim rodzimym krytykom, którzy czują się wielkimi szekspirologami, w głowie mi się poprzewracało od nadmiaru dobroci. Dlatego też nie wspomnę już choćby o tym jak brzmi udawany szkocki akcent w wykonaniu Fassbendera (widać, że nie oglądał How to speak Outlander na YouTubie :). I tak fanki piszczą i wzdychają na widowni.

Choć Fasbenser jest dobry, to jednak Marion Cotillard jest w moim odczuciu znacznie lepsza. Mogłabym na nią patrzeć godzinami. Z początku jej wybór nie wydawał się najlepszy. Lady Makbet, ta podstępna modliszka, tradycyjnie powinna być kipiącym od seksu drapieżnym kociakiem o okrutnym spojrzeniu, a tu dostajemy wcielenie niewinnej dziewczęcości o twarzy anioła. Francuska aktorka na ekranie prezentuje się tak świeżo, czysto i skromnie, że jej słowa o ambicji, męstwie i mordzie muszą szokować. Jej udział to naprawdę dobry, choć nieoczywisty wybór.

Nowy Makbet to wizualna uczta i trzeba być ślepym by tego nie dostrzec. Mroczne plenery, intymne ciepłe wnętrza, zaskakujące kostiumy i charakteryzacja, z pewnością będą miały duży wpływ na popkulturę i modę. Idźcie do kina choćby dla pięknych zdjęć Adama Arkapawa i dla błękitu na twarzy Lady Makbet.

One thought on “Makbet

  • Styczeń 16, 2016 at 9:58 pm
    Permalink

    Bardzo podobał mi się klimat tego filmu. A przede wszystkim Marion. Przez cały film nie wiedziałam, kim była aktorka, a później byłam zaskoczona, że to ona!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *