1000 lat po Ziemi

A mówili mi ,,Nie oglądaj tego filmu”. Ostrzegały mnie setki negatywnych recenzji i tysiące komentarzy rozczarowanych widzów, którzy już po kilku minutach seansu zorientowali się, że wszystko co najlepsze znalazło się w zapowiedziach. Nie posłuchałam i teraz jakoś muszę przeboleć te dwie godziny wyrwane z życia. Pocieszam się myślą, że (zapewne dlatego, iż film był w zamyśle familijny) nie był na tyle okropny by pozostawić w mojej pamięci trwały ślad. Za tydzień nie będę pamiętała pewno nawet kto tam gra, a tymczasem… Tymczasem pamiętam i już wam mówię, jakie rozczarowanie mnie spotkało. Tak w skrócie to wypada stwierdzić, że tak by wyglądał Pan Kleks w Kosmosie, gdyby Piotr Fronczewski miał nastoletniego syna z ambicjami aktorskimi. Nawet już to widzę oczyma wyobraźni, a wizja szczególnie się wyostrza na pomyśle by zamiast generała Cyphera Raige’a (no co to za imię Cyfer?) głównym bohaterem był, jeśli nie sam Ambroży Kleks, to może komandor Max Benson. I jeszcze wam powiem, że film by na tym zyskał.

After Earth to opowieść rozpoczynająca się w odległej przyszłości, gdy ludzie zniszczyli już doszczętnie biedną Ziemię i zamieszkali na jakiejś odległej planecie. Poznajemy tam bardzo ambitnego kadeta szkoły wojskowej o imieniu Kitai (już nawet nie skomentuję), którego gra Jaden Smith. Już sam pomysł by dać dwunastolatka do roli wojskowego wydaje się absurdalny. Biedny mały chłopiec wygląda śmiesznie wśród dorosłych żołnierzy. Mogli mu chociaż dla poprawienia efektu dać jakieś dzieci do towarzystwa, bo jakoś trudno mi uwierzyć, że rywalizuje z dorosłymi mięśniakami i jeszcze wygrywa. A dalej jest jeszcze lepiej. Ojcem Kitaia (czy jak to się tam odmienia) jest narodowy bohater, generał Raige, który synusia jakoś nie kocha, albo raczej wysyła sygnały, że go pokocha, jak sobie maluch zasłuży. Jak się pewno domyślacie, jest to główny konflikt w tym filmie, a zresztą o inny byłoby raczej trudno, ponieważ przez większość czasu oglądamy na ekranie tylko te dwa, co prawda bardzo przystojne, hebanowe oblicza. Gdy podczas pewnej kosmicznej przejażdżki statek się psuje i trzeba awaryjnie lądować na Ziemi, chłopak dostaje swoją szansę. Musi przebyć setki kilometrów przez totalną dzicz, by ocalić ojca i móc wrócić do domu.

Pomysł, przynajmniej na papierze, mógłby się wydawać całkiem dobry, ale jego realizacja jest koszmarna. Mnie osobiście najbardziej przeszkadzała tandetna scenografia, stąd może to skojarzenie z Panem Kleksem. To, że jesteśmy akurat wewnątrz statku kosmicznego można na przykład poznać po dużych ilościach zwisającej folii, rurach (od odkurzacza jak u Melośmiacza) oraz po dziwacznych błonach/przesłonach zastępujących drzwi. No Prometeusz to to nie był. Mniej tandetnie wyglądały ziemskie sceny, choć większość przedstawionych zwierząt to jakieś karykatury, a zbliżenia na twarz Jadena Smitha, tworzącego na naszych oczach nową definicję drewnianego aktorstwa, też nie należały do przyjemności. W pewnych momentach byłam wręcz rozbawiona kolejnymi niespodziankami, choć pewno nie taki był zamysł. Jestem pewna, że za atak stada wściekłych pawianów, albo za lot lotopałanki nad przepaścią, After Earth dostanie w przyszłym roku sporo Złotych Malin (chyba, że Adam Sandler w czymś zagra).

Jednym słowem, jeśli gdzieś jeszcze grają ten film, to omijajcie kina szerokim łukiem, chyba, że coś wypijecie i najdzie was chętka by obejrzeć coś absurdalnego, a akurat DVD z Planetą małp (tą z Charltonem Hestonem oczywiście!) gdzieś wam zaginie. Może wam się nawet wydawać, że to kolejna część sagi o człekokształtnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *