Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia

Kontynuując wesołą podróż po nieco mniej wymagających działach aktualnej filmoteki, oddałam się wczoraj (zapamiętale i z dobrymi intencjami) oglądaniu drugiej części Igrzysk śmierci. Od razu może zaznaczę, że lubię się uważać za cierpliwego widza co to ,,wszystko zniesie i niczemu się nie dziwi”, jednak przy tym seansie niebezpieczne skoki ciśnienia przelatały się u mnie z falami furii, białej gorączki i puszczaniem pary z uszu. Jak można było nakręcić coś tak durnego? się pytam. Widziałam oczywiście pierwszą część (równie durnowatą) jednak chyba przez rok wyparłam smutne wspomnienia i zapomniałam na jak niskim filmowym pułapie się widz znajduje oglądając przygody papuśnej łuczniczki Katniss.

Nie ma nawet za bardzo co opowiadać fabuły, ponieważ jest ona bliźniaczo podobna do tej z pierwszej części. Mamy świat podzielony na biednych i bogatych, przy czym ci bogaci, poza tym, że ubierają się jak Maryla Rodowicz w Panu Kleksie, to jeszcze czasem lubią dla rozrywki popatrzeć jak biedota się nawzajem morduje. Dlatego też co roku organizowane są w brzydkim, zimowym kraju głodowe igrzyska, podczas których wylosowani pechowcy ganiają się po dziwnym torze przeszkód i wybijają się nawzajem jak stado wściekłych chomików zamkniętych w za małym akwarium. Zwyciężczyni zeszłorocznych igrzysk, Katniss Everdeen (aż głupio przytaczać takie nazwisko) wygrała jak na loterii udział w kolejnej masakrze, w której towarzyszy jej kolega cukiernik z tej samej wioski, Peeta Mellark. Okazuje się, że przyszłość całego narodu, nie wiedzieć czemu, zależy od tego, czy poddani uwierzą w wielką miłość tych dwojga. I to by było na tyle. Wieśniacy szykują rebelię, a elity rządzące chcą temu zapobiec poprzez ,,sprytne” manipulowanie przekazem medialnym z areny igrzysk.

Niestety, ani liczne odwołania do realiów życia współczesnych celebrytów, ani tym bardziej do kultury starożytnego Rzymu, nie są w stanie nadać głębszej wartości tej filmowej sieczce, w której aż się roi od wszelkiego rodzaju niedociągnięć i sprzeczności (chyba nigdy nie pojmę jak żyjący w średniowiecznych wioskach biedacy, nauczyli się obsługi najnowocześniejszych technologii). Jest to naprawdę bardzo nieudane sci-fi i bardzo nietrafiona satyra społeczna. Podobnie jak w przypadku pierwszej części tej opowieści, także jej druga odsłona sprawia wrażenie jakby była już gotową parodią samej siebie. Mnie rozśmieszyło szczególnie jednodniowe szkolenie, kreacje wielkiego krawca Kravitza, a także noszenie starej niemej czarownicy na plecach (jak w Zmierzchu normalnie) oraz picie wody prosto z drzewa przy użyciu barowego sączka. No durnoctwo kompletne. Najbardziej złości mnie fakt, że za pieniądze, jakie włożono w tę nieudolnie splecioną serię efektów specjalnych, można było pewnie nakręcić ze dwa wartościowe filmy.

Koniecznie muszę też napisać, że zupełnie nie rozumiem dlaczego Jennifer Lawrence dostała tego zeszłorocznego Oskara. Ładna, pełna buzia to chyba trochę za mało, zwłaszcza, że Igrzyska śmierci pokazują jej liczne warsztatowe niedociągnięcia. Aż przykro się na nią patrzy. Ta dziewczyna ma tylko jedną chmurną minę, przez którą wygląda na wiecznie wkurzoną, Nawet udział Lennego Kravitza czy Philipa Seymoura Hoffmana, nie równoważy aktorskiego bilansu tej produkcji.

No i na koniec jeszcze coś. Rozumiem, że Igrzyska śmierci to fabuła przeznaczona dla nastoletnich widzów (dobra widzek) spragnionych historii o nieszczęśliwej miłości i dzielnych chłopczycach. Złości mnie jednak to, że ktoś postanowił na niewyrobieniu i głupocie dzieciaków zarabiać, a w dodatku kształtować w nich jeszcze gorsze gusta. Nie podoba mi się to ani trochę, że pisze się coraz słabsze książki dla młodych czytelników, a potem karmi się ich jeszcze słabszymi filmami nakręconymi na ich podstawie. Może bym się tak nie oburzała, gdybym nie pamiętała ja to jest być nastolatką. Zapewniam, że nie wszyscy młodzi ludzie są złaknieni takiej durnej sieczki. Skoro nawet ja, mając naście lat mogłam oglądać ambitne filmy, czytać Prousta i Tomasza Manna, to chyba odrobinę młodszym widzom i czytelnikom także by to nie zaszkodziło (zwłaszcza, że podobno współczesne technologie tak pobudzają ich inteligencję). A jak dzieciaki są ciekawe miłosnych historii to niech już sobie tych nieszczęsnych Romea i Julię czytają. Mniej im zaszkodzi niż to kinowe badziewie.

 

4 thoughts on “Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia

  • Grudzień 30, 2013 at 3:24 am
    Permalink

    Ani trochę nie podzielam zdania autorki tej recenzji.
    Jennifer aktorką jednej, chmurnej miny? Czyżby?
    „[…]a także noszenie starej niemej czarownicy na plecach (jak w Zmierzchu normalnie)[…]”. Ach, tylko dlatego, że nic nie mówiła i była stara należy nazywać ją czarownicą? Co złego jest w tym, że chłopak chciał ocalić staruszce życie? I skąd to porównanie do Zmierzchu? Bo tam Edward brał Bellę na barana? Tylko w „Twilight” tak robiono?
    „Okazuje się, że przyszłość całego narodu, nie wiedzieć czemu, zależy od tego, czy poddani uwierzą w wielką miłość tych dwojga.” nie wiedzieć czemu? Mnie się wydawało, że w filmie zostało to jasno przedstawione.
    „(chyba nigdy nie pojmę jak żyjący w średniowiecznych wioskach biedacy, nauczyli się obsługi najnowocześniejszych technologii)” Nie do końca rozumiem o co Ci chodzi. Jeżeli mówisz o gościu imieniem Beetee, to ten zwój drutu, który miał, pozwolił mu wygrać swoje pierwsze Igrzyska, więc coś tam siłą rzeczy umiał, ale zwój drutu przecież nie jest najnowocześniejszą technologią, więc zapewne nie o tym mowa. Tak więc kogo obejmujesz pojęciem „żyjących w średniowiecznych wioskach biedakach, nie wiadomo jak nauczonej obsługi najnowocześniejszej technologii ” w tym zdaniu?
    „[…] w brzydkim, zimowym kraju […] ” a mówiąc o brzydkim, zimowym kraju, masz na myśli…?

    Jeszcze przyczepiłabym się do paru rzeczy, ale nie zrobię tego.

    Pragnę jeszcze powiedzieć, że nie nazwałabym Igrzysk chłamem, bo nim nie są. Jak na te czasy to zarówno książki jak i ich ekranizacje (z tej konkretnej serii) są naprawdę w porządku i w porównaniu do sztucznych romansideł typu „Zmierzch” wnoszą coś więcej niż przeświadczenie, że muszę mieć za chłopaka wampira, by coś znaczyć.

    Oczywiście to tylko moje zdanie, nie chcę nim urazić autorki tej recenzji ani nikogo innego.

    Reply
  • Pingback: Więzień labiryntu - Szczere recenzje filmów i książek

  • Grudzień 26, 2014 at 10:02 pm
    Permalink

    Zupełnie się nie zgadzam z autorką recenzji. Ja też unikam bezrefleksyjnych filmów „dla nastolatek”, aczkolwiek Igrzysk bym do nich nie zaliczyła. Przecież ten film przedstawia historię futurystycznego państwa, więc przedstawia niejako możliwe (oczywiście pod pewnymi warunkami) do zaistnienia w przyszłości wydarzenia. Stąd też moje zdziwienie, gdy czytam m.in. ten fragment: „(chyba nigdy nie pojmę jak żyjący w średniowiecznych wioskach biedacy, nauczyli się obsługi najnowocześniejszych technologii)” – jeśli się wczujemy w klimat filmu, zamiast doszukiwać na siłę błahych niedoskonałości, rzeczywiście pewne refleksje mogą zostać przyćmione…
    Jeśli właśnie o przemyślenia chodzi, to myślę, że warto się przez dłuższą chwilę pochylić nad problemem manipulacji społeczeństwa przez władze i zastanowić jak wielką rolę odgrywa w świecie propaganda. I może jeszcze pozwolę sobie dokonać na koniec osądu, bo jeśli jest to film dla nastolatek, to cieszę się, że sen im spędzają z powiek tak interesujące aspekty życia i z czystym sercem mogę je nazwać dobrze prosperującą inteligencją ;>.

    Reply
  • Kwiecień 13, 2015 at 5:32 am
    Permalink

    Nie mam w zwyczaju komentowania niczego w internecie, ale tym razem czynię wyjątek. Podoba mi się wyrażanie przez autorkę swojego zdania w sposób zdecydowany i wyrazisty, dostrzegam także pewną wspólną nić porozumienia (te same pokłady cynizmu). Nie mogę zgodzić się jednak na ignorancję, którą w tym wypadku prezentuje recenzentka. Porównanie Igrzysk.. do Zmierzchu jest sporym nadużyciem. Igrzyska nie są miałką rozrywką dla naiwnych nastolatek marzących o błyszczącym oswojonym wampirze z depresją i problemami egzystencjalnymi pokroju pytania o istnienie jego duszy. Igrzyska… to nieliczna lektura, która pokazuje jako główną bohaterkę dziewczynę z krwi i kości, wyposażoną w umiejętności pozwalające jej przeżyć (i o dziwo nie jest to super siła, czytanie w myślach, picie krwi lub inne tego typu bzdury). Ponadto warto się zastanowić nad tym o czym wspomniał już mój poprzednik, czyli mechanizmach propagandy, sposobach manipulacji, miałkości popkultury, nowych trendów, całego syfu, którymi wciąż jesteśmy bombardowani, a która owa lektura ukazuje.
    Odnoszę wrażenie, iż autorka uważa się za osobę obrażoną, tak miałką w jej mniemaniu, rozrywką. W końcu rozrywka tego typu nie jest artystycznym kinem, offową, niszową produkcją z głębokim przesłaniem. Trzeba jednak zauważyć, że ten film do takiej nie aspiruje.
    Ja także jako nastolatka czytałam światową literaturę i jak autorkę wkurzała mnie ignorancja rówieśników, jednak nie oznacza to, iż mam prawo traktować z góry osoby, które książki Manna nie miały nigdy w rękach. Nie każdy pretenduje bowiem do bycia intelektualistą, czy humanistą. Niestety takie mamy czasy, że cieszy mnie nawet fakt, iż młodzież w ogóle po literaturę sięga. I mam nadzieję, że może kiedy znudzi się mniej wymagającą lekturą, sięgnie po coś ambitniejszego.
    Nie jest moim zamiarem obrażenie autorki recenzji, a jedynie zwrócenie jej uwagi na fakt, że czasem warto jest dowiedzieć się więcej, nawet jeśli na pierwszy rzut oka film/książka/spektakl wydaje nam się niewiele wartym gniotem.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *