Gra o wszystko

Pierwszy kinowy seans tego roku i trafiło na Grę o wszystko. Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś znacznie gorszego, a na pewno nudniejszego. Nie wiem dlaczego, ale wprost nienawidzę wszelkiej maści gier, w szczególności gier karcianych, i razi mnie ogromnie pokazywanie ich na ekranie. Na szczęście w debiucie reżyserskim Aarona Sorkina dostajemy tylko niezbędne minimum akcji przy karcianym stole, a znacznie więcej historii, która może i nie jest szczególnie pasjonująca (czy też logiczna), ale za to pasjonująco opowiedziana.

Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

Oparta na prawdziwych wydarzeniach (opisanych w książce autorstwa głównej bohaterki) historia opowiada o niesamowicie zdeterminowanej, inteligentnej i elokwentnej kobiecie, Molly Bloom (Jessica Chastain). Molly od małego była wychowywana na mistrzynię w każdej dziedzinie życia. Jej ojciec, profesor psychologii (Kevin Costner), nie akceptował u swych dzieci przeciętności, dlatego też jego córka (podobnie jak i dwóch synów) musiała wykazywać się zarówno w szkole, jak i w aktywności sportowej. Niestety, gdy była już bliska udziału w Igrzyskach Olimpijskich, poważny wypadek zakończył jej narciarską karierę. Trochę z nudów, a trochę z ciekawości jak to jest być zwyczajną dziewczyną bez rodzicielskiego nadzoru, Molly rozpoczęła pracę jako kelnerka w nocnym klubie, a potem jako asystentka od wszystkiego pewnego naburmuszonego biznesmena, który wkręcił ją w świat hazardu. Zaczęła od umawiania koleżeńskich partyjek pokera, na których zjawiali się najpotężniejsi ludzie z LA, by po kilku latach przejąć grę i samodzielnie organizować nielegalne spotkania hazardowe, w których, jak wykazało potem śledztwo FBI, uczestniczyli nie tylko aktorzy czy przedsiębiorcy, ale i członkowie rosyjskiej mafii. Tego wszystkiego dowiadujemy się z licznych retrospekcji, wzbogaconych o rozbudowany komentarz Molly. Jednocześnie, na bliższej linii czasowej, śledzimy losy bohaterki po dwóch latach od zamknięcia jej małego interesu, kiedy to księżniczka nielegalnego pokera musi w sądzie zawalczyć nie tyle o siebie, co o godność i tajemnice swoich byłych klientów.

I w tym momencie fabuła robi się jak dla mnie nieco absurdalna. Mam wrażenie, że jest w niej wiele luk, które Molly Bloom mogłaby jeszcze wypełnić swoim komentarzem. Nie rozumiem mianowicie, dlaczego ta inteligentna kobieta, która przedstawia siebie w końcu jako ofiarę wrednych męskich zagrywek czy wręcz fizycznych ataków na jej osobę, upiera się przy chronieniu anonimowości graczy. To dla mnie niepojęte i ani przez chwilę nie byłam w stanie kupić tej bajki o obronie godności i nie plamieniu ładnie kojarzącego się nazwiska. Kończy się to wszystko równie absurdalnie, ale po szczegóły już każdy będzie musiał udać się do kina, by wyrobić sobie własne zdanie. Ja tam sądzę, że jak na niezależną, myślącą dziewczynę, powołującą się nie tylko na postać z „Ulissesa” Joyce’a, ale i mitologiczną Kirke czy nawet „Czarownice z Salem”, Molly Bloom ma w sobie podejrzanie mało walecznego ducha feminizmu i zbyt chętnie gra według męskich zasad.

Molly Bloom sama przeciwko wszystkim

Nie jestem oryginalna w swych skojarzeniach, ale co mi tam, i tak napiszę, że nie bardzo rozróżniam Jessikę Chastain z Gry o wszystko, od Jessiki Chastain z Samej przeciw wszystkim. Aktorka gra z tym samym przejęciem, w nieco tylko różnych strojach, w podobnych wnętrzach biurowców, hoteli i sali sądowej. W Molly’s Game jest oczywiście znacznie lepiej jeśli chodzi o tempo i dialogi (nie czujemy się na koniec aż tak znużeni długim seansem), ale za to z każdym rozległym monologiem i z każdym efekciarskim zabiegiem fabularnym, ta historia traci na logice. Jak dla mnie, Chastain gra cały czas tak samo, odtwarzając mechanicznie swoje kwestie, których mózg widza nie jest w stanie w całości zarejestrować. Przez jej i grającego prawnika Idrisa Elby (który monologuje w podobnym tonie) popisy nie zrozumiałam zupełnie ani na czym polegało ciężkie przestępstwo panny Bloom, ani jakie były jej powiązania z mafią, ani tym bardziej na czym w końcu polegał jej geniusz, bo w podawaniu przekąsek i zapisywaniu wyników rozgrywek karcianych nie umiem się jakoś dopatrzyć czegoś wymagającego specjalnych kwalifikacji.

Jednym słowem, można obejrzeć i całkiem dobrze się bawić na seansie. Jest tu wiele zbędnych wątków (takich jak ojcowska psychoanaliza) i dziwne zagmatwanie niedopowiedzeń, ale ogólnie, tak jak napisałam wcześniej, wszystko zostało przyjemnie, gładko i dynamicznie opowiedziane. Chastain ma przyjemny głos, którego miło posłuchać zza kadru. Założę się, że nawet przepisy kulinarne czy książkę telefoniczną mogłaby przeczytać w tym samym niezaangażowanym stylu chłodnej, zdystansowanej, wyedukowanej i zdeterminowanej kobiety sukcesu.

Film powstał na podstawie książki Molly Bloom, Gra o wszystko. W Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa HarperCollins Polska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *