Markiza Angelika

Wiele można złych i dobrych rzeczy o tym filmie powiedzieć, ale jedno jest pewne: wielbiciele książek o pięknej Angelice oraz starszej wersji filmowej mogą się poczuć na seansie w pełni usatysfakcjonowani. Twórcy nowszej wersji pozostali wierni przede wszystkim klimatowi produkcji z lat 60-tych. Nowa Angelika nadaje się do oglądania w spokojne świąteczne i niedzielne popołudnia tak samo dobrze jak jej pierwowzory i zapewne właśnie taką (kojącą i jakże potrzebną funkcję) będzie ten film sprawował już niedługo w polskiej telewizji. Jeśli chodzi o kategorię historycznych dłużyzn sprzed lat, to osobiście jestem jednak w grupie zagorzałych fanów Trzech muszkieterów z Michaelem Yorkiem, ale z pewnością powabna Andżela też ma spora grupkę zwolenników, lubiących przysypiać podczas filmu, trawiąc wielodaniowy polski obiad.

Piękność w opałach

Angelika (Nora Arnezeder) to córka zubożałego francuskiego szlachcica, który ratując się przed długami, postanawia wydać ją za bajecznie bogatego hrabiego. Nie widząc nawet wybranka na oczy, rodzina spokojnie oddaje pannę młodą posłańcom i tyle się nią przejmują. Młoda piękność, po przybyciu na włości swego wybranka, przekonuje się, że ani plotki o jego bogactwie, ani o inteligencji, a co najgorsze także o brzydocie, nie były przesadzone. Hrabia Joffrey de Peyrac (Gerard Lanvin) jest od Angeliki dwa razy starszy, kulawy i w dodatku jego twarz oprócz zmarszczek pokrywają szpetne blizny. Wyglądają razem jak piękna i bestia, ale i tak do ślubu dochodzi następnego dnia. Z konsumpcją związku jednak małżonek musi poczekać. Na szczęście jest zbyt honorowy, by brać kobietę siłą.

Jak można się spodziewać, szlachetne serce, inteligencja i męskość, przeważają nad brzydotą hrabiego, którego już wkrótce Angelika obdarza płomiennym uczuciem i pięknym potomstwem. Cóż, może i jest stary i szpetny, ale na Boga, ma kopalnie złota i majątek prawie równy królowi! Któraż niewiasta by się oparła czemuś takiemu! Niestety, król Ludwik XIV (David Kross) dostrzega w hrabim konkurenta i pod byle pretekstem wtrąca go do lochu. I tu kończy się romans, a zaczyna prawdziwa przygoda. Dla tych, którzy nie znają powabnej Andżeli z wcześniejszych odsłon, każda minuta może być zaskoczeniem (lecz raczej w telenowelowej formie, spokojnie, z foteli nie pospadacie z wrażenia). Jest tajemny spisek, dworskie intrygi, pikantne sceny łóżkowe, król żebraków i rzezimieszków w przebraniu i pewien sprytny pies. Główną atrakcją jednak pozostaje oczywiście piękna i zmysłowa Angelika o niepokornym i namiętnym charakterze oraz wielkiej determinacji. Widać, że filmowcy dwoili się i troili by uwydatnić należycie wszelkie niewieście wdzięki.

Czy to się na pewno nadaje do kina?

Oglądając Angelikę, cały czas myślałam, że ten film jednak powinien trafić od razu na ekrany telewizorów, z pominięciem kina. Jest w tej fabule coś szalenie staromodnego. Naprawdę sądziłam, że już się nie opowiada historii w taki sposób, a jednak… Są dłużyzny, pompatyczna muzyka, groteskowe postaci i taka specyficzna płaska psychologia postaci, jaką spotyka się dziś tylko w kinie klasy C. Sam temat także trąci myszką. Już dawno nie widziałam w kinie tak na serio, bez ironii i metatekstowości, przedstawionej intrygi czy spisku. Choć to XVII wiek, to jednak można było spojrzeć na temat w nieco świeższy i bardziej oryginalny sposób.

Markiza Angelika

Jedynym co mi się tak naprawdę podobało (poza atmosferą i bogatymi strojami oraz wnętrzami, bo to oczywistość w produkcjach historycznych) było aktorstwo i to nie Arnezeder grającej Andżelę, a Geralda Lanvina, wcielającego się w jej męża. Hrabina, a potem markiza, sprawia wrażenie pustej lalki i choć piękna, nie wzbudza w widzu większych emocji. Co innego jej małżonek! Lanvin nie może liczyć na przystojne oblicze, a jednak od razu budzi zaciekawienie i sympatię. Może miał łatwiej, bo jego postać jest bardziej złożona i doświadczona przez życie. Hrabia jest nie tylko zaprawionym w boju weteranem, ale też i myślicielem, libertynem, a nawet (w oczach Kościoła) trochę alchemikiem czy wręcz czarnoksiężnikiem. Pewnie właśnie dlatego, choć nie jest nawet odrobinę ładniejszy od przysłowiowego diabła, jego nagość i sceny łóżkowe z małżonką nie rażą, a jeżeli już coś może w nich przeszkadzać, to raczej nie chodzi o estetyczno-anatomiczny szok, lecz raczej o przestarzałą konwencję harlequina, która jest stałą ramą motywu miłosnego w nowej Markizie Angelice.

Pomimo wspomnianych wad, film ten na pewno znajdzie odbiorców, którzy z wypiekami na twarzy będą śledzić przygody uroczej markizy. Niektórzy już zapewne zacierają ręce na myśl o tym, że niechybnie powstaną kolejne części z tego cyklu, no i bardzo dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *