W rytmie serca

Tylko najwytrwalsi wielbiciele talentu aktorskiego francuskiego aktora Romaina Durisa powinni potraktować ten film jako pozycję obowiązkową i wartą zobaczenia. Cała reszta (tych nieszczęśników, którzy nie widzieli ani Dziewczyny z lilią, ani Zakochanego Moliera, ani nawet Heartbreakera) może sobie spokojnie ten obraz darować, ponieważ niczego specjalnego raczej tu się nie zobaczy. Ot, historia podobna do setek innych. Ktoś pokazuje biednemu chłopakowi, że mógłby się stać kimś więcej niż jest, a on chwyta się gorączkowo tej jednej szansy na milion, by stać się częścią lepszego świata. Tyle, że w tym przypadku nie chodzi, jak to zazwyczaj bywa, o nastolatka, ale o całkiem dorosłego faceta. Grany przez Durisa Thomas Seyr ma 28 lat i życie wytyczone przez gburowatego ojca. Wraz ze staruszkiem zajmuje się bowiem nieruchomościami, których kupno, sprzedaż czy zagospodarowanie są znacznie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Rola Thomasa w tym prawie przestępczym interesie polega głównie na biciu dzikich lokatorów i na wykurzaniu niewygodnych najemców przez podrzucanie im pod drzwi szczurów. Tak wygląda jego kariera zawodowa aż do momentu gdy przez przypadek spotyka swojego dawnego nauczyciela gry na fortepianie i przyjaciela jego zmarłej matki. Budzą się wspomnienia i chęć by zrobić ze sobą coś sensownego.

Pomysł by paryski zbir przygotowywał się do orkiestrowych przesłuchań ma w sobie wiele potencjału, który tutaj jednak nie został należycie wykorzystany. Oglądając zmagania Thomasa z klawiaturą i ułomnościami własnej psychiki tudzież ciała, wciąż miałam wrażenie, że te sceny są jakieś niepełne, niedorobione, a dialogi niedopowiedziane. Bohater zdaje się nie mieć żadnego życia wewnętrznego, czy głębszych uczuć, co jest zapewne winą słabego scenariusza. Wiele z jego zachowań i wypowiedzi jest niczym nie umotywowanych. Nie wiem jak wy, ale ja nie lubię sytuacji, gdy sam aktor zdaje się zaskoczony wypowiadanymi przez siebie kwestiami. W dodatku cała ta nieskładna szarpanina do niczego nie prowadzi. Niejednoznaczne zakończenie miało być chyba otwarte na interpretacje, a wyszło jakieś takie poszarpane i niechlujne (wątpię by celowo). Że niby miłość i sztuka uratowały delikatnego chłopca w ciele dorosłego tęskniącego za mamusią, ale czy na pewno?

Fanom i fankom przystojnego aktora spieszę też donieść, że nie jest on niestety w tym filmie czarującym, sympatycznym wesołkiem do jakiego przywykliśmy. Jest raczej trochę takim ulizanym zakapiorem, brzydkim kalafiorem w śmiesznych butach na obcasie i w skórzanej kurtce. Palący, pijący agresywny skrzat, który pomimo iż tęskni za czymś bardziej wyrafinowanym (na miłość boską! gra w końcu na fortepianie), nie przegapi żadnej okazji by kogoś pobić, z pewnością nie wzbudza takich ciepłych emocji jak jego bardziej znane filmowe wcielenia. Mnie tam Romain Duris tym razem nie zachwycił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *