Colin Harrison, Tajemnice Manhattanu

Mam dość niemiłe doświadczenia z kryminałami i gdy zobaczyłam na okładce tej książki zapowiedź, iż jest to „stylowy czarny kryminał w duchu opowieści Raymonda Chandlera” byłam bardzo sceptycznie nastawiona do lektury. Ileż to razy reklamowano podobnie całkiem przeciętne i nudne jak flaki z olejem powieści? Na szczęście już po kilku akapitach wiedziałam, że w Tajemnicach Manhattanu (nie zrażajcie się tytułem) nie ma niczego przeciętnego czy nudnego. Ta książka mnie do siebie przykuła, wciągnęła i przemieliła na drobne kawałeczki. Przez nią na trzy dni zawiesiła wszelkie inne aktywności, wylogowałam się z życia zupełnie, by jak najszybciej dotrzeć do pasjonującego finału i poznać odpowiedź na piętrzące się w tekście pytania. Czytanie tego kryminału było jak oglądanie połączenia filmów Wolny strzelec i Siedem z dodatkiem doskonałego stylu i wielkomiejskiego blichtru. Takiej lektury się nie zapomina! Zachęcam tym bardziej, że do kin właśnie wchodzi adaptacja filmowa tej prozy, z Adrienem Brodym w roli głównej. Bardzo się cieszę na seans, bo dzięki niemu pozostanę dłużej w klimacie.

Portret konającego miasta

Akcja powieści, jak można się zorientować już po tytule, osadzona jest w Nowym Jorku. Mamy połowę lat dziewięćdziesiątych, miastem włada Rudolph Giuliani, a szare, brudne i niebezpieczne ulice są patrolowane przez niezmordowanego dziennikarza Portera Wrena. Porter jest padlinożercą z gatunku tych, jakich już znamy z Wolnego strzelca. Cyniczny mężczyzna wkraczający w wiek średni, trzy razy w tygodniu musi dostarczać do swej gazety (dużego i bardzo poczytnego tabloidu) sensacyjne newsy, najlepiej przesycone tragedią, ludzką krzywdą i krwawymi zgonami. Wieloletnie doświadczenie felietonisty, dobre układy z policją oraz pewien szczególny pociąg do ciemnej strony mocy sprawiają, że Porter Wren jest w tej pracy naprawdę dobry. Jako przeciwwagę ma w swym życiu także kilka naprawdę pozytywnych spraw, takich jak udane małżeństwo z piękną panią chirurg, dwójkę bardzo udanych dzieci i uroczy stary dom w centrum Manhattanu. Nie byłby to jednak mroczny kryminał, gdyby na tę opowieść składała się tylko rodzinna sielanka i smutne tabloidowe opowieści. Pewnego wieczoru, na nudnym i sztywnym przyjęciu u właściciela gazety, na drodze dziennikarza staje (jak to często bywa w klasycznych kryminałach) dama w opałach. Caroline Crowley jest zniewalająco piękną, inteligentną i niebezpieczną kobietą, która ewidentnie czegoś chce od dziennikarza, ale minie naprawdę wiele czasu nim wyjawi swoje prawdziwe intencje. Jak tylko się poznali, Caroline, w zaciszu swego drogiego apartamentu, opowiedziała Porterowi o swym zmarłym niedawno mężu, reżyserze filmowym, prawdziwej gwieździe kina niezależnego z Oskarem. Wdówka pokazuje także próbkę filmowych dokonań męża, byśmy nie mieli wątpliwości, co do jego zainteresowań. Dziwna, chora, spaczona i mroczna spuścizna Crowleya zdaje się fascynować Portera w podobnym stopniu co zmysłowość wdowy po nim. Do tego dochodzą tajemnicze okoliczności śmierci, gdyż filmowca odnaleziono tydzień po zgonie, w opuszczonym i przeznaczonym do rozbiórki domu, na hałdzie gruzu, porzuconego jak śmiecia. Dziennikarz, który od lat jest zafascynowany nowojorskim mrokiem i dekadencją, nie jest w stanie oprzeć się tej historii.

Prócz klasycznej w pewnym sensie, choć mocniejszej i bardziej sensualnej niż to przed laty bywało, fabuły kryminalnej, Tajemnice Manhattanu są hołdem złożonym miastu, które mimo krańcowego stadium dekadencji, jest piękne i uwodzi swym rozkładem. Czytając eleganckie zdania Colina Harrisa miałam wrażenie, że dotarł on do istny rzeczy, szczególnie tam, gdzie opisuje finansową pajęczynę wzajemnych powiązań w metropolii czy rozwarstwienie społeczne:

Kiedy znalazłem się z powrotem na ulicy, przystanąłem na chwilę, by spojrzeć na otaczające mnie budynki ze stali i szkła. W niewielu miejscach tak wyraźnie widać podział miasta na warstwy: w wyższych partiach to dosłownie całkiem inne miasto, świat penthouse’ów, drogich restauracji i biur potężnych firm. Na Manhattanie ta brutalna pionizacja klas zawsze jest blisko, choć nie zawsze widać ją gołym okiem”.

Dzięki temu, że główny bohater obraca się w wyższych kręgach, a jednocześnie podejrzanie dobrze odnajduje się na samych nizinach społecznych (towarzyszymy mu podczas wizyt na biednych blokowiskach, w nielegalnych skupiskach bezdomnych, a nawet w podziemiach zburzonego budynku), możemy poznać całe szerokie spectrum zjawiska nazywanego Nowym Jorkiem.

Kryminał bardzo noir

Ciekawe postaci z głębią psychologiczną i dobra historia, oto czego chcę od powieści i sądzę, że to wcale nie tak dużo:). Harrison oferuje nam te dwie rzeczy w najlepszym z możliwych gatunku. Każda z opisanych postaci jest wielowymiarowym, złożonym człowiekiem, a akcja jest tak nieprzewidywalna, że nie sposób się domyślić nawet co będzie w następnym akapicie. Naprawdę bardzo rzadko można to powiedzieć o współczesnych kryminałach, które najczęściej są do bólu przewidywalne i głębokie jak kałuża. Najbardziej jednak uwiódł mnie sam styl, który ma w sobie coś mocnego, eleganckiego i prostego jednocześnie. To sposób pisania, który uzależnia i nie pozwala na odłożenie książki dopóki nie doczyta się ostatniego zdania.

Oczywiście tekst zyskuje dodatkową moc dzięki tematom, które opisuje. To jeden z powodów, dla których chętnie wybiorę się na film do kina, choćby po to, by zobaczyć jak pokazano na ekranie sceny namiętnego seksu (zmysłowe i dojrzałe opisy zbliżeń, pisane przez dorosłego dla dorosłych czytelników), czy dziwność nagrywanych z ukrycia filmów Simona Crowleya. Czuję, że to będzie naprawdę mocna rzecz, choć zapewne nie zastąpi w pełni plastycznych literackich opisów, silnie działających na czytelniczą wyobraźnię.

Na koniec zostawiłam sobie do opisania prawdziwą wisienkę na torcie, czyli poszczególnych bohaterów. Nasz przewodnik po tym świecie (powieść jest napisana w pierwszej osobie w formie wspomnień czy też relacji z kilku gorączkowych dni), Porter Wren, oprócz stylowego nazwiska ma też niebanalną osobowość, w której najbardziej doceniam świadomość istnienia zarówno dobrej, jak i bardziej mrocznej strony jego osobowości. Wren zdaje sobie sprawę z upływającego czasu, stara się wykorzystać skąpe dary losu i korzystać z okazji, a jednocześnie nie robi z siebie nieświadomej ofiary. Ten facet wie jak korzystać z życia i jak brać odpowiedzialność za swoje czyny. Oczywiście, w każdym dobrym czarnym kryminale musi być femme fatale, a Caroline Crowley jest jedną z najlepszych jakie poznałam w swym długim czytelniczym życiu. Anielska buzia skrywa prawdziwie mroczną i pokręconą duszę. W dodatku to piekielnie inteligentna bestia, grająca ludźmi w szachy, dla których cały Manhattan jest szachownicą. Porter Wren jest dla niej doskonałym tłem i wymarzonym partnerem w jednej z wielu rozgrywek i z prawdziwą przyjemnością czytałam ich wspólne sceny. Jednak, choć bardzo lubię tę dwójkę, muszę na koniec przyznać, że nieżyjący od kilkunastu miesięcy mąż Caroline góruje nad nimi charyzmą i hipnotycznym wdziękiem. Poznajemy go tylko przez pryzmat wspomnień żony i kilku drugoplanowych postaci, a także dzięki dziwacznym filmom, na których widać to, co w ludzkości najgorsze i najprawdziwsze. Młody brzydal z obsesją na punkcie makabrycznego zła wprost zawładnął moją wyobraźnią. Odsunął w cień nawet ekscentrycznego milionera, szarą eminencję Manhattanu, nie mówiąc już o całej reszcie bohaterów. Co tam Adrien Brody w smokingu czy na golasa (choć to muszą być niesamowite widoki)! To Campbella Scotta w roli Simona Crowleya jestem najbardziej ciekawa.

One thought on “Colin Harrison, Tajemnice Manhattanu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *