Tarzan: Legenda

Wszyscy spodziewali się jakiejś wielkiej katastrofy, wspominając to co David Yates zrobił z Harrym Potterem, ale nie jest aż tak źle. Właściwie to całkiem dobry film, a pisząc dobry mam na myśli, że spokojnie można go obejrzeć na przykład w święta czy po niedzielnym obiedzie (ciekawe czy ktoś już wymyślił nazwę dla takich lekko staromodnych, sympatycznych usypiaczy). Poszłam na Tarzana, bo zawsze chętnie patrzę na to jak dzika przyroda broni się przed ludzkimi szkodnikami. No i oczywiście chciałam zobaczyć Alexandra Skarsgårda:) Choć biega bez koszuli, to jednak patrzy się na niego znacznie przyjemniej niż na lekko obleśnych panów z Magic Mike’a, no i przywodzi na myśl najbardziej wyluzowanego wampira wszech czasów, wikinga Eryka z Czystej krwi. Po piskach na widowni wnioskuję, że fanki nie były zawiedzione występem szwedzkiego aktora buszującego pośród konarów drzew.

Cywilizowany goryl

Akcja filmu rozpoczyna się dziesięć lat po tym, gdzie zazwyczaj kończą się opowieści o królu dżungli. Tarzan, który przybrał swoje prawowite ludzkie imię i każe się nazywać Johnem Claytonem III, mieszka ze swą ukochaną żoną Jane (Margot Robbie) w Londynie, wiodąc nudne życie brytyjskiego arystokraty, które widocznie mu służy. Przeszłość jednak go dogania. Za namową polityków, którzy nieświadomie dają się wplątać w intrygę króla Leopolda II, władającego Kongiem, Tarzan powraca w rodzinne strony. Niestety, spotkania z ludzkimi i zwierzęcymi przyjaciółmi trwają bardzo krótko, gdyż na króla dżungli zaczaja się żądny zysku kapitan Leon Rom (Christoph Waltz), chcący uprowadzić Tarzana i oddać go w ręce jego największego wroga w zamian za diamenty. Porwanie się nie udaje, zamiast lorda Claytona, uwięziona zostaje jego żona, a większość akcji skupia się na próbie uwolnienia jej z rąk belgijskich najemników.

Tę dość prostą historię skutecznie ubarwiają liczne retrospekcje, podczas których poznajemy szczegóły śmierci rodziców Tarzana, widzimy sceny z jego dzieciństwa, a także pierwsze spotkanie z piękną Jane. Szczególnie wzruszające są sceny z gorylą mamą naszego bohatera. Niestety można odnieść wrażenie, że ucywilizowany dzikus to dość smutny, ponury i zamknięty w sobie osobnik. John Clayton praktycznie nie okazuje emocji, jest wycofany i tajemniczy, przez co bardzo trudno jest zrozumieć, co mu tam w głowie siedzi. Być może twórcy liczyli na to, że jak już zobaczymy gołą klatę i perfekcyjnie wyrzeźbiony sześciopak, to zapomnimy o psychologii postaci. Niestety, ani muskulatura nie jest aż tak zajmująca (jest dobrze, ale ileż można się wgapiać na spocone mięso), ani sceny akcji nie są aż tak dobre, byśmy czuli się po seansie w pełni usatysfakcjonowani.

Ten paskudny kolonializm

Spodziewałam się filmu kładącego większy nacisk na konflikt człowieka z naturą, a tymczasem Tarzan: Legenda skupia się na wciąż aktualnych problemach związanych z kolonializmem. Niewolnictwo, wojny i krwawe diamenty pozyskiwane na kontynencie afrykańskim to bardzo interesujące tło dla głównych wątków przygodowych i romansowych, i momentami miałam wrażenie, że takie tematy zasługują na lepszy, mocniejszy w wymowie film o mniej familijnym klimacie. Trzeba jednak przyznać, że europejskie interesy w Afryce, zbrodnie króla Leopolda, zostały przedstawione w sposób obrazowy i zrozumiały nawet dla kogoś zupełnie niezorientowanego.

Nie zachwycało mnie też aktorstwo. Choć uważam, że Skarsgård jest wyjątkowo urokliwym i przystojnym mężczyzną, to aktor z niego taki sobie. Nie radzi sobie zupełnie z oddawaniem emocji postaci, prawdopodobnie dlatego, że dieta i ćwiczenia, o których teraz opowiada we wszystkich wywiadach, nadto nadwyrężyły jego siły mentalne (nic o psychologii postaci, ale jak ostatnio zaczął u Chelsea Handler opowiadać o tym, że ze względu na dietę nie pił alkoholu przez pół roku, to prawie się chłopak popłakał). Znacznie lepiej wypada Margot Robbie, potrafiąca skutecznie skupić na sobie uwagę widzów. W obu jednak przypadkach dostajemy tyle zbliżeń na wyraziste błękitne oczęta, że aż robi się to w pewnej chwili irytujące i zaczynamy spoglądać na zegarek.

O Waltzu i Jacksonie można powiedzieć to co zwykle. Są zabawni, charyzmatyczni i charakterystyczni. Pierwszy gra demonicznego zbira jak zwykle (podoba mi się to co robi z różańcem, pokazując w sposób symboliczny czym w rzeczywistości jest religia chrześcijańska), a drugi poharatanego psychicznie weterana wojny, co też mu się często ostatnio zdarza. Panowie są sobą, a dzięki wycofaniu głównego aktora, zagarniają dla siebie całe show.

Tarzan to film przeciętny, który łatwo wchodzi, ale pewno szybko się zapomina. Jeśli nie przeszkadzają wam postaci o dość ograniczonej osobowości, czy szczątkowe dialogi, możecie się na seansie całkiem dobrze rozerwać. No i jest to też niezła motywacja by pójść na siłownię i zacząć dietę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *