Tajemnice Manhattanu

Zachęcona fantastyczną lekturą, popędziłam do kina na jej filmową adaptację i niestety czekało mnie rozczarowanie. Nie zrozumcie mnie źle, film nie jest w połowie tak zły jak piszą użytkownicy Filmwebu, ale do elegancji i stylu książki naprawdę mu daleko. Gdybym nie znała literackiego pierwowzoru, pewnie bym się w fabule zupełnie pogubiła. Pełno tu skrótów i niejasności, których przyczyną jest zapewne niezdarne wycinanie najważniejszych wątków. Moje rozczarowanie jest chyba tak duże też dlatego, że to po prostu nie mogło się udać. Powieść Harrisona, będąca historią o opowiadaniu historii, nie działa tak dobrze w świecie obrazu i chyba nie ma co się na to oburzać. Trzeba by wynaleźć zupełnie nowy sposób opowiadania poprzez obraz, by odtworzyć stylową i mroczną atmosferę doskonałego czarnego kryminału, a reżyser, Brian DeCubellis aż takim geniuszem nie jest. Uważam, że Tajemnice Manhattanu to tak dobra proza, że powinien wziąć się za nią jeszcze raz któryś z największych reżyserów Hollywoodu, gdyż ta historia ma potencjał na Oskara.

Porter Wren – sęp ludzkiej tragedii

Dla tych, którzy nie czytali jeszcze książki (ani moich zachwytów nad nią) przypominam, że Tajemnice Manhattanu opowiadają o kilku dniach z życia tabloidowego felietonisty Portera Wrena (Adrien Brody). Dziennikarz codziennie przemierza mroczne ulice Nowego Yorku w poszukiwaniu dobrych tematów do swej kolumny, przy okazji poznając najbardziej mroczne strony ludzkich losów w tej bezwzględnej miejskiej dżungli. Pewnego wieczoru Porter spotyka piękną i bogatą wdowę po znanym reżyserze, Caroline Crowley (Yvonne Strahovski), która opowiada mu makabryczną historię odnalezienia ciała swojego męża. Filmowiec został znaleziony przypadkiem, wiele dni po śmierci, a jego ciało leżało na stercie gruzu w budynku przeznaczonym do wyburzenia. Zachęcony intrygującym tematem oraz rodzącym się między nim a Caroline romansem, Porter postanawia zrobić wszystko by dowiedzieć się prawdy o ostatnich dniach Simona Crowleya (Campbell Scott), co okaże się dla niego samego i jego rodziny bardzo niebezpieczne.

manhattan_nocturne

Nietypowo dla konwencji kryminału noir, dużo miejsca poświecono w tej opowieści także na przedstawienie jasnej strony życia felietonisty. Widzimy nie tylko mrok i beznadzieję, ale i ciepłe, radosne życie rodzinne Portera, który ma piękną i inteligentną żoną oraz dwójkę uroczych dzieci. Pomimo ogromnej miłości do rodziny, starzejący się już, cyniczny i zmęczony pismak, gotów jest zaryzykować wszystko dla jednej pasjonującej przygody u boku tajemniczej blondynki, która ewidentnie nim manipuluje.

Seks, kłamstwa i karty pamięci

W filmie akcja została przeniesiona z połowy lat 90-tych do czasów współczesnych, dzięki czemu nie mamy już stosów kaset wideo, tylko karty pamięci, a Wren może spokojnie rozmawiać przez komórkę, zamiast korzystać z pagera. Z grubsza jednak fabuła pozostaje wierna powieści, napięcia i dylematy są niby te same, ale warto się przyjrzeć szczegółom, bo to one zadecydowały o tym, że film jednak nie jest przebojem (sale kinowe zieją pustką podczas seansów).

Najważniejszym ,,szczegółem”, którego zabrakło, jest zawartość taśm Crowleya, którą mocno ocenzurowano. Przecież w nich jest dusza tej historii, sedno rzeczy, a prawie niczego z tych filmowanych z ukrycia tragedii nie widzimy na ekranie. Czytając o tym, jakie tematy interesowały reżysera, miałam wrażenie, że ktoś dokonał metafizycznego wglądu pod podszewkę rzeczywistości, do samego jądra moralności naszej cywilizacji, a w filmie tego zwyczajnie nie ma. Gdyby reżyser miał tyle odwagi co filmowy Crowley i poszedłby na całość, dostalibyśmy dzieło mocniejsze i prawdziwsze, zamiast tego waniliowego smutasa.

Kolejne ,,szczegóły”, których usunięcie pozbawiło smaku tę opowieść, to realistycznie nakreślone tło społeczne (bardzo ważny element powieści) oraz kulisy współpracy z policją, które tak wiele mogłyby powiedzieć o tym, kto w Nowym Jorku pociąga za sznurki.

Nie podobało mi się również spłaszczenie postaci Caroline do jednowymiarowej tragicznej historii o koniu, definiującej ją na resztę życia.

Zakończę może jednak czymś co mi się spodobało, czyli pochwałą znakomitego aktorstwa. To zaskakujące, ale w roli czarnego charakteru to nie grający Simona Crowleya Scott przyciąga najwięcej uwagi, a wcielający się w szarą eminencję Manhattanu, czyli Hobbesa, Steven Berkoff. Aktor wykazał się kunsztem i wielką odwagą, kreując postać tak śliską i obrzydliwą, jak to tylko możliwe. Co do Adriena Brody’ego, to jak zawsze cieszy oko, jest stylowy i jak przystało na nowojorskiego pismaka, należycie umęczony przez życie. Ze swoją szlachetną twarzą i wyglądem rasowego przedwojennego arystokraty, prezentuje się aż nazbyt poczciwie jak na realia moralnej zgnilizny wielkiego miasta. Panowie bledną jednak w momencie, gdy na ekranie pojawia się zmysłowa Yvonne Strahovski. Aktorka (którą zapamiętałam jako jedyną dziewczynę Dextera dającą się lubić) została znakomicie obsadzona i wręcz rozkwita z każdą sceną. Nie jest może najpiękniejsza czy najbardziej utalentowana, ale ma naturalny wdzięk i magnetyczny urok, sprawiające, że kinowy ekran promienieje, gdy kamera się na niej skupia. Patrzenie na to, jak naturalnie odgrywa wariację na temat klasycznego wątku piękności w opałach, to prawdziwa estetyczna przyjemność. Choć w moim odczuciu film ten ma wiele wad, dla samego demonicznej wdówki, warto wybrać się na niego do kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *