Brooklyn

Wszystko byłoby w porządku z tym filmem, gdyby nie to, że sprawia wrażenie czegoś wyprodukowanego w latach 90 i to raczej od razu dla telewizji, a nie na kinowe ekrany. Twórcom ewidentnie zupełnie nie zależy na jakiejkolwiek oryginalności, psychologii postaci czy choćby na odrobinie dynamiki akcji. Jest to co prawda film miły dla oczu, jednak trudno się na nim nie wynudzić. Jedne piękne oczęta Saoirse Ronan nie odwrócą naszej uwagi od tego, że podobnych filmów były już dziesiątki i naprawdę nie rozumiem dlaczego nakręcono kolejny (no chyba, że obecne fale emigracji do skłania podobnych rozmyślań jak w latach 50).

W pogoni za marzeniami

Fabuła tego dzieła jest wyjątkowo nieskomplikowana. Młoda i inteligentna Ellis Lacey (Saoirse Ronan) postanawia opuścić rodzime miasteczko w Irlandii i poszukać szczęścia w Nowym Jorku, idąc śladem tysięcy mężczyzn i kobiet w jej wieku, którzy nie widzą dla siebie przyszłości na starym kontynencie. Ellis nie jest łatwo, gdyż musi się rozstać z ukochaną matką i siostrą, ale motywuje ją chęć zdobycia pracy odpowiedniej dla swoich możliwości intelektualnych. Duże znaczenie ma dla niej także obrzydzająca codzienność małomiasteczkowa mentalność, świat zżytej katolickiej społeczności, w której każda rodzina zna sąsiadów do pięciu pokoleń wstecz (bardzo to polskie także).

Saoirse Ronan

Zatem zdecydowana na podjęcie ryzyka Ellis wsiada na statek i po długiej, dość przykrej podróży, dobija do brzegów wymarzonej Ameryki. Oczywiście nie wszystko jest tu takie, jak sądziła, że będzie, ale (nie licząc ataków bolesnej tęsknoty za domem) wiedzie się w Nowym Jorku Ellis całkiem dobrze. Dziewczyna mieszka wśród swoich, bo zarówno jej pensjonat, jak i cały Brooklyn, pełne są irlandzkich emigrantów, w bardzo podobnej sytuacji życiowej. Praca w sklepie okazuje się nie taka straszna, a wieczorne kursy księgowości sprawiają, że Ellis nareszcie czuje, że ma kontrolę nad swą przyszłością. Do tego wszystkiego jest też miłość. W naszej uroczej emigrantce zakochuje się szarmancki włoski hydraulik Tony (Emory Cohen), sprawiając, że dziewczyna wreszcie może się poczuć jak w domu. Tę sielankę przerywają tragiczne wieści z Irlandii, zmuszające Ellis do podjęcia bardzo trudnego wyboru.

Wielka, długa, nudna sterta banałów

Oglądając tę ckliwą historię o miłej i ładnej emigrantce, która doskonale radzi sobie w nowym otoczeniu, nie można się oprzeć z jednej strony miłemu przeczuciu, że każdy z nas, mógłby znaleźć się w podobnej sytuacji i też by sobie tak znakomicie poradził, a jednocześnie ma się świadomość, że scenarzysta patrzy na wszystko przez różowe okulary. W dodatku z tej opowieści wyłania się dość naiwna teza, że powodzenie życiowe głównej bohaterki zależy od jej moralnej czystości, religijności i poczciwości. Ani słowa o życiowym sprycie, zaradności czy wręcz przebiegłości, przez co mam wrażenie, że film niezbyt dobrze przyjmie się w Polsce :).

Niesłychanie podejrzane jest też to, że praktycznie nie mamy do czynienia z żywymi charakterami, a jedynie ze stereotypowymi typami ludzi. Najbardziej rzuca się to w oczy w przypadku ukochanego Ellis, Tony’ego. Włoch jest oczywiście małym, śniadym, wygadanym i mocno gestykulującym typkiem, który do postawnej Ellis pasuje jak pięść do nosa (cały film wydawało mi się, że patrzę na matkę z dzieckiem, a nie na parę zakochanych). Oczywiście rodzina Tony’ego też jest jak żywcem wyjęta z dowcipu; religijni, przekrzykujący się ludzie, zajadający spaghetti. Jest na szczęście w tej sytuacji jeden pozytywny aspekty, gdyż scena, w której Ellis uczy się jeść makaron, należy do tych bardziej emocjonujących wydarzeń w filmie, co mówi o nim chyba najwięcej.

Mnie osobiście najbardziej przeszkadzało to, że główna bohaterka zachowuje się przez większość czasu (nie liczę jednego wydarzenia w finale) jak bezwolna kukła. Ellis daje się rozstawiać po kątach, aż nazbyt chętnie się na wszystko zgadza i w ogóle jest jakoś tak pozbawiona życia, charyzmy i własnego zdania. Męczące to bardzo.

Film Brooklyn warto obejrzeć ze względu na ładne kostiumy i dobrze uchwyconą atmosferę lat pięćdziesiątych. Warto go potraktować jak historyczny dokument opowiadający o emigrantach, a nie opowieść fabularną o jednym konkretnym przypadku. Chyba tylko w ten sposób czas poświęcony na jego oglądanie nie okaże się zmarnowany.

2 thoughts on “Brooklyn

  • Styczeń 11, 2016 at 8:18 pm
    Permalink

    Już jakiś czas temu słyszałam o filmie i teraz chyba się na niego zdecyduję.

    Reply
  • Styczeń 12, 2016 at 11:10 am
    Permalink

    Bardzo mnie rozczarował i wynudził, ale może akurat innym się spodoba.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *