American Gods – książka, serial, finał sezonu

Zanim zapoznałam się z powieścią Neila Gaimana, obejrzałam już kilka odcinków i przyznam szczerze, że tak średnio mi się to podobało. W głowie kołatała mi się ciągle myśl „I o to tyle krzyku!?” związana z zachwytem kolegów z polonistyki, wychwalających tę prozę pod niebiosa, co mnie skutecznie zniechęciło na wiele lat do podjęcia samodzielnej lektury. No, ale jak STARZ wykłada wielką kasę i robi coś z przytupem, a w dodatku jest to fantasy, to nie ma co wybrzydzać, trzeba czytać i oglądać. Gdy literacki pierwowzór stał mi się bliższy, moje odczucia w stosunku do serialu poważnie się spolaryzowały: z jednej strony jestem zdegustowana faktem, jak bardzo filmowcy odchodzą (i to w ważnych momentach) od powieści, a z drugiej fascynuje mnie to, z jakim rozmachem, fantazją i mimo wszystko z wyczuciem jest to zrobione. Amerykańscy bogowie to mocna i wciągająca rzecz, choć trzeba się z tą konwencją nieco oswoić.

To już było

Gdyby podobna serialowa ekranizacja wyszła kilkanaście lat temu, niedługo po ukazaniu się powieści, byłby to totalny hit. Jest tu wszystko, co najatrakcyjniejsze w fantasy, czyli wielka przygoda niby zwykłego człowieka, różnorodne wątki i postaci zaczerpnięte z systemów religijnych wszelkich czasów i kręgów kulturowych, a do tego duża doza mrocznego i ironicznego poczucia humoru oraz odwołań popkulturowych. Byłby przebój wszech czasów. Niestety, choć teraz także zachwytów nie brakuje, to jednak efekt jest już osłabiony, bo wiele podobnych rzeczy już widzieliśmy w kinie i telewizji ostatniej dekady. Mnie najsilniej atakują skojarzenia z Supernaturalem i jestem pewna, że nie jestem w tym odosobniona. Czy jest jakiekolwiek bóstwo z którym Sam i Dean nie musieli się zmagać?

Forma, choć przyjemna dla lubiącego powtarzalność widza, także taka jakby zbyt oklepana. Zalew efektów specjalnych, stary cwaniak i nieświadomy niczego główny bohater, który gapą pozostaje do samego finału pierwszego sezonu. Nawet najcierpliwszych może to drażnić. Po przeczytaniu powieści Gaimana drażni szczególnie także spłycenie tematyki i zmiana optyki z osobistej Cienia na ogólną jego i bogów. A to przecież to, co nasz dziwnie znieczulony i nieobecny Cień myśli i czuje, jest w powieści najciekawsze, prawda? Bogowie i ich poczynania to tylko błyskotki, mające przyciągnąć czytelnika/widza do czegoś prawdziwszego i bardziej działającego na naszą podświadomość.

Jednym słowem, po obejrzeniu serialu, nawet po dobrym finale, będziemy się czuć jak po każdej innej lepszej produkcji fantasy, spłynie po nas i tyle. Tymczasem lektura powieściowych bogów zapada w pamięć na dłużej, zmusza do myślenia, obrzydza, wstrząsa i z wielką siłą pobudza wyobraźnię. Po obejrzeniu serialu przeciętny nastolatek może i zainteresuje się skandynawską mitologią, ale po przeczytaniu książki zacznie zadawać sobie pytania natury psychologicznej, lub wręcz filozoficznej :)

Świetny casting, ale…

Serial stacji STARZ ma również wiele plusów, a do największych należy zdecydowanie znakomity dobór aktorów i to zarówno do ról głównych, jak i pobocznych. Choć Ricky Whitte w roli Cienia wypada, no właśnie, jak cień, to czytelnikom musiał się spodobać, gdyż jest dokładnie taki, jak powieściowy bohater. Choć przystojny, wysoki i dobrze zbudowany, nie przyciąga szczególnej uwagi, bardziej snuje się po ekranie niż naprawdę gra i to jest ciekawe moim zdaniem. Jeszcze lepiej dobrany jest Ian McShane występujący jako Wednesday. Ten stary szachraj, co to każdego okantuje i okradnie, wkręci w jakąś kabałę i ucieknie nim ofiara się zorientuje co się stało, to jednak z najbarwniejszych postaci współczesnej literatury, która nie mogła chyba dostać bardziej wyrazistej twarzy niż ta McShane, a zapewne niełatwo było znaleźć kogoś, kto jest niby czarnym charakterem, ale kręci i miesza z takim wdziękiem, że wszyscy mu to wybaczają. Efekt doskonałego zgrania tekstu i obrazu jest jeszcze większy, gdy się słucha Bogów jako audiobooka, co bardzo polecam. Normalnie zamykam oczy, słucham Wednesday’a i widzę McShane. Z tego powodu bardzo się cieszę, że nie przeczytałam powieści wcześniej.

Bardzo lubię gdy na ekranie pojawia się Gillian Anderson, w coraz to nowym przebraniu. Na nią zawsze miło jest popatrzeć, ale gdy wciela się na przykład w Marilyn Monroe, to dopiero jest coś :) No i nie zapominajmy o Wielkanocy, czyli Kristin Chenoweth, która skradła finałowe show. Dzięki niej naprawdę chce się czekać na kolejną serię.

W Amerykańskich bogach jest wiele ciekawych wątków i postaci, i podejrzewam, że każdy ma swoich drugoplanowych ulubieńców. Moimi, gdybym miała wybrać tylko trzech, byliby Ibis, Anubis i pan Nancy. Tych pierwszych polubiłam z sentymentu do zawodu przedsiębiorcy pogrzebowego, a pana Nancy’ego za występ na statku niewolników. To dopiero był monolog!

Żeby nie było tak sodko, że wszyscy zostali idealnie obsadzeni, mamy tu niestety Emily Browning i to w podwójnej roli Laury oraz Essie MacGowan. Moje wrodzone poczucie estetyki nie może znieść widoku tej aktorki na ekranie. Mam wrażenie, że wizualnie coś jest z nią nie tak, że z powodu wzrostu, budowy ciała, uszu, twarzy, nie powinna grać, no chyba, że w rolach bardziej „charakterystycznych” (jakiś skrzat, goblin, czarownica, takie rzeczy). Niepotrzebnie rozbudowano w serialu wątek Laury, przez co musimy znosić Browning dłużej niż to konieczne.

Byle do drugiej serii

Żałuję, że nie udało się zamknąć tej opowieści w jednej, porządnie zrobionej serii. Choć finał z Wiosną i Jezusami naprawdę robi wrażenie, to jednak wolałabym zobaczyć całe bojowe zgromadzenie bogów. Przyznam też, że bardzo czekałam na ekranową wersję Cienia wiszącego na drzewie, bo to mój ulubiony fragment powieści, ale się nie doczekałam. Liczyłam też na osobny odcinek poświęcony spokojnemu życiu Cienia w Lakeside, no ale trudno, nie można mieć wszystkiego. Od początku widać było, że twórcom bardzo zależy na kolejnej serii, stąd też to rozwadnianie akcji i całe kwadranse, a nawet odcinki, w których dosłownie nic się nie dzieje. Zadowolenie widza to jedno, ale kasa musi się zgadzać przede wszystkim.

American Gods to, poza wszystkimi plusami, minusami i Browningami, duża przyjemność z samego patrzenia. Ciemna, stylowa i przybrudzona paleta barw robi klimat, a do tego jest ciekawie przełamana pastelozą w wielkanocnym finale. Jako widzkę ciekawą wszelkich obrzydliwości, ucieszyło mnie to, że tam gdzie ma być umownie, to jest, ale jak już pokazują coś realistycznie to na całego i to nawet z przesadą. Krew chlusta, organy wypadają, a muchy latają. Można by nawet sądzić, że to wielu odbiorcom będzie najbardziej przeszkadzać, a tu niespodzianka, bo dyskusje częściej toczą się wokół wątku homoseksualnego, którego ja, ze względu na i tak przesadną długość wpisu, omawiać nie będę. Napiszę może tylko, że było taktownie i mnie osobiście nie zraziło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *