Zupełnie inna Jane Eyre (NT Live w Multikinie)

Zwykle nie piszę o naszych comiesięcznych wycieczkach do Multikina w celu obejrzenia najlepszych dramatów w historii odgrywanych przez najlepszych brytyjskich aktorów. Nie piszę dlatego, że zwykle jest to Szekspir, którego adaptacji nie śmiałabym komentować z powodu swej ograniczonej wiedzy i braku krytycznych umiejętności w tym względzie. Na notkę o Jane Eyre pozwolę sobie tylko dlatego, że to opowieść mojego życia (zapewne miliony kobiet na świecie myślą o powieści Charlotte Brontë tak samo), fabuła, którą wprost uwielbiam i zawsze chętnie oglądam jej kolejne adaptacje filmowe (póki co, ta z Ruth Wilson wygrywa). Byłam naprawdę bardzo ciekawa w jaki sposób reżyserka Sally Cookson i zespół Bristol Old Vic przerobią to obszerne dzieło powieściowe na teatralny spektakl. Muszę powiedzieć, że naprawdę się nie zawiodłam, choć dostałam zupełnie inne widowisko niż się spodziewałam.

Jak na placu budowy

Pierwszą rzeczą jaka wywołała mój prawdziwy szok, był widok scenografii, składającej się wyłącznie z kilku drabinek i drewnianego pomostu. Żadnych historycznych wnętrz, rzeźbionych mebelków czy ciężkich kotar. No i tyle jeśli chodzi o moją naiwną chęć obejrzenia klasycznej miłosnej cieszotki, ale kto powiedział, że ma być w teatrze łatwo i przyjemnie. Kolejnym szokiem były obecne już od samego początku wstawki muzyczne. Postawna, przyodziana w szkarłat pani wyśpiewuje operowym głosem pieśni luźno odnoszące się do treści powieści. Normalnie, gdyby to był seans filmowy, pewnie bym uciekła, bo odporności na awangardowe eksperymenty nie mam za gorsz. Na szczęście zostałam i bardzo się z tego cieszę.

W tę opowieść wchodzi się bardzo łatwo, po pewnym czasie już kolejne eksperymenty naprawdę przestają dziwić. Po godzinie nawet było mi przyjemnie patrzeć, jak dorośli panowie z brodą wcielają się w role małych dziewczynek z zakładu w Lowood (są i kultowe fartuszki), jak jeden aktor wciela się w kilka ról, a nawet jak panie grają panów (panio-pany). Po prostu ta opowieść jest tak spójna, przemyślana i sensowna, że wszystko do siebie pasuje.

Jestem pewna, że największym wyzwaniem przed aktorami, oprócz właściwie wymyślenia całego przedstawienia, którego scenariusz narodził się podczas sześciotygodniowych prób, była bariera fizyczna. A już rola Jane, w którą wciela się znakomita Madeleine Worrall, jest najbardziej fizyczna ze wszystkich. Ileż krzepy musi mieć ta kobieta by tak przez ponad trzy godziny zasuwać w górę i w dół po tych drabinkach, nie dostać zadyszki i jeszcze móc z przekonaniem wygłaszać swe emancypacyjne monologi?! Coś fantastycznego!

Brontë forever

W moim prywatnym odczuciu, Charlotte Brontë dała światu nawet więcej niż Jane Austen. Jej bohaterki, a wśród nich najwspanialsza Jane, nie myślą tylko o tym jak być żoną i matką, one chcą być człowiekiem. Dziwne losy Jane Eyre to powieść, która tak bardzo porusza serca czytelników, gdyż opowiada o losach indywiduum, które od początku było na straconej pozycji, a jednak nie dało się złamać przez los. Nie dość, że kobieta, to jeszcze biedna, sierota i brzydka. Niedobra mieszanka o ile żyje się w XIX-wiecznej Anglii. Bardzo podobało mi się w tej adaptacji to, że nie skupiono się tylko na wątku miłosnym, choć oczywiście Rochester się pojawia, a na całym procesie kształtowania się osobowości młodej kobiety. Symbolika wiejącego wiatru i otwartych okien jest tu aż nazbyt wymowna. Bardzo doceniam także poświęcenie odtwórczyni głównej roli (poza sceną pięknej kobiety, o czym można się przekonać oglądając materiał o pracy nad spektaklem), która jest chyba najmniej urodziwą Jane w historii, przez co bardzo zbliża się do osoby samej autorki. Wiadomo, że Charlotte Brontë do piękności nie należała, była drobna niczym dziecko na skutek pobytu w szkole bardzo podobnej do Lowood, a biografia powieściowej Jane to tak naprawdę w wielu miejscach jej własna autobiografia.

W tym spektaklu jest wiele mniejszych i większych rzeczy, którymi wielbiciele twórczości sióstr Brontë mogą się wprost delektować. Fantastyczne są wstawki nie tylko muzyczne, ale i taneczne (Jak oni jadą! Powinni z tego zrobić osobne show). No i oczywiście jest wspaniały Pilot, czyli pies Rochestera, grany o dziwo przez człowieka i to grany tak, że sam żywy zwierzak na scenie nie byłby bardziej autentyczny. Co za praca ciałem! Jakże autentyczne poszczekiwanie i ogonem machanie! Jak możecie wnioskować po sporej ilości wykrzykników, jestem spektaklem wprost zachwycona, a to u mnie naprawdę rzadka reakcja na teatr.

Jane Eyre

Jedynym, do czego można mieć zastrzeżenia, jest organizacja teatralnych pokazów przez szczecińskie Multikono (mam nadzieję, ze w innych miastach jest lepiej). Dosłownie ma się wrażenie, że jest się tam intruzem. Obsługa zwyczajnie zapomina o widzach. Raz plansze reklamowe przewijały się przez 40 minut, a raz się nawet zdarzyło, że nie włączono nam światła podczas przerwy. No i co z promocją?

Mimo wszystko, koniecznie wybierzcie się na Jane Eyre w NT Live jeśli będziecie mieli okazję. Oczywiście polecam także inne hity, które już miały swoją premierę. Jestem pewna, że nie każdemu udało się dotrzeć jeszcze na Hamleta z Cumberbatchem czy na Koriolana. Jak dotąd, poza Jane Eyre, moim największym faworytem był Frankenstein, którego chętnie obejrzałabym jeszcze raz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *