Jonas Karlsson, Rachunek

Nie będę ukrywać, że od początku spodobał mi się pomysł na tę powieść. To jest jak spełnienie mojej osobistej fantazji o tym, żeby w społeczeństwie było po równo i sprawiedliwie. Kto pokrzywdzony przez los dostaje rekompensatę od odpowiedniego urzędu, kto miał szczęście, musi się teraz finansowo innym ludziom odwdzięczyć. No coś wspaniałego! To, że opowieść jest całkowicie irracjonalna zupełnie nie przeszkadza w odbiorze treści. Po kilku stronach zapominamy o całym surrealizmie fabuły i dajemy się wciągnąć do tego świata pozytywnych wibracji emanujących od głównego bohatera. Niektórzy porównują tę powieść do Procesu Kafki, niektórzy do Roku 1984 Orwella, i muszę przyznać, że w obu przypadkach wszystko się zgadza. Szkoda tylko, że książka szwedzkiego autora jest znacznie skromniej zakrojona, ma mniejsze ambicje, co nie znaczy, że ma mniej do przekazania.

Czas zapłaty

Głównym bohaterem powieści jest mężczyzna po trzydziestce, który na pozór nie wyróżnia się niczym szczególnym. On sam, jako narrator, nie ma nam na początku zbyt wiele do powiedzenia o swoim życiu. Czas spędza zwykle samotnie w niewielkim wynajmowanym mieszkanku, a jego praca to pół etatu w wypożyczalni filmów dla koneserów. Zdawkowe rozmowy z szefem, jedynym współpracownikiem czy lunch lub piwo z przyjacielem, to wszystkie jego interakcje. Jakież zatem jest jego zdziwienie, gdy pewnego dnia otrzymuje pocztą rachunek opiewający na 5 700 000 koron.

Z początku mężczyzna próbuje sprawę bagatelizować, ale gdy przychodzi kolejne wezwanie do zapłaty z naliczonymi odsetkami, sprawa zaczyna wyglądać niepokojąco. Wreszcie udaje mu się dodzwonić na infolinię, a miła konsultantka o imieniu Maud wyjaśnia mu cierpliwie o co chodzi. Otóż jesteśmy w świcie, w którym przywódcy wszystkich krajów ustalili, że nareszcie zaprowadzą sprawiedliwość. Oczywiście idzie im głównie o rozrachunki na gruncie finansowym. Każdy kto zaznał jakiegoś dobra w życiu, musi teraz je spłacić. Co rozumie się przez dobra? Oj, bardzo wiele. Olbrzymi rachunek wystawiony bohaterowi nie byłby tak duży gdyby nie miał on w dzieciństwie obojga rodziców, nie cieszyłby się dobrym zdrowiem, nie był zrównoważony psychicznie, a nawet gdyby nie był mężczyzną (za płeć też przyznaje się dodatkowe punkty do wyceny dobrostanu poszczególnych obywateli). Choć mężczyzna uważa sam siebie za nieszczególnie szczęśliwego, chodzi do urzędu i cierpliwie tłumaczy, że przecież nawet nie ma dzieci, niczego się nie dorobił i nie imprezuje z kolegami, jego rachunek i tak jest wciąż powiększany do coraz bardziej zawrotnych sum. Dzieje się tak z powodu nowych informacji dodawanych do tabelek i raportów, co bardzo przypomina wycenę człowieka przez bank, zanim da nam kredyt na 30 lat.

W pewnym momencie robi się naprawdę przerażająco, gdy orientujemy się wraz z naszym narratorem, że urząd, zanim go szczegółowo podliczył za życiowe szczęście, najpierw musiał się o nim wszystkiego dowiedzieć. Rzeczywiście, wiedzą o nim dosłownie więcej niż on sam i cały czas zdobywają za pośrednictwem Maud nowe informacje. Wszechwiedza państwa to element orwellowski, za to postawienie bohatera w stan oskarżenia, przy czym jego winą jest zwyczajne ludzkie szczęście, to już czysty Kafka.

Szczęście to rzecz względna

Przy okazji niedawnej lektury książki Skandynawski raj zastanawialiśmy się na ile deklarowanie przez Szwedów, Duńczyków i Norwegów szczęścia w ankietach, przekłada się na ich realne życie. W powieści Rachunek mamy rzecz odwrotnie pokazaną: młody Szwed absolutnie nie postrzega siebie jako szczęściarza, a jednak wszelkie obiektywne kryteria wskazują na to, że należy on prawdopodobnie do grupy najbardziej uprzywilejowanych obywateli świata. My jako czytelnicy z początku zapewne będziemy podzielać zdanie mężczyzny, że przecież nic wspaniałego nie jest jego udziałem, ale z każdą następną stroną nasze i jego stanowisko będzie podkopywane. Konsultantka telefoniczna Maud pełni tutaj tak naprawdę funkcję życiowego coacha, trochę też psychoterapeutki, pomagającej dostrzec bohaterowi jaki on sam jest niezwykły, a wszystko co go spotkało do tej pory było piękne i miało wyższy cel.

Nie znałam wcześniej nawet nazwiska autora tej powieści, dlatego też nie spodziewałam się, że dostanę do ręki tak dobry kawałek prozy. Na koniec byłam autentycznie rozczarowana faktem, że powieść nie jest dłuższa. Karlsson ma bardzo klarowny, przystępny styl, co bardzo mi odpowiada. Podoba mi się także to, że akcja ogranicza się do kilku dni i opiera się prawie w całości na rozmowach telefonicznych z nieznajomą. To naprawdę pobudza wyobraźnię. Mógłby być z tego naprawdę dobry film, z gatunku tych z tylko jednym aktorem lub bardzo kameralną obsadą, taki w stylu Locke’a z Tomem Hardym.

Rachunek prawdopodobnie przypadł mi do gustu także z powodu tego, że mnie samej często marzy się taki generalny rozrachunek. Dałoby to nam wszystkim odpowiednią perspektywę, szczególnie tym mieszkańcom zachodniego świata, którzy uważają się za pokrzywdzonych przez los. W cyferkach na minusie i na plusie moglibyśmy czytać swoje losy i porównywać się z mieszkańcami regionów zniszczonych przez klęski żywiołowe, głód i choroby. To bardzo kusząca wizja, którą łatwo zmienić w totalitarny koszmar dodając do niej powieściowy element państwowej wszechwiedzy. Któż z nas chciałby mieć na papierze wycenioną pierwszą miłość, opiekę rodzicielską czy dostęp do świeżego powietrza? A zaraz, to ostatnie ma już chyba u nas nawet podatkowe zastosowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *