W otchłani mroku Marka Krajewskiego

Czy też macie wrażenie, że z każdą powieścią Marka Krajewskiego jest odrobinę gorzej niż z poprzednią. Lekturą pierwszych książek o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim byłam wprost zauroczona. Bardzo odpowiadała mi ta mroczna stylistyka i poczucie zagubienia w przedwojennym świecie. Do dzieł wychodzących ostatnio nie mam już tyle serca i drażni mnie w nich coraz więcej spraw. Podczas lektury W otchłani mroku zrozumiałam zresztą na czym głównie opiera się moja niechęć. Powieść nie jest zanurzona, tak jak pierwsze utwory Krajewskiego, w cudownym świecie przedwojennego Wrocławia, tylko w brudnym, szarym i kaprawym Wrocławiu z czasów, gdy władze komunistyczne zasadzały się w Polsce na dobre. Wojna się skończyła i Wrocław wraz z Lwowem straciły bezpowrotnie swój urok, także czytelniczy. A co zostaje?

Pozostaje sześćdziesięcioletni Edward Popielski w roli zmęczonego życiem prywatnego detektywa. Sławny w wielu przestępczych kręgach Łyssy zamienia Lwów na powojenny Wrocław, gdzie czuje się zupełnie wyalienowany. Poczucie obcości wzmagają wszędobylscy Rosjanie, a szczególnie przedstawiciele NKWD oraz donosiciele z SB. Do tego proszę państwa mamy początek zimy. W tej niezbyt przyjemnej atmosferze zgłasza się do Popielskiego nauczyciel z nowo utworzonego Gimnazjum Podziemnego (kształtującego humanistycznie młode umysły póki się jeszcze da) z prośbą o wyśledzenie któż to z jego uczniów donosi na profesorów i kolegów obcym służbom. I tak zaczyna się wędrówka Popielskiego po mrocznych, oślizłych i najczęściej pachnących moczem zaułkach powojennego Wrocławia. Jak zwykle pełno tu mamy sadystycznych zwyrodnialców i przestępców. Nie brakuje ani pedofili, ani narkomanów, a już na pewno nie brak na kartach powieści Krajewskiego prostytutek (tych młodych i ładnych, i tych niekoniecznie). To wszystko jest oczywiście zamknięte we współczesnej ramie fabularnej, osadzonej we wrocławskich kręgach akademickich, przez co w niektórych bohaterach aż chce się dopatrywać samego autora.

Jest intryga, jest zbrodnia i jest błyskotliwy detektyw, cóż zatem może mi nie pasować? Może to kwestia zmiany tła historycznego, a może po prostu wyrastam powoli z pedantycznego stylu Krajewskiego, ale momentami wręcz znieść nie mogłam jego pretensjonalności (z całym szacunkiem, ale inaczej tego nazwać nie potrafię). Czy tylko mi przeszkadza baaardzo hojne inkrustowanie tekstu łacińskimi maksymami i zwrotami? Coś mam wrażenie, że z powieści na powieść tej łaciny coraz więcej się pojawia. Nie żebym miała coś przeciwko łacinie, ale co za dużo to niezdrowo. Bardzo denerwujące wydają mi się także liczne powtórzenia i podsumowania, które sprawiają wrażenie, jakby sam autor nie dowierzał, że czytelnik nadąża ze śledzeniem akcji. Postaci, nawet prywatnie rozmawiające ze sobą tak, jakby prowadziły akademicki wykład czy uczoną dysputę w obecności licznego audytorium, nie są dla mnie wiarygodne. To samo dotyczy Edzia Popielskiego, którego monolog wewnętrzny przypomina raczej matematyczne dowodzenie, logiczny dowód, a nie spontaniczny strumień świadomości.

Edward Popielski do niedawna był moją ulubiona postacią literacką (zawsze lubiłam go sobie wyobrażać z twarzą Adama Ferencego) i trochę mi szkoda, że zrobił się z niego taki nadęty i przemądrzały bufon, którego zwyczajnie nie da się lubić.

2 thoughts on “W otchłani mroku Marka Krajewskiego

  • Grudzień 7, 2013 at 5:19 pm
    Permalink

    Zgadzam się… Mam wszystkie książki, ale ta była naprawdę nudna, a styl pisania bardzo patetyczny. Nie wiem czy kupię kolejną…

    Reply
  • Grudzień 9, 2013 at 12:53 pm
    Permalink

    Ja zakończyłem swoją przygodę z Krajewskim na pierwszej książce o Lwowie. Zresztą ostatnia „wrocławska” zwiastowała już zjazd po równi pochyłej. Nie wiem czy skończyły mu się pomysły, czy sukces uderzył mu do głowy, ale z przykrością czytam coraz to bardziej miażdżące recenzje niegdyś mojego ulubionego pisarza.

    Czasem sobie wracam do Mocka. Trzyma formę. Nowe książki tylko kartkuję i widzę, że coraz więcej „światła” i większa czcionka. Chyba ewoluuje w kierunku serii „duża czcionka” dla starszych osób, niekoniecznie wymagających ciekawej rozrywki. Szkoda.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *