Koniec świata w Breslau we Wrocławskim Teatrze Współczesnym

W niedzielę po raz ostatni odwiedziłam Współczesny. Nigdy więcej nie dam sobie tego zrobić. Przez całe przedstawienie psioczyłam na własną głupotę i naiwność, które kazały mi przyjechać ze Szczecina specjalnie na Koniec świata w Breslau, choć żadnych recenzji jeszcze nie było, a i fanką książek Krajewskiego już od dawna nie jestem. Niestety, bardzo lubię Wrocław i oczami wyobraźni już widziałam stylowe, może nawet lekko kiczowate przedstawienie w odcieniu nostalgicznej sepii, w którym elegancki radca kryminalny Eberhard Mock z nienaganną dykcją i podziwu godną erudycją opowiada nam o przedwojennym świecie i jego mrocznych zbrodniach. To by była najlepsza reklama miasta w historii, wystarczyło tylko nie popsuć prozy Krajewskiego, która moim zdaniem nie nadaje się do artystycznych eksperymentów, ale porządne przedstawienie da się z niej jak najbardziej ulepić. Och jakże się myliłam!

Przedstawienie wyreżyserowane przez Agnieszkę Olsten ma więcej wspólnego już ze stereotypowo pojętym Witkacym niż z Krajewskim. W czasach młodzieńczych bardzo odpowiadały mi kryminały, których akcja toczy się w dawnym Wrocławiu. Mózg mi odpoczywał przy tej lekkiej rozrywce, która sprawiała wrażenie bardzo pouczającej i ambitnej. Lubię nawet do dzisiaj logiczną, konsekwentną, pedantycznie uporządkowaną fabułę powieści Krajewskiego, choć jego fraza, zwyrodniałe i przerafinowane postaci, oraz wydumane zbrodnie, wydają mi się potwornie pretensjonalne. Niestety, w adaptacji scenicznej nie ma ani złych, ani dobrych cech tego pisarstwa, gdyż w ogóle ma ono z poczytnymi kryminałami niewiele wspólnego.

Jak czytelnicy zapewne pamiętają, akcja drugiej powieści Marka Krajewskiego rozgrywa się w 1927 roku, kiedy to wychodzą na jaw potworne zbrodnie osobnika nazwanego przez wrocławskich śledczych mordercą z kalendarza. Podczas dochodzenia wykształcony klasycznie hedonista, radca kryminalny Eberhard Mock, pozwala się poznać jako najgorszy pijak, potworny mąż i genialny detektyw w jednym. W przedstawieniu wygląda to nieco inaczej. Cała bezlitośnie długa i boleśnie nudna pierwsza część skupia się na życiu osobistym radcy, jego problemie z alkoholem i przemocą oraz na kłopotach związanych z młodziutką żoną Sophie. Państwo Mockowie nie pasują do siebie zupełnie, co ma naprawić przyjście na świat ich upragnionego potomka. Tego jednak nie ma co się spodziewać, ponieważ nie został jeszcze poczęty, a biorąc pod uwagę impotencję Mocka, pasywną agresję Sophie, a także jej nałóg kokainowy i koneksje z dziwną sektą, możemy być pewni, że to się raczej nie zmieni. O zbrodni mówi się w tej części tak mało jak się da. W ogóle mówi się mało, a jeśli już aktorzy akurat nie tańczą, nie bełkoczą w pijackim widzie, nie masturbują się, nie rozbierają, nie gwałcą i nie biją, to i tak ich słowa sprawiają wrażenie wyciętych losowo z dowolnego tekstu, niekoniecznie z prozy Krajewskiego.

Druga cześć scenicznego dzieła skupia się bardziej na intrydze kryminalnej, tyle że ma się poczucie, że to za późno i za mało by spektakl uratować. Wygląda to tak, jakby ktoś sobie pod koniec przypomniał, że w końcu Koniec świata w Breslau to kryminał i do tej parady dziwadeł i ekscentryków dodał kilku potencjalnych i realnych zbrodniarzy. Było to tak nieudane, że nawet nie jestem w stanie stwierdzić, czy zagadka została rozwiązana, zresztą sądząc po gniewnych i zdezorientowanych minach innych widzów, nie tylko ja.

Jedno jest pewne, chciano nas zszokować i to się w sumie udało. Mimo sporej dawki golizny i brutalnego seksu, tańczącej małpy i pierza w majtkach, nawet pomimo pięknej scenografii i żenującego wyciągania widzów na scenę, Koniec świata w Breslau był szokująco nudny i to jedyny wstrząs jakiego można tu doznać.

Grający Mocka Konrad Imiela był nijaki, a postać jaką wykreował (jego Mock jest niespójny, ma problemy z panowaniem nad sobą i formułowaniem myśli, wreszcie jest mało stylowy i elegancki, a często po prostu wulgarny) jest tak różna od literackiego pierwowzoru, jak to tylko możliwe. Towarzyszący mu na scenie pozostali artyści także nie robią większego wrażenia. Nuda i słaba dykcja. Nie rozumiem też zupełnie pomysłu na to, że każdy ma się rozebrać jeśli tylko to możliwe. Wolałabym naprawdę więcej sensownych dialogów, a mniej facetów, którzy w samych majtasach wyglądali jak przerośnięte niemowlęta w pieluchach. Z kreacji Poli Błasik grającej Sophie zapamiętam tylko tyle, że miała ładne nogi, zero biustu, a jej dziecięce ciało poruszało się bardzo zwinnie w popisach tanecznych. Szkoda tylko, że twarzy już nie pamiętam, takie to było nużące i nudne.

Siedząc na widowni i przyglądając się twarzom cierpiących widzów, którzy zdecydowali się wrócić po przerwie, żałowałam bardzo że poddałam się tej dobrowolnej torturze. Jakże gorzko wypominałam sobie, że jak co niektórzy nie zwiałam po przerwie (a naprawdę spora grupka nie dała rady do końca)! Jeszcze większa żałość mnie naszła, gdy sobie przypomniałam, jak wchodząc słyszałam młodzianów z obsługi mówiących między sobą, że ,,ładna dekoracja, tylko ona się tu udała”. To był moment, w którym jeszcze mogłam uciec i uniknąć śmierci kilku cennych neuronów, obumarłych na skutek śmiertelnej nudy i zażenowania tym surrealistycznym, wulgarnym, odjechanym w złym sensie, widowiskiem.

Na koniec jeszcze refleksja nad zaskakująco pozytywną reakcją Marka Krajewskiego na skrzywdzenie jego literackiego dziecka. To, że autor nie ma za złe Współczesnemu ośmieszenia swej twórczości to jedno, ale za to, że przedstawienie zniechęca wszystkich potencjalnych czytelników do sięgnięcia po jego kryminały, to się pozew sądowy należy. Nie wierzę, że pan Krajewski, człowiek wrażliwy, wykształcony, elegancki i stylowy, kreator dwóch postaci mających siebie wręcz za arbitrów elegancji przedwojennego wrocławskiego i lwowskiego światka, nie dostrzegł, że spektakl jest obiektywnie zły, ale jeśli naprawdę uważa, że jego dzieło trafiło w dobre ręce, to stawia to pod znakiem zapytania jego sławny dobry gust i jest kolejnym powodem do tego, by raz na zawsze pożegnać się z tanią i szybką przyjemnością czytania jego corocznych kryminałów.

A może szalony Edward Nożycoręki lub tańce w stylu Lady Gagi tak pisarza urzekły?

26 thoughts on “Koniec świata w Breslau we Wrocławskim Teatrze Współczesnym

  • Maj 19, 2015 at 6:28 pm
    Permalink

    Byłem na tej ramocie 17 maja. Żenada. Ponieważ nie pierwszy raz się naciąłem we ‚Współczesnym’ – odpuszczam sobie ten teatr do czasu zmiany dyrekcji.

    A recenzja powyższa – super. Gratuluję!

    Reply
  • Maj 19, 2015 at 7:19 pm
    Permalink

    Recenzja nawet niezła, ale przekręcenie nazwiska i komentarz na temat biustu aktorki, poniżej poziomu.
    Powodzenia i pozdrawiam!

    Reply
    • Maj 19, 2015 at 10:28 pm
      Permalink

      Co do nazwiska – literówka (już poprawiona, za co przepraszam).

      Reply
  • Maj 22, 2015 at 8:13 pm
    Permalink

    Wydaje mi się, że śnię. Czy rzeczywiście widziała Pani ten sam spektakl? Czy też Pani recenzja (?) to jakiś żart? A może warto by poczytać coś o ekspresjonizmie niemieckim? Czytać, tylko czytać. Marka Krajewskiego tekstowa faktura liczy się tam samo jak w pracy nad SPEKTAKLEM, jak każde inne tworzywo. Bo teatr nie jest od tego, by ilustrować opowieści kryminalne. Naprawdę tego Pani nie wie czy to taki prowokacyjny, tani zgryw?

    Reply
  • Maj 23, 2015 at 7:06 pm
    Permalink

    Zgadzam się z tą recenzją w 100%. Kryminały pana Krajewskiego są proste, chodzi w nich o akcję i to na niej się skupiałam czytając wszystkie jego książki. Ponoć spektakl miał być „dramatem psychologicznym”, opartym na emocjonalnej sferze „KŚwB”. Rozumiem, teatr ma skłaniać do refleksji na wyższe tematy, ale ta powieść wcale się do tego nie nadaje. Sam autor twierdzi, że jest „literatem klasy B”. Jego dzieła mają dostarczać rozrywki, a nie być wspaniałą, wzniosłą literaturą. Wracając do rzekomego psychologicznego wątku – jeszcze gdyby zrobiono to w sensownym stylu, to bym jakoś to przedstawienie zdzierżyła. Niestety, z mrocznego, „solidnego” kryminału zrobiono jakiś cyrk z małpami, tańcami, różowymi światłami… Nie. Stanowcze nie. Akcji zero, nie wiadomo, co dzieje się na końcu (jak ktoś nie czytał książki, to miał problem z rozgryzieniem finału), wlecze się jak flaki z olejem.
    Podejrzewam, że reakcja autora (rozumiem, że chodzi o tą opublikowaną na facebooku?) wynika tylko z jego grzeczności. Przecież nie napisze otwarcie, co o tym „czymś” sądzi… To nie w jego stylu.
    W ogóle miło mi, że ktoś ma podobną opinię do mojej :) Zazwyczaj jestem tą osobą w otoczeniu, która ma odmienne zdanie, ale po przeczytaniu wielu recenzji widzę, że to nie ze mną jest „coś nie tak”, tylko z tym spektaklem.
    Pozdrawiam!

    Reply
    • Maj 24, 2015 at 4:42 pm
      Permalink

      Miło czyta się komentarz zgodny z moim zdaniem i sensownie napisany. :) Dziękuję.

      No niestety nie wyszło, może po prostu książka nie nadawała się do teatru i tyle. Pozostaje czekać na serial.

      Reply
  • Maj 25, 2015 at 11:59 am
    Permalink

    Zgadzam się i podpisuję pod Pani recenzją rękami i nogami. Teatr absurdu i tyle. Ktoś kto nie czytał książek Krajewskiego może mieć bardzo poważny problem ze zrozumieniem sensu przedstawieni (pytanie czy ten w ogóle w nim jest) a śledztwo będące kluczem książki zeszło na 10 plan. Żenujące, męczące i mega nudne. Ja osobiście nie polecam.

    Reply
  • Czerwiec 17, 2015 at 7:30 pm
    Permalink

    Ależ desperatka. Aż przykro czytać te pseudo mądre wypociny. Wymieniła Pani 2 aktorów z KILKUNASTU (!!!) którzy pojawili się w spektaklu, omijając zupełnie postać chociażby Smolorza- genialnie stworzoną przez świetnego aktora Tomasza Orpińskiego .A komentarz na temat ciała Poli Błasik ? To chyba żart ! Jedyne , co pozostaje w głowie po tej lekturze to obraz autorki jako otyłej i pryszczatej zakompleksionej kobiety, z całym szacunkiem. Jak można zniżyć się do tego poziomu, udać się do TEATRU, obcować ze sztuką i komentować biust aktorki ?! To jest właśnie Polska! Dziewczyna zaliczyła swój DEBIUT SCENICZNY w tak trudnym spektaklu, poradziła sobie niesamowicie a co może czytać w internecie ? Jakieś żałosne uwagi na temat swoje ( przy okazji naprawdę zachwycającego) ciała…
    Ciężko w ogóle traktować coś takiego poważnie, dlatego reszty nie będę nawet komentować
    ŻENADA!
    Musi być pani naprawdę zgorzkniałą i nieszczęśliwą osobą. To przykre.
    Pozdrawiam bardzo nieserdecznie.

    Reply
    • Czerwiec 21, 2015 at 10:17 pm
      Permalink

      …jaka dykcja? wszelkie rozmowy za szybą na początku były ledwie zrozumiałe! Za dużo wrzasku i krzyku! Jakby w powieści były wyłącznie zboczenia, alkoholizm i prochy…

      A żona Mocka jest zaiste ładną dziewczyną, świetną aktorką i rozmiar biustu (ładnego!) jest nieważny. Szkoda, ze reżyserką ją zamęczyła…

      Reply
    • Lipiec 8, 2015 at 1:24 pm
      Permalink

      „załamana” – zgadzam się z Tobą w 100%!

      Reply
    • Listopad 10, 2015 at 9:55 am
      Permalink

      To nie są wypociny tylko prawdziwa recenzja . I nie pisze tego jakiś kmiotek ze wsi .
      SPEKTAKL TO TOTALNY GNIOT !!!!! / POMIESZANIE Z POPLĄTANIEM !!!!
      Opuszczenie sali przez widzów podczas przerwy to juz ocena tego spektaklu

      Reply
    • Maj 22, 2017 at 9:47 am
      Permalink

      Do autorki powyższego komentarza mogę odnieść fragment Pani wypowiedzi: „Musi być pani naprawdę zgorzkniałą i nieszczęśliwą osobą. To przykre.” Nie wiem, czy Pani to zauważyła, ale w teatrze już od dawna nie obcuje się ze Sztuką, współczesne przedstawienia zwykle epatują golizną, a w takiej sytuacji komentarz dotyczący biustu tudzież innych fizycznych cech aktora, eksponowanych na scenie, jest jak najbardziej na miejscu.
      A recenzja (a właściwie OPINIA na temat przedstawienia) jest całkowicie zbieżna z moimi odczuciami – to przedstawienie jest przede wszystkim koszmarnie, koszmarnie nuuuuuuuudne! I aktorzy mogliby stawać na głowie i chodzić na rzęsach – niczego to nie zmieni. Uciekliśmy z mężem w trakcie przerwy :)

      Reply
      • Maj 22, 2017 at 4:01 pm
        Permalink

        Serdecznie witam Panią, nie wiem czy epitety pod moim adresem podnoszą Pani samopoczucie, jeśli tak to proszę sobie poużywać, choć wydaje się, że osobiste uwagi wobec nieznanej sobie osoby nie podnoszą walorów pisanej recenzji. Odbiór sztuki jest kwestią gustu, poczucia indywidualnej estetyki czy bardziej zobiektywizowanej oceny sztuki na tle innych teatralnych prezentacji. Mnie osobiście (i tak o tym pisałam) sztuka nie podobała się pomimo, iż czytam Krajewskiego z zainteresowaniem, ale też na podstawie lektury miałam inne oczekiwania co do eksponowania najważniejszych treści prezentowanych w książce. Ponieważ nie byłam jedyną osobą, która z niezadowoleniem przyjęła tę prezentację to starałam się to oddać w recenzji i nic nie upoważnia do „wtykania” epitetów pod moim adresem, bo nie moja osoba jest tu najważniejsza. Nie dodamy treści ocenom pisząc inwektywy pod adresem recenzentów a pomijając istotę prezentowanej sztuki zarówno ze względu na jej formę, treść, sposób przekazu, grę aktorską itp. Pozdrawiam RG

        Reply
  • Czerwiec 20, 2015 at 10:22 pm
    Permalink

    Zupełnie jakbym czytała własne słowa… Mam identyczne odczucia jak Pani. Tylko że ja nie wytrzymałam nawet do końca i opuściłam teatr podczas przerwy. Nie jestem aż taką masochistką, żeby dobrowolnie cierpieć jeszcze przez kolejną godzinę

    Reply
  • Czerwiec 21, 2015 at 10:11 pm
    Permalink

    Trafione w środek tarczy! Najgorzej zainwestowane 100 zł (3 bilety!). A mogłem za tę stówę kupić 4 worki torfu i 5 worków kory do ogrodu…

    Reply
  • Listopad 7, 2015 at 11:47 pm
    Permalink

    Aktorstwo i sceneria, muzyka i gra światłem to było to co zrobili na mnie świetne wrażenie. Cały przekaz czytelny, jeśli ktoś kto czytał powieść nie zrozumiał lub neguje zamysł spektaklu, to nie powinien chodzić do teatru tylko próbować zrozumieć tanie kino, coś w rodzaju Listów do M… Aktorstwo to nie ciało, zresztą aktorka Sophie to piękna kobieta jeśli o tym mowa. Gratuluje wszystkim zaangażowanym w to przedstawienie! Mało tego takiego współczesnego teatru oczekuję i chętnie pójdę jeszcze raz!

    Reply
    • Listopad 10, 2015 at 9:49 am
      Permalink

      Gościu czy ty oglądałeś ten sam spektakl czy tylko ci się wydawało ? a może byłeś na innym ?
      Pierwsza recenzja jest dokładnie taka jaką sam bym napisał : Ogólnie totalne BADZIEWIE I SZKODA WYDAJNEJ KASY !!!!

      Reply
  • Listopad 9, 2015 at 3:53 pm
    Permalink

    Totalna żenada brak po prostu słów na opisanie tego spektaklu. Chomo nie wiadomo o co w tym wszystkim chodziło . Kompletny chaos , debilne dialogi i epatowanie aktami seksualnymi po prostu paranoja
    Po przerwie 10 % publiczności wyszło i juz nie wróciło . W dniu 8 listopada połowa ostatniego rzędu nie pojawiła się na drugiej części spektaklu
    Dziwię się tylko jednemu dlaczego Dyrektor Teatru Capitol Kondrad Imela gra tutaj – przecież to poniżej krytyki ten spektakl.
    Panie Dyrektorze daj Pan spokój i nie kompromituj się .

    SZKODA PIENIEDZY !!!! ODRADZAM !!!!!!!
    LEPIEJ WYDAC NA BILET DO TEATRU KOMEDIA – bo przynajmniej tam się pośmieję a tutaj to ….śmiech przez łzy że dałem się nabrać reklamie

    Reply
    • Listopad 11, 2015 at 10:00 pm
      Permalink

      Teatr Komedia? Hmm….no to wszystko jasne….jesli dla kogos teatr to tylko lekkie komedyjki z najslabsza obsada w mieście to nie ma po co isc na sztuke w której ktos chciał przekroczyć jakies granice, operowac symbolem, troche groteską…scena koncowa sztuki wywolala u mnie łzy wzruszenia,że obejrzalam cos dobrego.aha, na spektaklu byla publika w różnym wieku, NIKT nie wyszedł, owacje na stojąco….

      Reply
      • Listopad 12, 2015 at 1:23 pm
        Permalink

        Taaa nikt nie wyszedł / ślepa czy co ? / A może nie na tym spektaklu byłaś ?
        Teatr Komedia – to tylko przykład mógłbym śmiało napisać że wolę Teatr Capitol ale nie zrobiłem tego specjalnie gdyż go uwielbiam i jestem praktycznie na każdym spektaklu. Nie napisałem że względu na Dyrektora który gra w tym spektaklu …
        Ostatnia scena …. łzy wzruszenia za co za taniec ? czy co ?

        Reply
        • Listopad 12, 2015 at 1:36 pm
          Permalink

          Może za slow motion? Niektórym śni się po nocach do dziś:)

          Reply
  • Luty 22, 2016 at 6:17 pm
    Permalink

    Koniec świata w Breslau i koniec świata w teatrze.
    Koszmarna nuda z zupełnym brakiem smaku.
    Oby puste krzesło Tadeusza Kantora przed Teatrem Współczesnym nie było symbolem pustych krzeseł w teatrze po sztuce Koniec świata w Breslau.
    Teatr to widowisko na żywo, to sztuka a co za tym idzie powinno w sposób umowny coś prezentować. Jeśli to robi w sposób dosłowny to tak jak jeleń na rykowisku jest kiczem. Koniec świata w Breslau to nie jest, tak jak możemy przeczytać w nocie teatru współczesnego, „… pełen napięcia thriller psychologiczny…” – to niestety jest kicz czyli obraz przedstawiony w sposób rzeczywisty bez niedomówień i domyślności – tu nie ma miejsca na sztukę, na interpretację. Tym bardziej z tego „przedstawienia” nie dowiemy się jak wyglądał fascynujący świat „… lat dwudziestych XX wieku, zaludniony przez piękne kobiety, zdegenerowanych arystokratów, morfinistów i członków tajemnych sekt” – owszem są morfiniści. Obraz, który nam pokazano można śmiało wkleić w każdy wiek by pokazać degenerację grup ludzi czy przypadkowych jednostek – tu nie ma żadnych odniesień do Wrocławia „Breslau”. Ta sztuka nie ma nic wspólnego z Krajewskim oprócz Eberharda Mocka. Całe szczęście, że pani reżyser Agnieszka Olsten nie zechciała nam pokazać na „żywo” morderstw z powieści Krajewskiego bo teatr musiałby postarać się o nowych aktorów – a może i żal??
    Uważam (i nie jestem w tym odosobniona), że widownia zgromadzona w Teatrze Współczesnym wykazała się daleko idącą poprawnością. W czasach Mocka zniesmaczona widownia gwizdałaby i tupała i tylko żal, że nie dostosowaliśmy się do konwencji przyjętej przez reżyser. Wyjście z teatru po przerwie nie jest dobrym wyjściem by uzewnętrznić swoją opinię, przyznam, że z zazdrością patrzyłam na pana, który wychodził w czasie pierwszego aktu rzucając poprawnej widowni ironiczne spojrzenie. Pierwszy akt nie zakończył się jednym oklaskiem a po przerwie wyszła około 1/3 widzów. Nie wszyscy co mieli nadzieję na lepszy drugi akt doczekali się tego.
    Reżyser Agnieszka Olsten uważa, że Mock powinien na nasz rachunek czasu, wytrwałości i pieniędzy rozwiązywać przez 1 ½ godziny swoje problemy – nieodosobnione zresztą w żadnej epoce i żadnym miejscu – tak było i jest wszędzie i nie musimy idąc na zupełnie inną fabułę kolejny raz się o tym przekonywać. Gdzie ten Breslau lat dwudziestych??!! Sztuka jest archaiczna wbrew formie, bo nikt z nas nie chce dziś czekać 90 minut na przejście do tematu – też zresztą nie najlepsze. Polecam też http://www.absolwenciprawa69.pl/kategoria.php?artykul=48&kat=11 oraz recenzję z tej sztuki na http://weszlowoko.blogspot.com/2016/02/kto-wygrywa-w-konfrontacji-teatr-kino.html

    Reply
  • Maj 28, 2016 at 9:54 pm
    Permalink

    Uważam, że doskonale został oddany charakter Mocka, jego zmagania z alkoholizmem, jego spryt w śledztwie, w ogóle charakter książek Pana Krajewskiego, gdzie jest mnóstwo zła – wyuzdania i innych niemoralnych klimatów. Ktoś ma tutaj pretensje, że dopiero w drugiej części jest przejście do sedna śledztwa. Przecież kryminały Pana Krajewskiego to nie jest tylko sztywna fabuła związana ze zbrodnią, ale odbiegające wątki, pokazujące cały syf z życia Mocka. Niektórzy nawet zarzucają Krajewskiemu, że nie są to typowe kryminały, bo za dużo w nich prywatnego życia bohatera, burdeli i opisów żarcia, zamiast śledztwa, śledztwa, śledztwa. Mam wrażenie, że niektórzy zamiast pójść na spektakl z czystą głową, naczytali się wcześniej recenzji lub innych opisów. Były sceny angażujące widownię i jakoś wszyscy się śmiali, bili brawo… a potem… takie recenzje? Ktoś pisze, że nie ma miejsca na własne interpretacje. Czyżby widzowie przyzwyczaili się do współczesnych sztuk, w których wystarczy jedno krzesło na scenie, a reszta to własna interpretacja? Co z tego, że w nocie Teatru Współczesnego był opis:”Pełen napięcia thriller…” Radzę nie czytać żadnych not i opinii przed obejrzeniem czegokolwiek. Ktoś chce tutaj zobaczyć jak wyglądał fascynujący wiek lat XX? Czy ten ktoś czytał Pana Krajewskiego? Czy tam są fascynujące lata XXte? Nie, tam jest syf i niemoralność. Tylko na tym skupia się Pan Krajewski. Taki jest charakter tych książek i został świetnie oddany w sztuce we Współczesnym. I to jeszcze właśnie bez dosłowności. Bo gdyby była dosłowność to mielibyśmy tutaj dosłownie non stop nagość i okropną brutalność. Że skrót zbyt dosłowny? Jak streszczenie? Moi drodzy, trzeba umieć zrobić dobre streszczenie książki i tutaj to było. Radzę przeczytać wszystkie książki od Śmierć w Breslau po Dżumę w Breslau i zastanawiam się, gdzie tam widz znajdzie piękne lata XXte. Są inne książki, które opisują piękne lata XXte. Tu mamy syfiaste lata XXte, ale przede wszystkim świetną grę aktorską – Konrad Imiela jako Mock, nie schodził z tonu przez całą sztukę, Tomasz Orpiński jako Kurt Smolorz, zabawny w swym dramacie pijaka, Przemysław Kozłowski doskonały jako zjawa duchowa. Pola Błasik jako żona Mocka. Nie znałam tej aktorki, mogłam się domyślać, że z Capitolu i dobrze, bo pokazała świetnie jak się tańczyło w latach XXtych, ale nie ugrzecznione tańce, tylko coś a’la Josephine Baker. Tego nie da się wkleić w każdy wiek, jak tu ktoś pisze. Taki właśnie charakter oddany był i w książce i w sztuce. Ktoś tu pisze, że Konrad Imiela był niespójny. Dziecko, znajdź alkoholika, który jest spójny :). Konrad Imiela zagrał to świetnie. Jego obietnice, które chce spełnić w danej chwili i w nie wierzy, a potem znów przegrywa z alkoholem. Pan Krajewski nie opisuje w swoich powieściach Jamesa Bonda, tylko śledczego alkoholika i ten wątek jest bardzo mocny w jego powieściach. Nudzą mnie sztuki, gdzie na scenie jest jedno krzesło, w których jest przerost formy nad treścią i babranie się w wyższości jednego słowa nad drugim. Jak zobaczyłam Konrada Imielę to obawiałam się psycho-abstrakcji. Tutaj było wszystko z książek Pana Krajewskiego i to doskonale oddane w skrócie. I śmiać mi się chce, kiedy ktoś przed sztuką przeczyta opis, nawet jeśli jest to opis z teatru, w którym będzie ta sztuka i trzyma się go kurczowo. Poza tym trzeba czytać ze zrozumieniem. Chodziło o fascynujący świat lat XXtych, ale ten najbardziej niemoralny. I jeszcze jedno, w innych sztukach/teatrach są często same latające cycki i zero fabuły. W tej sztuce moim zdaniem doskonale zrobiono skrót z książki, a Pola Błasik, która pojawiła się z nagimi piersiami, pokazała się w tych scenach pięknie, jako piękna kobieta. Ktoś pisze, że teatr w sposób umowny powinien prezentować. To zależy jaki to jest spektakl. Nie wszystko musi mieć abstrakcyjną i wielce umowną interpretację. Jedyne, co było za bardzo dosłowne, to w drugiej części palenie na scenie papierosów, cygar i fajki. Mogło zrobić się niedobrze, ale tylko od dymu.

    Reply
  • Maj 28, 2016 at 10:19 pm
    Permalink

    Ha! Jeszcze jedna rzecz. Że mało Krajewskiego? Oto wypowiedź Pana Krajewskiego zamieszczona na stronie teatru:

    „”W sobotni wieczór odbyłem podróż w czasie. Znalazłem się w roku 2002, kiedy pisałem powieść Koniec świata w Breslau. Stało się to podczas premiery jej adaptacji scenicznej. Siedząc na widowni i oglądając spektakl w reżyserii Agnieszki Olsten, rozpoznawałem w scenach i w dialogach moje dawne przemyślenia i niepokoje. Każde zdanie padające z ust aktorów przypominało mi o okolicznościach, które były dla niego inspiracją. Spotkałem siebie samego sprzed trzynastu lat.

    Koniec świata w Breslau jest moim ukochanym literackim dzieckiem. A dziecko odchodzi, nabiera nowych kształtów, nowych znaczeń i interpretacji. Dostaje się w obce ręce. Moje ukochane literackie dziecko dostało się w dobre teatralne ręce”.

    Marek Krajewski”

    Skoro sam Pan Krajewski został przeniesiony w swoją powieść, to moi drodzy…

    Reply
  • Maj 30, 2016 at 10:11 am
    Permalink

    Nie mam zwyczaju komentowania w sieci czegokolwiek, ale nie mogłem sobie odmówić napisania paru słów na temat teatralnej wersji Końca świata w Breslau. Oczekując przełożenia prozy Krajewskiego na deski teatru, byłem bardzo podekscytowany wizytą we Współczesnym, skracając nawet weekendowy wypad nad morze, ale do rzeczy…
    Powyższą recenzję zacząłem czytać przed spektaklem – nie dokończyłem, gdyż nie chciałem negatywnie nastrajać się przed pokazem. Generalnie informacje, które docierały do mnie po premierze trochę niepokoiły, ale tłumaczyłem je sobie wyrafinowanym gustem krytyków – nic bardziej mylnego. To co zaserwowano nam w teatrze ciężko opisać, dlatego tym bardziej gratuluję recenzji, którą musiałem doczytać do końca po wczorajszej „kulturalnej” dawce traumy.

    Krótko i delikatnie mówiąc – jeśli spodziewacie się solidnej dawki rozrywki w postaci mrocznego thrillera psychologicznego – będzie cie zawiedzeni. Dostaniecie porządną porcję abstrakcji psychodelicznej, która na trzeźwo jest nie do przejścia (szczególnie w niedzielny wieczór).

    Może gdyby przed spektaklem częstowano opium…

    Reply
    • Maj 30, 2016 at 12:44 pm
      Permalink

      Opium mogłoby być dobrym rozwiązaniem. Widziałam spektakl dość dawno, a do dziś śni mi się tańcząca małpa:)
      Myślę, że pan Krajewski wypowiedział się o tym przedstawieniu pochlebnie tylko dlatego, że nie wypadało mu powiedzieć prawdy. Jego książki mają darmową reklamę i dziwne by było, gdyby mówił czytelnikom by nie szli na przedstawienie. Ale co sobie musi pisarz myśleć o tym kuriozum…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *