Victoria

Jeśli lubicie brytyjskie seriale, w tym się po prostu zakochacie. Ta produkcja jest tak brytyjska, że już bardziej się nie da, bo historyczna i poświęcona ulubionej epoce wszystkich moli książkowych i kinomaniaków, czyli epoce wiktoriańskiej, a konkretnie kobiecie, od której te lata wzięły nazwę. Jest tu wszystko, co zwykle mnie zachwyca w najbardziej udanych wytworach wyspiarskiej telewizji: kwiat brytyjskiego aktorstwa, pasjonująca i romantyczna historia, spora dawka przydatnej wiedzy historycznej, przepiękne wnętrza i kostiumy, a do tego wietrzno-deszczowy klimat. Czegóż chcieć więcej w ponure jesienne dni?

Tak to się zaczęło

Od dzieciństwa zaczytywałam się w literaturze wiktoriańskiej, ale o samej królowej Wiktorii wiedziałam niewiele. Dobrym przygotowaniem do odbioru serialu okazała się niedawno przeczytana i opisana na blogu książka pt. Londyn w czasach Sherlocka Holmesa autorstwa Krystyny Kaplan, która treściwie i prosto opisywała dzieje życia królowej i wszystko, co powinniśmy wiedzieć o jej czasach. Dzięki tej publikacji w pełni doceniam kunszt twórców serialu, którzy wzięli ile się dało z prawdy historycznej, dodali niewielką ilość fantazyjnych dialogów i szczegółów, no i upichcili trzymającą w napięciu historię, którą ogląda się z zapartym tchem.

Alexandrinę Victorię (Jenna Coleman) poznajemy w dniu, w którym dowiaduje się ona o śmierci króla i o tym, że właśnie została królową. Choć osiemnastolatka od pewnego czasu była uważana za następczynię tronu, dla niej samej jest to prawdziwy szok. Jeszcze większym szokiem okazała się ogromna władza w rękach nastolatki dla jej matki i kręgu wpływowych krewnych oraz przyjaciół, którzy z dnia na dzień stali się jakby mniej wpływowi. Despotyczna mamusia (w roli księżnej Kentu Catherine H. Flemming) nagle nie może już tak śmiało besztać krnąbrnej córuchny, bo to przecież głowa najpotężniejszego na świecie imperium. Naprawdę podobały mi się sceny, w których ta charakterna Niemka o oschłym sposobie bycia i władczym spojrzeniu była zmuszona do trzymania języka za zębami.

Z prawdziwą przyjemnością patrzy się na to, jak nieświadoma niczego Wiktoria, zapatrzona jedynie w swego pieska i do niedawna bawiąca się lalkami, zaczyna wkraczać w świat dorosłych, przejmować obowiązki władczyni i radzić sobie z polityką. Duża w tym zasługa niezawodnego doradcy, lorda Melbourne (Rufus Sewell), który dzięki doświadczeniu i ogromnej sympatii do królowej, wie najlepiej jak przeprowadzić ją przez najniebezpieczniejsze meandry władzy, związane głównie z despotycznymi krewnymi. Nic dziwnego, że świeżo upieczona władczyni podkochuje się w dojrzałym mentorze, ale oczywiście tylko do czasu, aż pojawi się prawdziwa miłość jej życia, książkę Albert (Tom Hughes). To nic, że sztywny, zarozumiały i nieco nietaktowny, skoro Wiktora z miejsca się w nim zadurza. I nagle dzieje się magia. Patrzymy na historię starą jak świat (a raczej jak półtora wieku), a jednak, dzięki kunsztowi filmowców i fantastycznemu aktorstwu, to nadal wzrusza i rozczula, będąc jednocześnie czymś nad wyraz podniosłym, tak że widz czuje, że na jego oczach dzieje się Wielka Historia.

Jest chemia!

Może i Wiktoria nie jest serialem jakoś szczególnie oryginalnym, ale za to solidnie zrobionym. Każdy odcinek udowadnia, że Brytyjczycy reprezentują najwyższy poziom jeśli chodzi o podejście do dramatów kostiumowych. Ich stare, dobre, wypracowane do perfekcji chwyty naprawdę działają znakomicie. Osobiście zaczęłam oglądać ten serial bez szczególnego entuzjazmu, burząc się z początku, że to takie niepoważne by zasadzać na tronie płochą dziewoję lub by Brytyjczykami rządzili Niemcy (a w ogóle cała ta monarchia jakaś taka mocno archaiczna), by już po kilku odcinkach zwyczajnie zazdrościć wyspiarzom rodziny królewskiej i tej całej wzniosłości, jaką ocieka siedziba głowy państwa i każdy w otoczeniu królowej.

Choć mało oryginalny, serial jest jednak przepięknie zrobiony. Jest tu tyle pięknych kadrów, że aż się to wszystko momentami ociera o kicz. No i jest to, co najważniejsze, by chciało się produkcję oglądać, czyli niebywała chemia między bohaterami. Między Wiktorią i lordem M. aż iskrzy od emocji i z wielkim wysiłkiem powstrzymywanej namiętności, ale to i tak nic w porównaniu do fajerwerków między królową a księciem Albertem. Gdy Tom Hughes pojawia się na ekranie, widz myśli, że to jakiś taki smutny bladzioch ze szczurzym wąsikiem, który już bardziej sztywny być nie mógł (ach to ciągłe podkreślanie jego niemieckiego pochodzenia!). Gdy jednak widzimy królową i Alberta razem, już wiemy, że ta historia musi mieć dobre zakończenie. Jennie Coleman jest łatwiej zapewne, bo jest zwyczajnie przepiękną kobietą (o oryginalnej królowej, wnioskując po zdjęciach, trudno by było to powiedzieć), ale Hughes wie jak zagrać urokiem osobistym, dzięki czemu nawet schematyczne dialogi nie rażą, a jedyną filmową para, do której mogę ich porównać musiałby być duet Winslet-DiCaprio. To, że Albert z miejsca rozkochał w sobie Wiktorię, dla podwładnych było pewno tylko nieznacznym bonusem, bo przecież został zapamiętany jako wielki mecenas sztuki i filantrop, któremu na sercu ciążyły losy najbiedniejszych i najsłabszych w królestwie. I nic to, że młodzi byli kuzynami (i to wcale nie drugiego stopnia). Wtedy to tak nie raziło, choć dziś, takich prostych ludzi jak ja, nieco śmieszy, szczególnie gdy się patrzy na efekt takiego chowu wsobnego.

Credit: Photo by ITV/REX/Shutterstock (5824892c) Jenna Coleman as Victoria 'Victoria' TV show - 2016

Bardzo lubię ten serial także dlatego, że pozwala on na jako takie zdanie sobie sprawy z tego, jak to jest być osobą, która stoi na samym szczycie świata, na czubeczku drabiny społecznej, będąc pierwszą po Bogu. To ten przepych i wzniosłość tak działają na wyobraźnię. Już sama czołówka jest powalająca, choć taka prosta w zamyśle. Jednym słowem, polecam serial wszystkim anglofilom z całego serca.

3 thoughts on “Victoria

  • Listopad 9, 2016 at 7:33 pm
    Permalink

    Lord Melbourne jest cudowny – w ogóle Rufus Sewell jest cudowny i ubolewam, że tak niedoceniany. Ale grającego wiecznie jedną miną Hughesa strawić nie mogę – wiem, że on miał być „nakręcanym” księciem, znanym ze sztywności, niemniej…

    Reply
  • Listopad 10, 2016 at 6:38 am
    Permalink

    To przez ten wąs:). A Rufus Sewell rzeczywiście dobry i miło, że coraz częściej można go zobaczyć w rolach pozytywnych charakterów. Bardzo mi się podobał w Filarach Ziemi.

    Reply
  • Pingback: The Crown - Szczere Recenzje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *