The Square

Kolejne dzieło z gatunku tych, które albo się kocha, albo nienawidzi. Skuszona Złotą Palmą w Cannes, miłymi wspomnieniami z poprzedniego filmu Rubena Östlunda, Turysty, a także zapewnieniami Almodovara, że to „Niesamowicie śmieszny film!” poszłam wczoraj do Pioniera, by sprawdzić, w której grupie ja się znajdę. Niestety, należę do nienawistników, którzy daliby wiele by The Square odzobaczyć. Przy całym moim zrozumieniu głównego zamysłu wyśmiania obłudnej mieszczańskiej stabilizacji bogatych mieszkańców Zachodu za pomocą filmu o współczesnej sztuce, który sam jest zagadkowy i prowokacyjny jak owa sztuka, zwyczajnie, wręcz fizycznie tego dzieła nie trawię, jest mi przykro, że spędziłam wieczór na patrzeniu na zakłopotaną twarz głównego bohatera i z wielkim trudem biorę się dziś za cokolwiek, czując, że obraz Östlunda wyssał ze mnie całą życiową energię. Uczciwie jednak muszę donieść, że większość (lepiej wykształconej zapewne i obdarzonej lepszym filmowym gustem) widowni, bawiła się świetnie, śmiejąc się nawet w zupełnie zagadkowych dla mnie momentach. Cóż, nigdy nie ukrywałam, że jestem tylko prostym, zwyczajnym widzem, a nie wybitnym krytykiem.

Tesla Sprawiedliwości

Ta seria dziwnych scen rozpoczyna się od tego, że młodemu, przystojnemu i bogatemu dyrektorowi muzeum sztuki współczesnej zostają ukradzione telefon i portfel. Jest to zdarzenie, które burzy spokojne życie Christiana (Claes Bang), ale i przynosi z początku przyjemną dawkę adrenaliny i nieco urozmaica uporządkowaną codzienność muzealnika. Z zadziwieniem patrzymy jak on patrzy na przemieszczanie się jego telefonu (który może namierzyć internetowo), który wreszcie zatrzymuje się w konkretnym budynku. By odzyskać skradzione dobra, postanawia uciec się do podstępnych gróźb. Nie może namierzyć konkretnego mieszkania, w którym są złodzieje, dlatego wszyscy mieszkańcy obserwowanego wieżowca otrzymują bardzo niepokojący list z gatunku ,,Wiem, co zrobiłeś i gdzie jesteś”. Niestety, z początku rozbawiony całą tą niecodzienną sytuacją Christian, ma coraz mniej wesołą minę, gdy przychodzi mu się zmierzyć z konsekwencjami swoich działań. Jedną z nich jest dość niecodzienna kampania reklamująca nową instalację w jego muzeum, czyli tytułowy kwadrat. Nieliczne dobre momenty tego filmu to obserwowanie jak osoby, które pracują nad kwadratem, mającym być przestrzenią tolerancji i szeroko pojętego człowieczeństwa, są na co dzień ludźmi wypranymi z emocji i ciepłych uczuć. Oczywiście, gdy dokopujemy się do kolejnych warstw, to także nie jest już tak czarno-białe, ale trzeba przyznać, że widok licznych żebraków i kalek, proszących o wspomożenie na ulicach, po których przechadzają się zamożni Szwedzi, traktujący biedniejszych jak nieistniejących, robi wrażenie. Niektórych może nawet skłaniać do zadawania sobie pytania ,,Co ja bym zrobił w takiej sytuacji?”.

Z jednej strony mamy Christiana, dyrektora kulturowej placówki, który żyje jak stereotypowy Szwed. Jest do przesady ułożony, schludny, dobrze ubrany, troskliwy dla córek i oczywiście otacza się rzeczami w najlepszym guście (ach, ten skandynawski design!). Nawet jadąc ,,wymierzyć sprawiedliwość” jest bardzo szwedzki, bo zmierza na osiedle, budzące jego strach z powodu bytności na nim osób mniej zamożnych, swoją piękną teslą. Ten normalny do przesady człowiek, podobnie jak inni ludzie z jego sfery, jest zupełnie bezbronny w zetknięciu z prymitywną brutalnością. Jest wyjątkowo rozdarty zwłaszcza tam, gdzie nie wie, jak powinien się zachować. Gdy nie może liczyć na stadny instynkt, odgórne instrukcje i strefę komfortu nawet tam, gdzie powinien zaryzykować, zupełnie traci głowę, co oglądałoby się nawet ciekawie, gdyby nie było to aż tak wymęczone.

Artystyczny małpiszon agresji

Podobnie jak główny bohater, widzowie także są tu często wytrącani z równowagi, co może i być interesujące do pewnego momentu, ale jak dla mnie, przebrano tu miarkę. Seans był dla mnie niekończącą się serią żenujących i frustrujących scen. Byłam tak zirytowana, że aż chciało mi się krzyczeć i mam w głębokim poważaniu to, że może reżyser właśnie taki efekt chciał uzyskać. Nie mówię nawet o scenie z udawaniem małpy (sądząc po odgłosach, goryla), bo ta, nie licząc tego, że była zbyt długa jak na moją wytrzymałość, trafnie pokazuje tłumienie instynktów i załączanie się, ale już tylko instynktu stadnego, u kulturalnych i poprawnych do bólu Szwedów. Ale te trzeszczące krzesła, te krępujące rozmowy o współczesnych mediach z pożal się Boże specami od promocji, czy wreszcie te ciągłe wahania Christiana, poczciwca, którego więcej wysiłku kosztuje zapewne dobór krawata do koszuli, czy zakup odpowiednio nonszalanckich skarpetek, niż decyzja o udzieleniu komuś pomocy. Ależ mnie ten typ denerwował! Mam nadzieję więcej go nie oglądać. Razem z przeciąganymi do bólu scenami, dialogami, które zdawały się donikąd nie prowadzić i z wątlutkim poczuciem humoru reżysera, stanowi to niestrawną dla mojego prostego gustu mieszankę.

By być uczciwą wspomnę, że The Square ma też jasne momenty. Podobała mi się bardzo kreacja Elisabeth Moss, choć jej wątek, tak jak kilka innych, pozostał niekomfortowo niedomknięty. Czy ona w ogóle mogłaby zagrać źle?:) Z rozrzewnieniem wspominać będę też długo scenę z udziałem małpiszona Olega (Terry Notary – umiejętności do tej sceny z pewnością wyniósł z występu w Wojnie o Planetę Małp) i artysty Juliana (Domic West). Na pognębienie aktora, którego organicznie nie znoszę (bo jestem złym, złośliwym człowiekiem) zawsze patrzę z wielką przyjemnością.

Podsumowując, jeśli nie macie wyrobionej dużej odporności na sztukę współczesną, lepiej do kina nie idźcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *