Nasza młodsza siostra

Poprzedni film Hirokazu Koreedy pt. Jak ojciec i syn opowiadał o męskich więziach rodzinnych, a w nowym dziele przyglądamy się zdecydowanie bardziej kobiecej perspektywie, jakby uzupełniającej spojrzenie z wcześniejszego dzieła. Wczoraj, w ramach wyciszenia i ukulturalnienia, pospieszyliśmy na seans do Pioniera i naprawdę polecam to każdemu, kto chce na naprawdę długi czas (film trwa ponad dwie godziny) totalnie oderwać się od otaczającej go znajomej rzeczywistości. Nasza młodsza siostra to możliwość obcowania z czymś świeżym i zupełnie innym niż hollywoodzkie schematy ckliwych opowieści o rodzinie. Ciepło i spokój aż emanowały z ekranu podczas seansu, a nieliczne osoby na widowni (dlaczego nie było tłumów?) reagowały na kolejne wydarzenia w życiu sióstr bardzo żywiołowo. Tylko naprawdę czepialscy mogliby uznać, że to nudny film, w którym nic się nie dzieje. Nie słuchajcie malkontentów i idźcie do kina, szczególnie jeśli, tak jak ja, interesuje was wszystko co japońskie.

Piękni, delikatni ludzie

Sprawa przedstawia się następująco: ojciec filmowych sióstr miał z pierwszą żoną trzy dziewczynki po czym odszedł do innej kobiety, z którą miał młodszą siostrę, a po jej śmierci ożenił się po raz trzeci, spłodził syna i umarł (zdaję sobie sprawę, że to streszczenie nie świadczy o mnie dobrze). Trzy jego pierwsze córki, czyli Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho) jadą na jego pogrzeb do odległej prowincji. Tam spotykają wdowę i swoją młodszą przyrodnią siostrę Suzu (Suzu Hirose), czyli dziecko ze związku z kobietą, dla której zostawił ich matkę. Po pogrzebie najstarsza z sióstr, pełniąca rolę opiekunki dla pozostałych Sachi zaprasza Suzu do zamieszkania w ich rodzinnym domu. Po chwili zastanowienia dziewczynka się zgadza i tak, wraz z nowo przybyłą, poznajemy bliżej tę bardzo osobliwą kobiecą grupę.

Po tym jak ojciec zostawił dziewczynki, matka także postanowiła wyjechać. Najstarsza z córek była wtedy w liceum, ale mimo tego stała się doskonałą matczyną opiekunką dla sióstr. Gdy je poznajemy, wszystkie są dość radosnymi i poukładanymi istotami, mają pracę i swoje pasje, ale najważniejszą rzeczą w ich życiu jest stary rodzinny dom, który zamieszkują i w którym kultywują tradycyjne kobiece rytuały (gotowanie, sporządzanie wina śliwkowego, uprawa ogrodu), dzięki czemu, choć osierocone, czują nadal więź z przodkami. Pojawienie się w tym przypominającym żeński akademik domostwie nastoletniej Suzu, zmienia zupełnie dynamikę siostrzanych relacji, wprowadza do nich nowy pierwiastek, co oznacza mnóstwo radości i śmiechu, ale także otwarcie zabliźnionych ran i próby uporania się z żalem i porzuceniem przez rodziców. Suzu jest w końcu żywym przypomnieniem o zdradzie ojca.

Subtelnie, melancholijnie, na półtonach

Nasza młodsza siostra na długo stanie się moim ulubionym filmem, gdyż dała mi rzadką możliwość napawania się niezliczonymi obrazami codziennego życia w Kraju Kwitnącej Wiśni. Cała subtelność przekazu Hirokazu Koreedy opiera się tu na delikatnym naprowadzaniu nas na to, co dzieje się z emocjami bohaterek, zamiast na epatowaniu wprost falą intensywnych uczuć. Obserwujemy je podczas wykonywania najbardziej prozaicznych czynności, gdy gotują, jedzą, kłócą się czy sprzątają. Jest to pokazane tak, że choć nigdy nie byłam w tradycyjnym japońskim domu, ten wydał mi się przytulny i swojski, jakbym sama się w nim wychowała. Widz ma też od razu szansę zrozumienia tego subtelnego języka i intuicyjnie czuje, że dopiero gdy siostry razem we czwórkę robią wino czy wspominają ojca, istnieje między nimi prawdziwa harmonia.

Bardzo podoba mi się także to (choć niektórzy przysypiacze kręcą nosem), że film jest długi, a reżyser bierze sobie tyle czasu ile potrzebuje na to by pokazać widzom zniuansowany portret każdej z czterech sióstr. Każdą możemy poznać, przyjrzeć się jej licznym reakcjom w sytuacjach rodzinnych, towarzyskich, uczuciowych i zawodowych. Daje to nam możliwość wysunięcia własnych wniosków na temat rodzinnej traumy, sposobu jej przepracowania i paradoksalnie pozytywnych efektów dziecięcego nieszczęścia.

Jedynym, co bardzo mi przeszkadzało w odbiorze tego pięknego filmu, było moje własne do niego podejście. Jak nigdy przedtem, zdałam sobie sprawę z tego, że moje zachodnie spojrzenie, zakodowanie w umyśle kilku ogranych melodramatycznych wzorców kina opowiadającego o rodzinie, bardzo przeszkadza w odbiorze tego, co bardziej delikatne i subtelne. Podczas gdy siostry niespiesznie się do siebie zbliżały, ja cały czas w napięciu oczekiwałam dramatycznych zwrotów w ich relacjach. Spodziewałam się, że za chwilę ktoś wybuchnie, dziewczyny się pobiją, a najmłodsza przybłęda wyzna komuś mroczną i wstydliwą tajemnicę. Zupełnie, jakby bardziej normalne, pełne empatii i zrozumienia więzi rodzinne nie miały prawa istnieć na ekranie.

Jeszcze parę słów o tym jak ten film jest zrobiony. Zdjęcia są po prostu obłędne, a patrzenie na niesamowite kwitnące drzewa i w ogóle na całą wybujałą przyrodę chyba nikomu nie może się znudzić. Oglądając zwróćcie także uwagę na to, jak oszczędnie napisane są dialogi, które mimo swej lapidarności mówią wszystko o bohaterach. Znakomite są również przepiękne odtwórczynie głównych ról, na które mogłabym patrzeć godzinami. Dzięki nim każda z sióstr jest inna, a my możemy wybrać sobie ulubienicę. Ja oczywiście pokochałam najmłodszą Suzu (co za świetlista i wymowna twarz!), choć czuję, że więcej wspólnego mam z postrzeloną Chiką. Oto japońska wersja kina kobiecego (azjatycki Seks w wielkim mieście, tyle że bez seksu), ale nie ma w tym ani przesady, ani ckliwości no i wbrew telenowelowej tematyce, nic z taniego dramatyzmu.

Jak w każdym filmie, tutaj także szczególną uwagę zwróciłam na jedzenie. Filmowe siostry siedzą przy stole i jedzą prawie cały czas. Wiele scen odbywa się także w restauracji zaprzyjaźnionej kucharki oraz w tradycyjnej, staromodnej kawiarni. Ostrzegam, przygotujcie się na to, że po seansie będziecie bardzo głodni, gdyż wszystko kręci się tu wokół marynat, curry, zupy, owoców morza i tostów z młodymi sardelami. W dodatku nie jest to przestylizowane, sterylne, grzeczne jedzenie, ale pochłanianie z apetytem, przy akompaniamencie siorbania, mlaskania i posapywania. Coś wspaniałego! Jedzenie jest tu pierwotną siłą związaną z kobiecością i będącą spoiwem domowego ogniska.

Zachęcam jeszcze raz do pójścia do kina. Poczujcie siostrzaną moc:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *