The Letdown

Australijski serial, który absolutnie skradł moje serce. Uwielbiam tu każdą scenę, mimo iż z główną bohaterką, świeżo upieczoną matką, mam pozornie niewiele wspólnego. Choć temat macierzyństwa mnie nie dotyczy, to mam przecież oczy i widzę, jak ogromna presja jest wywierana na młode kobiety, najpierw by zajść w ciążę i urodzić, a potem by to macierzyństwo było laurkowo idealne. Znacie na pewno te wszystkie młode matki celebrytki (nie ma potrzeby przytaczać nazwisk, prawda?), które w ciąży praktycznie nie przybierają na wadze, no może poza fotogenicznym małym brzuszkiem, zaraz po wydaniu na świat dziecka mają figury lepsze niż większość nastoletnich modelek, no i oczywiście robią wszystko eco i fit, także jeśli chodzi o jedzenie i ubrania dziecka. Maleństwa takich matek, jak można wyczytać na ich instagramowych wpisach czy obejrzeć na youtubowym kanale, przesypia całe noce, idealnie ciągnie mleko z piersi, praktycznie nie płacze i nie wydala, a jak tylko może przyjmować stałe pokarmy, to oczywiście wcina samą marchew i brokuły. Tak. No więc ten serial nie jest o takich właśnie matkach terrorystkach, tylko o normalnych kobietach, a w szczególności o jednej, z którą nie sposób się nie utożsamić.

Matka nieidealna

Audrey (Alison Bell), trzydziestokilkulatka, feministka, ateistka, żyjąca w związku partnerskim z sympatycznym Jeremym (Duncan Fellows), właśnie urodziła swoje pierwsze dziecko, dziewczynkę o imieniu Stevie. Kobieta ma to szczęście, że mieszka w cywilizowanym kraju, w którym mamusie i tatusiowie mają zapewnioną pomoc grupy wsparcia, na której spotykają się raz w tygodniu i wymieniają swoje doświadczenia. To głównie z tych spotkań dowiadujemy się o tym, jak Audrey radzi sobie w nowej roli, a jej zdaniem radzi sobie bardzo słabo. Nie dość, że jej poród zakończył się cesarskim cięciem (inne matki patrzą oceniająco, ona czuje, że zawiodła jako kobieta) to jeszcze jej maleństwo ma problemy ze snem, przez co ona jest chodzącym zombi. Wiadomo, że pozbawienie człowieka snu to okrutna tortura, ale czy myśli się w tym kontekście o świeżo upieczonych rodzicach, których potomstwo chrapie w najlepsze, ale tylko za dnia, a w nocy domaga się zabawiania i przejażdżek samochodem? W dodatku Audrey odkrywa jeszcze mroczniejsze oblicza macierzyństwa, te bardziej cielesne. W tym serialu mówi się wprost o nietrzymaniu moczu, hemoroidach, problemach z seksem po porodzie, czy o laktacyjnych zawirowaniach. No a zmiany jakie zachodzą w mózgu naszej bohaterki to już zagadnienie psychologiczne, o którym powinno się nakręcić osobną produkcję. Nagły spadek inteligencji, wieczne rozkojarzenie oraz zanik własnej osobowości na rzecz bycia matką i tylko matką. Znacie to drogie niewyspane, przemęczone, owładnięte burzą hormonów mamusie?

Z mojego opisu wygląda to wszystko dość ponuro, ale zapewniam, że The Letdown to serial komediowy, a wy wiele razy zaśmiejecie się z niego do łez, o ile dacie mu szansę. Oczywiście będzie to śmiech podszyty gorzką refleksją, że śmiejemy się z samych siebie.

Jak pole bitwy

Tym, co szczególnie mi się tu spodobało, był sposób przedstawienia całego przekroju maminych charakterów, przychodzących na grupę wsparcia, w której uczestniczy też Audrey. Jest mama idealnie żurnalowa, pstrykająca urocze focie na insta, są matki naturystki, którym sprzyjają zegary biologiczne, i nawet przychodzi jeden tatuś, znacznie bardziej niż małżonka wczuwający się w opiekę nad niemowlakiem. Na tle tych wszystkich rodziców, nasza bohaterka wypada wręcz karykaturalnie głupio i bezradnie, i właśnie za to ją kocham, bo wiem, że ja też bym była właśnie taką niedojdą nieogarniętą, co to nie wie jak przyłożyć malucha do cyca, nie zachwyca się każdą kupą i niekoniecznie mówi od pierwszego dnia tajnym językiem posapywań i gaworzenia. Oczywiście zawsze jest szansa, że trafi się akurat takie bezproblemowe, spokojne, układne zawiniątko, ale w moim przypadku to by było równie prawdopodobne jak wygrana na loterii :) Zresztą nie o samo macierzyństwo tu chodzi, ale ogólnie o stan bycia trochę odklejonym od reszty ludzi, którym najwyraźniej wszystko idzie jak z płatka, a mnie jak po grudzie. Audrey jest moim alter ego, ale też siostrą bliźniaczką bohaterki filmu Tully, o którym niedawno pisałam. To nie z nią jest problem, ale z tym, że ludzie nie są już stadni, nie ma od kogo uczyć się tych rzeczy, które niby powinny przychodzić naturalnie, ale gdy się nie ma zaufanej mamy, babci, ciotki czy przyjaciółki, to jakoś ta naturalność na nas nie spływa. W tym serialu widzimy, że ludzie już zdają sobie sprawę z tego odłączenia, stąd próba przywrócenia porządku przez organizowanie grup wparcia. Prowadząca spotkania starsza kobieta staje się dla naszej Audrey zastępczą matką, gdyż jej własnej rodzicielce nie w głowie babcine klimaty. Ich relacja pokazuje, że nie tylko w Polsce (o czym mówi się coraz więcej) instytucja babci mocno się zmieniła i trzeba coś z tym zrobić.

Podoba mi się tutaj też to, że sytuację przyjścia na świat nowego człowieka pokazuje się tak, że jest tym, czym jest w rzeczywistości dla wielu ludzi, czyli polem bitwy. Gdy odnosisz rany (a pęknięcia kanału rodnego, cięcie brzucha, poobgryzane przez malucha sutki i ciemne rozstępy są zdecydowanie ranami), torturują cię głośnymi dźwiękami (płacz niemowlaka) i brakiem snu, a do tego dochodzi jeszcze presja społeczna by spisać się jak najlepiej bo drugiej szansy nie będzie, to mamy sytuacje typu ratuj się kto może i każdy dba tylko o siebie. Świetnym przykładem takich zachowań jest związek Audrey i Jeremy’ego. Jasne, kochamy się, wspieramy, jesteśmy nowocześni i postępowi, ale będziemy walczyć zajadle jak psy o kość, gdy w grę wchodzi popołudnie bez dziecka, czy nocne wstawanie. Wszystkie chwyty dozwolone, włącznie z kłamstwem i podstępem, bo tu się walczy nie tyle o życie, co o zachowanie zdrowych zmysłów. I jeśli tak jak ja, będziecie skłonni potępić Jeremy’ego, który raczej nie zostanie ojcem roku, to zastanówcie się czy wasz partner nie urządzałby podobnych cyrków.

Choć jest w tym serialu wiele przesadzonych sytuacji, to jednak przeważa realizm i dlatego aż tak mnie to wszystko śmieszyło. Przygotujecie się na dość naturalistyczne podejście jeśli chodzi o menstruację czy posikiwanie, ale i na idące za tym salwy śmiechu, oswajające grozę macierzyństwa. Nawet jeśli nie jesteście rodzicami, to i tak zachęcam do obejrzenia tej produkcji. Może i nie macie w domu niemowlaka, ale z pewnością tematyka związków, seksu, przyjaźni, relacji z rodzicami i teściami was dotyczy, a przynajmniej jeden z tych problemów. Odpalcie Netflixa na The Letdown, a już się nie oderwiecie aż do samego końca.

PS. Jak wiecie, albo nie, studiowałam logopedię, którą skończyłam raptem tydzień temu. Raczej nie będę pracować w tym zawodzie (z różnych powodów), ale wyniosłam z tych dwóch lat nauki jedną ważną informację, którą muszę się podzielić właśnie przy okazji serialu o macierzyństwie. Istnieje bowiem taka profesja jak neurologopeda, którego niektórzy kojarzą z tymi miłymi paniami zajmującymi się w szpitalach osobami po udarach, mających problemy z mówieniem. Ale uwaga, neurologopedzi pomagają także we wszelkich sprawach związanych z obsługą dzieci. Wiedzą wszystko o podstawowych odruchach, napięciu mięśniowym i, uwaga!, o problemach ze spaniem i jedzeniem, a przynajmniej bardzo kompetentna pani doktor, z którą miałam ten przedmiot, wie o tym wszystko. Jeśli zatem macie akurat dzieciaczka (a przez różne czynniki coraz więcej osób ma), któremu poprzestawiały się pory spania, nie potrafi się zaciągnąć mlekiem z piersi lub ma jakiekolwiek niepokojące objawy rozwojowe, to udajcie się do neurologopedy. Nie ma sensu męczyć się jak biedna Audrey w serialu, bo w wielu przypadkach okazuje się, że malucha można przestawić tak, by chodził jak w zegarku, a przynajmniej by nie umęczał siebie i rodziców przez całą dobę. Nie ma przecież niczego złego w szukaniu pomocy.

2 thoughts on “The Letdown

  • Czerwiec 1, 2018 at 12:25 pm
    Permalink

    Nie wiedziałem o neurologopedach ale w przypadku mojego dziecka w dużej części pomogło wycięcie migdałków. Choć i tak 3 lata wyrwane że snu. A najgorsze że wszyscy wokół gadają jakie to wszystko piękne i wzruszające. Pewnie jak się jest wyspanym to życie jest piękniejsze …

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *