Tully

Filmy, do których Diablo Cody napisała scenariusze, są na moim osobistym absolutnym topie. Nie potrafię nawet powiedzieć ile razy obejrzałam Young Adult, a ścieżka dźwiękowa z Juno od lat pobrzmiewa nieustannie w mojej głowie. Wyraziste kobiece bohaterki o ironicznym poczuciu humoru i bardzo życiowych problemach były powodem, dla którego tak bardzo czekałam też na Tully i powiem wam, że się nie zawiodłam. Film okazał się po prostu magiczny, z gatunku takich, na których siedzicie licząc na to, że będzie jak najdłuższy, bo nie macie ochoty rozstawać się z bohaterkami. Nie ma sensacyjnych zwrotów akcji czy nawet tradycyjnie pojętej fabuły, a jednak jestem pewna, że zachwytom ze strony widzów i krytyków nie będzie końca.

Samotna wyspa macierzyństwa

Marlo (Charlize Theron) jest trzydziestokilkutetnią kobietą, której życie wypełniają obowiązki żony i matki. Córka jest dość typowa, choć bardzo nerwowa, syn ewidentnie jest ze spektrum autyzmu, choć nikt tego rodzicom nie powie w twarz, a mąż, choć kochający, wiecznie jest w służbowych rozjazdach. Jak wiele innych matek, Marlo balansuje na skraju przepaści, próbując wszystko pogodzić i wszystkim dogodzić. Gdy jednak na świecie pojawia się kolejna pociecha, coś w niej pęka. Doba jest za krótka, a i baterie nie ładują się tak szybko jak dawniej, przez co mamusia jest wiecznie zmęczona i gderliwa. Na szczęście jest jeszcze kochający brat Craig (Mark Duplass), który oferuje Marlo bezcenną pomoc w postaci opłacenia nocnej niani. Gdy w życie naszych bohaterów wkracza czarująca i energetyczna Tully (Mackenzie Davis), nagle wszystko zaczyna się układać. Dzięki nocnej pomocy, Marlo wreszcie może się wyspać, zająć się dziećmi jak należy, a nawet ugotować coś innego niż obiad z mikrofali. Kobiety nawiązują niezwykłą więź, odnajdując w sobie bratnie dusze, ale to zdecydowanie nie jest jedna z tych melodramatycznych opowieści, o jakich zapewne teraz myślicie.

Ten film jest jednym wielkim hołdem złożonym macierzyństwu, choć pokazuje głównie jego mniej ponętne strony. Duża nadwaga po ciąży, wieczny niedoczas i niewyspanie, cieknący pokarm, frustracja na starsze dzieci, złość na każdego, kto nie ułatwia i nie współpracuje, no i depresja. Widzimy przepiękną hollywoodzką aktorkę, która dla roli przybrała na wadze, by pokazać widzom, jak wygląda prawdziwa kobieta w roli matki, a nie medialne twory, które wywierają presję idealnej figury zaraz po porodzie i opowiadają jak to ich aniołki przesypiają całe noce, nigdy nie grymaszą, a ich kupy pachną fiołkami. Wydanie na świat potomka to brudna fizyczna robota i nie mam na myśli porodówki, ale to, że człowiek, o ile nie ma pomocy przy dziecku, przez całe lata chodzi poplamiony, niewyspany i urobiony niczym górnik w kopalni. Twórcy tego filmu to rozumieją i pokazują, że jest w takim wyborze heroizm, że takie wyrzeczenie ma sens i wymaga szacunku. Jestem pewna, po tych wszystkich komentarzach, jakie usłyszałam na sali kinowej, że Marlo będzie ukochaną filmową matką całego pokolenia matek, tak jak ona walczących z depresją, cieknącym pokarmem i nadmiarem kilogramów. Oto prawdziwe piękno.

Bohaterstwo matki

Kiedyś zżymałam się na kobiety, które skarżyły się na nadmiar obowiązków przy dziecku. Na te wszystkie panie, które w momencie, gdy zobaczą dwie kreski na teście, idą na zwolnienie lekarskie, i które, kiedy tylko mogą oddają malucha od żłobka i przedszkola, by kto inny się nim zajął. Nie rozumiałam też zupełnie jak można zaczynać każde zdanie od „Ja jako matka…” i nie móc rozmawiać o czymkolwiek innym niż nowy członek rodziny. Teraz patrzę na to trochę inaczej, z perspektywy, którą bohaterka filmu unaocznia i podkreśla. Otóż kobiety, w przeciwieństwie do tego, jak było jeszcze niedawno, zostają zupełnie same z macierzyństwem i muszą sobie z tym radzić, bez względu na stan zdrowia, wiek, czy doświadczenie. Nie chodzi nawet o samotne macierzyństwo czy borykanie się z kłopotami finansowymi (o tym to można kręcić smutne polskie dramaty, a nie urocze, ciepłe, amerykańskie komedie), ale o typową sytuację jak w filmie, gdzie jest mąż, żona i pełna rodzina. Gdy ja przyszłam na świat, moi rodzice mieli nie tylko siebie, ale i pomoc uczynnych dziadków, sympatycznych sąsiadek i całego sztabu starszych i młodszych cioć. Dziecko wychowywała ta osławiona cała wioska, dzięki czemu rodzicielka mogła liczyć na wsparcie psychiczne i fizyczne w trudnych chwilach. Dziś jesteśmy z tym same (z wyboru lub za sprawą prostego faktu, że mało kto mieszka w sąsiedztwie rodziny), a do tego doszła presja ze strony mediów i innych kobiet, a przede wszystkim od siebie samych, bo przecież musimy być idealne. Marlo ma kryzys bo, tak jak wiele innych matek, nie wie jak być jednocześnie idealną matką, żoną, kochanką, boginią domowego ogniska i psychologiem. Dopiero, gdy do niej dociera, że sobą samą musi się przede wszystkim zająć, coś ma szansę się zmienić.

Kobieta kobiecie wilkiem

Osobiście lubię filmy, których bohaterowie są tak realni, że są mnie w stanie porządnie wyprowadzić z równowagi. Oczywiście zapamiętam, że w Tully jest dużo scen pięknej rodzinnej bliskości czy momentów pokazujących, że nawet codzienna szara rutyna ma wartość, ale wszystko to przebija synalek kopiący w fotel samochodowy, mężulek grający w gry video, gdy żona urabia się po łokcie, czy wreszcie moje ulubienice, czyli obce kobiety udzielające matce porad wychowawczych. To, gdzie w końcu nasza bohaterka znajduje pomoc i pocieszenie, bardzo wiele mówi o tym, jaki jest stan naszego współczesnego siostrzeństwa. Macierzyństwo (i tak ciężkie i wyczerpujące zajęcie) zamienia się przez to w prawdziwą mission imposible i trudno się dziwić, że niektóre mamy tego nie wytrzymują.

Doceniam to, z jakim ciepłem i zrozumieniem Diablo Cody portretuje kolejne stadia kobiecości, ale jestem bardzo ciekawa, jaki scenariusz by upichciła po tym, jakby zapoznała się z sytuacją kobiet w naszym pięknym kraju. To by było mocne. Materiał na kolejnego Oskara jak nic. Kto jest bardziej obojętny na los żony niż stereotypowy katolicki Janusz? Która kobieta rani bardziej niż stara panna czy emerytka wykrzykująca hasła propagujące przymus rodzenia ciężko chorych dzieci? Przy tym wszystkim heroizm Marlo, której nie brakuje pieniędzy na pieluchy, dzieci ma z grubsza zdrowe, a mąż pomaga nawet robić im kanapki do szkoły, to błahostka, a jednak i tak Polki pokochają ten film, bo zwyczajnie trzeba chyba być ślepych i zupełnie pozbawionym poczucia humoru czy empatii, by nie dostrzec uniwersalnego przesłania Tully.

2 thoughts on “Tully

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *