Eskorta

Hilary Swank mnie wzrusza od lat. Każdy jej film jest dla mnie ważnym wydarzeniem, a The Homesman poruszył mnie tak, jak nic od czasu Million Dollar Baby. Zresztą między tymi filmami jest wiele podobieństw. Aktorka po raz kolejny udowodniła, że świetnie się sprawdza w rolach kobiet silnych, niezależnych, ale też wrażliwych, które potrafią okiełznać nawet najbardziej zatwardziałego, oschłego czy agresywnego mężczyznę. Mój podziw i sympatia dla amerykańskiej artystki bierze się chyba stąd, że potrafi ona brak spektakularnej urody przekuć na swoją korzyść i zabłysnąć na ekranie dzięki wielkiej inteligencji i niespotykanemu talentowi. Jej gra trafia bezpośrednio do moich emocji, niezmiennie wywołując wielkie poruszenie. Bardzo mnie też cieszy, że inni zdają się reagować podobnie, a The Homesman spotkał się na świecie z zasłużonym uznaniem.

Nietypowy western

The Homesman jest ekranizacją powieści Glendena Swarhouta osadzoną w realiach dziewiętnastowiecznej Nebraski. Zamieszkali tu nieliczni osadnicy toczą nieustanną walkę z surową przyroda i wewnętrznymi demonami. Niestety, wielu z nich tę walkę przegrywa. Główną bohaterką filmu jest panna Mary Bee Cuddy (Hilary Swank), która mieszka i gospodarzy zupełnie sama, co jednak nie przeszkadza jej w odnoszeniu agronomicznych sukcesów. Kobieta znakomicie odnalazła się w męskim świecie, a do szczęścia brakuje jej już tylko męża i dzieci, które ewidentnie bardzo chce mieć. Niestety, nikt się nie pali do poślubienia stanowczej i pewnej siebie panny, bo to i charakter trudny i trzydziestka na karku. No na co komu taka baba, co się będzie rządzić? Na początku jesteśmy w stanie nawet współczuć tej nieładnej, ale bardzo sympatycznej kobiecie, jednak gdy widzimy te okoliczne niewiasty, którym udało się wyjść za mąż, zdajemy sobie sprawę, że to Mary Bee ma szczęście. Okazuje się, że wśród okolicznych kobiet panuje dziwna epidemia histerii. Mężczyźni obserwują jak ich żony staczają się w otchłań obłędu i postanawiają odesłać je do rodzin w Iowa. Z braku odpowiedniego mężczyzny, misję przewozu trzech wariatek przez prerię powierza się właśnie pannie Cuddy. Przed wyjazdem specjalnym powozem Mary Bee zatrudnia (a właściwie zmusza) do pomocy dziwnego człowieka, którego najpierw ratuje przed powieszeniem. Typ podający się za Georgea Briggsa (Tommy Lee Jones, bardzo przypominający tu starego pomarszczonego grzyba) ma pomagać w kwestiach bezpieczeństwa i zaopatrzenia, czyli polować, dźwigać co cięższe rzeczy i obezwładniać wariatki w razie ataków furii. Choć ewidentnie jest poszukiwanym przestępcą, Cuddy nie waha się ani chwili nim zaprosi go do wspólnej, bardzo długiej podróży, mając jednak zapobiegawczo strzelbę zawsze pod ręką. No i ruszają…

Hilary Swank i Tommy Lee Jones

Walka i emocje na Dzikim Zachodzie

W karkołomnej podróży przez prerię niebezpieczeństwa bywają różne. Mamy standardowe starcie z Indianami czy z właścicielem hotelu, ale też mniej standardowe komplikacje ze strony kobiet, które postradały zmysły. Każda z nich jest inna, ale wszystkie są tak samo godne współczucia. W zamykanym drewnianym wagonie jadą razem dzieciobójczyni, matka, której naraz zmarło troje dzieci oraz dziewczyna, która widzi ducha matki. Te nieszczęsne istoty są zupełnie odłączone od rzeczywistości i nie potrafią się sobą zająć do tego stopnia, że Cuddy i Briggs muszą jej karmić, myć i wysadzać. Oczywiście, chore na modną i często przypisywaną kobietom w XIX-tym wieku histerię są bardzo ciekawe, ale mnie bardziej interesowało to, co dzieje się między starym łotrem a zdesperowaną i niemal świętą Mary Bee. Jej upór we wzbijaniu się na wyżyny człowieczeństwa jest tak samo wielki jak jego determinacja w pozostaniu typem spod ciemnej gwiazdy. Zapewniam was, że tego, co się wydarzy między nimi nie sposób było przewidzieć. Byłam totalnie zszokowana!

The Homesman

Choć niby mamy to, czego szukamy w westernach, czyli opowieści o ludziach zahartowanych i zuchwałych, gotowych z podniesionym czołem walczyć z przeciwnościami losu, to jednak nie jest to taki film jak inne o Dzikim Zachodzie. Surowe, niemal depresyjne widoki, minimum słów i akcja rozgrywająca się głównie w duszach pokazywanych postaci, dodają niemal metafizycznej głębi temu obrazowi. No i te kobiety. Przywykliśmy przecież do tego, że niebezpieczne prerie to męski świat, a tutaj dostajemy historię opowiedzianą z kobiecej perspektywy. To naprawdę daje do myślenia.

Wielkim smutkiem i poczuciem dziwnej niemocy nasiąknęłam podczas tego seansu. To chyba przez to, że choć bohaterki są dziewiętnastowieczne, to nadal można się z nimi identyfikować. Żal mi było bardzo chorych psychicznie kobiet, szczególnie, że mam świadomość, że w podobnych warunkach, w jakich przyszło im żyć, wiele z nas także szybko postradało by zmysły. Kolonia, do której wyjechały, zamiast rajem nowych możliwość, okazała się suchym, jałowym piekłem, w którym od samego patrzenia przez okno można popaść w depresję. Ziemia nie rodzi plonów, dzieci umierają, a my patrzymy na te bardzo realistyczne widoki ich oczami i możemy tylko współczuć (scena z wrzucaniem dziecka do wychodka nie pozostawia wiele dla wyobraźni). A już biedną Hilarię to się chce mocno przytulić, bo taka biedna jest, choć bardzo dzielna. To trochę straszne, że walka płci nadal wygląda tak jak w tym filmie, choć czasy niby zupełnie inne. Jak się jest kobiecą kobietą, uległą, posłuszną i grzecznie dzieci rodzącą, to surowy świat cię złamie, a mężczyzna się ciebie pozbędzie, bo już nie jesteś potrzebna w gospodarce (najgorzej jak okażesz, że sobie psychicznie nie radzisz, bo masz histerię, w sensie ,,nie bądź tak emocjonalną”). No a jak sobie radzisz, sama orzesz pole i ogarniasz zwierzynę, to jeszcze gorzej, bo się rządzisz i nikt cię za żonę nie weźmie, a to znaczy, że umrzesz bezpotomnie, a cała twoja ciężka praca pójdzie na marne. To jest dopiero prawdziwy dramat, a nie jakieś tam męskie porachunki i zabawa w Indian, złodziei złota i szeryfów.

Oprócz pięknie pokazanej przyrody i nietypowego psychologicznego przedstawienia postaci, w The Homesman najbardziej podoba mi się to, że mężczyźni zostali zupełnie odsunięci na dalszy plan. Mogło być zupełnie inaczej, a jednak odpowiedzialny za reżyserię i scenariusz Tommy Lee Jones, który gra też ważną rolę męską, nawet samego siebie nie oszczędził. Gdyby bardziej wyeksponował, czy wygładził swojego George’a Briggsa, film nie byłby aż tak udany.

 

 

 

One thought on “Eskorta

  • Listopad 20, 2017 at 10:21 am
    Permalink

    Totalna strata czasu DWIE GODZINY NUDY !!!!!!!!!! .Jak można nakręcić coś tak durnego i beznadziejnego.
    Podam przykład po pierwsze ,skoro trzy świrnięte baby jadą w tym wozie i nie ma z nimi realnego kontaktu rozumnego to dlaczego jedna z nich nagle potrafi strzelać z rewolweru i jednym strzałem trafia w łeb jakiegoś kolesia który pojawia się nie wiadomo skąd. Po drugie dlaczego baba która podjęła się dostarczyć te wariatki gdzieś daleko nie wiadomo dlaczego nagle w połowie drogi wiesza się bez powodu. Film chory ,nudny, tandetny i beznadziejny.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *