The Crimson Field

Oto kolejna gratka dla wielbicieli stylowych brytyjskim miniserii. Choć Karmazynowe pole nie jest może jakoś szczególnie oryginalne pod względem fabularnym, to jednak widz może czerpać ogromną przyjemność z bardzo solidnie, skrupulatnie i cierpliwie budowanego splotu wątków, a do tego z niesamowicie pięknych zdjęć, drobiazgowo oddanych realiów historycznych, w tym również kostiumów, a także ze znakomitego aktorstwa. W dodatku serial ma znaczący walor edukacyjny, gdyż opowiada o pierwszej wojnie światowej, która wcale nie tak często gości na naszych ekranach.

Wolontariuszki na polu bitwy

Zaczyna się od trzech dziwnych panien, czwarta zjawia się później. Te pierwsze są wolontariuszkami, które zgłosiły się do opieki nad pacjentami szpitala polowego, położonego niedaleko frontu w północnej Francji. Pierwsze chwile w obozie są dla młodych Brytyjek prawdziwym szokiem. Przepełnione namioty, w których leżą żołnierze z pourywanymi kończynami, sterty poplamionych bandaży do wyprania, dziesiątki basenów do umycia i całe rzędy łóżek do posłania, to coś zupełnie innego niż to do czego te dziewczyny przywykły. No, ale starają się bardzo, są naprawdę pełne zapału i niezłomne, co wkrótce przynosi efekty. Każda z nich ma jakieś ukryte talenty, znajduje swój sposób na poradzenie sobie z wyzwaniem jakim są poszczególni pacjenci, a także z samą sobą czy też raczej z tym wszystkim, przed czym uciekły w tak ekstremalne miejsce.

The Crimson Field

Moją (i chyba nie tylko) ulubienicą jest zdecydowanie rezolutna Kitty (Oona Chaplin), która jest milcząca, harda i nie da sobie w kaszę dmuchać. Ponura jak chmura burzowa piękność ewidentnie skrywa coś mrocznego, a my z każdym odcinkiem dostajemy kawałeczek jej tajemnicy. Jej koleżankom także niczego nie brakuje. Rosalie (Marianne Oldham) to typowa stara panna z bogatego domu (choć jeszcze dość młoda jak na mój gust), która paradoksalnie odżywa z dala od rodziny, w której musiała się wstydzić swej nieprzydatności czy zbędności. Florę (Alice St. Claire) także da się lubić. Jest najsympatyczniejsza z całego personelu szpitala polowego, optymistyczna i energiczna, choć momentami też irytująco trzpiotowata. Scena z pierwszego odcinka, w której znajduje w bandażach trzy oderwane od stopy paluchy jest naprawdę intrygująca.

Najwięcej wrażeń jednak dostarczają mi zdecydowanie rozgrywki między siostrą przełożoną Carter (Hermione Norris), a jej dawną mentorką siostrą Quayle, pominiętą przy awansie. Ta relacja aż kipi od skrywanych emocji. Obie panie są naprawdę bardzo charakterne.

Nie tylko romanse i tajemnice

W tym serialu najbardziej podoba mi się to, że pokazuje prawdziwe wojenne bohaterstwo, ludzi wzbijających się na wyżyny swego człowieczeństwa, którzy, w przeciwieństwie do innych filmów wojennych, są najczęściej kobietami. Przyjemna i potrzebna odmiana moim zdaniem. Pielęgniarki i wolontariuszki zmagają się ze sobą, z własną przeszłością i humorami lekarzy, ale nigdy nie przeszkadza im to w ofiarnej pracy, co chorzy widzą i doceniają.

Bardzo zgrabnie prezentuje się kompozycja poszczególnych odcinków. Oprócz kilku wątków nadrzędnych (tajemnica Kitty, intrygi siostry Quayle) są też pomniejsze historie pacjentów, którym przychodzi się zmierzyć z najróżniejszymi konsekwencjami odniesienia bitewnych ran. Wieczne dochodzenia, kto jest bohaterem, a kto okaleczył się sam by wrócić do domu, walka z bólem i operacje w naprawdę spartańskich warunkach, a do tego cała masa problemów, które prócz rannych będą musieli dzielić przecież też ich bliscy. Ten serial jest pełen ludzkich dramatów, nad którymi można się poważnie zamyślić, ale w żadnym razie nie są to kiczowate okruchy życia.

Podobnie jak rewelacyjny The Knick, The Crimson Field jest też kopalnią wiedzy na temat przedwojennej medycyny. Wszak leczenie pacjentów to nie tylko skomplikowane szpitalne operacje, ale i troskliwa opieka. Serialowe siostrzyczki są pod tym względem bezbłędne i w niczym nie ustępują lekarzom próbującym zdziałać cuda, ratując w brudnych namiotach resztki zdrowia nieszczęsnych żołnierzy. Oglądając poszczególne odcinki, naprawdę zazdroszczę dzieciakom, które teraz uczą się w szkole historii pierwszej wojny. Dzięki właśnie takim, stylowym i dopracowanym w każdym szczególe produkcjom, mają szansę poznać realia ówczesnego świata i wczuć się w psychikę poszczególnych bohaterów.

Choć to serial wojenny, opowiadający o smutnych i tragicznych wydarzeniach, jest w nim paradoksalnie też coś niesamowicie podnoszącego na duchu. Nie wiem dlaczego, ale wydaje się wprost idealny na spokojne niedzielne popołudnie. Może to wina poważnej historycznej tematyki, ciepłego żółtego światła i wspaniale patetycznej muzyki. A może po prostu losy kobiet, które bezinteresownie decydują się na służbę bliźnim, skłaniają mnie do refleksji, nie pasującej zupełnie do dnia powszedniego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *