O czym wiedziała Maisie

Film O czym wiedziała Maisie w reżyserii Scotta McGehee i Davida Siegel urzekł mnie swoją aurą dziecięcej prostoty, naiwności i niewinności. Nie jest to (od razu powiem) wybitne dzieło wywierające większy wpływ na światową kinematografię, ale wielu widzom, zwłaszcza posiadającym potomstwo, z pewnością na długo zapadnie w pamięć. Jest to dość luźna adaptacja prozy Henry’ego Jamesa, która jakoś nie robi na nas aż tak wielkiego wrażenia jak powieść na współczesnych autorowi, ale jest tak zapewne dlatego, że nie brakuje nam obecnie wybitnych filmów, ukazujących różne zdarzenia z dziecięcej perspektywy. Oglądając jednak O czym wiedziała Maisie starajmy się pamiętać, że pod koniec XIX-tego wieku, kiedy pisał James, dziecko było jeszcze tajemniczym nieobecnym stworem, nie tylko w literaturze, ale i w całej kulturze.

Uwspółcześniona ekranowa wersja opowieści o małej dziewczynce to prosta historia dramatu rozbitej rodziny. Głównymi sprawcami tegoż dramatu są oczywiście rozwodzący się rodzice, zbyt zapamiętali w walce z ex-małżonkiem, by choćby zastanowić się nad dobrem swojej małej córeczki. To właśnie oczami siedmioletniej Maisie (Onata Aprile)oglądamy walkę Susanny (Julianne Moore), podstarzałej, egocentrycznej i histerycznej gwiazdy rocka, z Bealem (Steve Coogan), handlarzem dziełami sztuki, którego życiem praktycznie rządzi telefon komórkowy. Po długich potyczkach w sądzie, rodzice otrzymują łączone prawo do opieki nad dzieckiem i odtąd mała ma spędzać kolejno kilka dni z mamą i następnych kilka dni z tatą. Niestety jest tak tylko na początku. Gdy emocje opadają, a każde z rozwodników znajduje sobie nowego partnera, Maisie przestaje zupełnie interesować swoich dotychczasowych opiekunów, a ich role przejmują ojczym i macocha.

W porównaniu z książką, łatwiej było mi się zanurzyć w świecie fikcyjnych postaci z filmu. W powieści mówi nam się tylko, że Maisie miała sześć lat, gdy rodzina się rozpadła, a potem lecą sobie miesiące i lata, dziecko przechodzi z rąk do rąk i w końcu nie wiemy ile ma lat, gdy ojczym jakoś bez przekonania próbuje ją przy sobie zatrzymać. Chyba każdy się zgodzi, że jeżeli zobaczymy w Maisie nastolatkę, taką dorastającą pannicę, a nie małe dziecko, cała sprawa nabierze dość dwuznacznego podtekstu. W filmie wiadomo (bo widać) ile ma lat. Podoba mi się także to, że znacznie okrojono ilość postaci i czas akcji, dzięki czemu napięcie psychiczne między czworgiem dorosłych i dzieckiem znacznie się zagęściło.

Największą ozdobą tej produkcji jest oczywiście tytułowa postać. Onata Aprile doskonale wciela się w postać małej skołowanej istotki. Podejrzewam, że każdy widz nie raz sapnie sobie pod nosem, że tez chciałby mieć taką grzeczną córeczkę, która choćby nie wiem co, zawsze doszukuje się we wszystkim jedynie dobra. Maisie robi urocze miny, wprost rozczula gapciem na twarzy, no ale powiedzmy sobie szczerze, żeby zagrać rozkosznego malucha w tym wieku, nie potrzeba szczególnego talentu. Mały aktor może być po prostu sobą, a i tak dorosłych to rozbraja (podobno to przez hormony, do diabła z ewolucją!). Za to autentycznym talentem uwodzi jak zwykle rewelacyjna Julianne Moore, która ma jakiś szczególny talent do grania demonicznych, dwubiegunowych mamusiek z piekła rodem (pamiętacie Uwikłanych?). Podejrzewam także, że na zachwyty nie tylko moje, ale i całej żeńskiej części widowni, zasłużył Aleksander Skarsgard (chłopak ma teraz swoje pięć minut), który jest uroczym przybranym tatusiem dla małej Maisie. Widząc jak ten dwumetrowy, postawny wiking, delikatnie pochyla się nad nieszczęściem podrzutka, jak prawie nieświadomie rozkochuje w sobie szkraba, nie można się normalnie nie wzruszyć, choć ma się jednocześnie świadomość taniej gry na naszych emocjach.

O czym wiedziała Maisie to film właściwie dobry, ale raczej do obejrzenia na jeden raz. Jest z jednej strony ciepły i wzruszający, a z drugiej naprawdę intrygujący. Nie wiemy przez cały film co sobie myśli o całym zamieszaniu dziecko, którego to najbardziej dotyczy. Mamy też ograniczoną perspektywę jedynie do tego, czego bezpośrednio doświadczyła mała bohaterka. Podobnie było zresztą w powieści, ale tu jednak nie czujemy się aż tak zagubieni, może dlatego, że bohaterowie wyrażają się bardziej współcześnie (a momentami aż zbyt dobitnie) no i akcja toczy się w Nowym Jorku.

A teraz czas na osobiste wyznanie. Jestem fanatyczną wręcz fanką Portretu damy Jane Campion i po cichu liczyłam na równie wielkie dokonania w adaptacji O czym wiedziała Maisie. Niestety się rozczarowałam. Nie było aż tak wielkiego aktorstwa, ani tej realistycznej a jednak metafizycznej grozy, tak wspaniale oddanej przez Campion. No szkoda. Na szczęście Portret damy ma tyle głębi, że mogę go sobie oglądać przez kolejne dziesięć lat i nadal nie pojąć co tak naprawdę się tam stało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *