Snowpiercer: Arka przyszłości

Nie zainteresowałabym się tym filmem gdyby nie wspaniała Tilda Swinton, grająca tu jedną z ważnych ról. Myślę, że każdy kto widział zapowiedzi lub choćby pojedyncze zdjęcia z planu, mnie zrozumie. Choć przed ekran przyciągnęła mnie wyłącznie ciekawość dotycząca charakteryzacji (jak to możliwe, że z czarującego ufoludka zrobili taką maszkarę?) to z zaskoczeniem przyznaję, że otrzymałam więcej niż się spodziewałam. To nie jest zwykłe Sci-Fi, ale poważne kino, choć przyprawione spora dawką dość absurdalnego poczucia humoru i groteskowych okrucieństw.

Akcja Snowpiercera rozpoczyna się od rozpylenia w 2014 roku w górnych warstwach ziemskiej atmosfery specjalnej substancji, która miała obniżyć nieco temperaturę, czyli znieść skutki globalnego ocieplenia klimatu. Oczywiście, coś jak zwykle poszło nie tak i zamiast lekkiego ochłodzenia pojawiła się kolejna epoka lodowcowa, która totalnie zmroziła wszelkie przejawy życia. Jedynymi ludźmi, którzy przetrwali lodową masakrę byli pasażerowie dość osobliwego pociągu, stworzonego przez wynalazcę imieniem Wilford (Ed Harris). Po 17 latach od oblodzenia, niesamowita ciuchcia nadal okrąża skuty lodem glob (w tempie jedno okrążenie na rok), a zebrani w jej wnętrzu pasażerowie odtwarzają dobrze znany nam od wieków porządek społeczny. Pociąg jest takim mikroświatem (z własna szkołą, dyskotekę, restauracją, a nawet chodową ryb), w którym ludzie są rozmieszczeni w zależności od stopnia bogactwa wzdłuż wagonów. Tyły, czyli ogon, to miejsce dla chołoty-biedoty, umorusanych wyrzutków karmionych podejrzanymi batonami proteinowymi. Im bliżej lokomotywy, na której czele siedzi święty i czczony Wilford, tym lepiej się ludziom wiedzie. Oczywiście ten porządek najmniej odpowiada najuboższym, którzy buntują się co kilka lat. Przebieg właśnie takie kolejnej rewolucji jest tematem filmu.

Podobnie jak w przypadku każdego zbrojnego powstania (wiosny narodu, politycznego przewrotu, wojny) mamy charyzmatycznego wodza, czyli Curtisa (Chris Evans), przy jego boku dzielnego młodego podkomendnego Edgara (Jamie Bell), a także doradzającego starego stratega Gilliama (John Hunt). Za głosem tych panów zagłodzony i zbuntowany naród rusza do walki. W miarę jak trwa pochód do lokomotywy, poznajemy życie w kolejnych wagonach, kolejne warstwy społecznego przekładańca, co jest fascynującym procesem.

Koreański reżyser Joon-ho Bong snuje w Snowpiercerze uniwersalną opowieść o prawach rządzących przyrodą, czyli również ludzkim gatunkiem. Nie jest to jednak nudne kino z zacięciem politycznym, a barwna i przejaskrawiona wizja, jak przystało na ekranizację komiksu (był to niszowy francuski Le Transperceneige). Bardzo podoba mi się pokazany tu mechanizm liczebnej samoregulacji wewnątrz każdej populacji. Też uważam, ze ludzi jest za dużo i że to nienaturalne (wstyd przyznać, ale do takich rozważań zmusiło mnie m.in. Inferno Dana Browna). A już pomysł na to, że całą złożoność ludzkiego gatunku można zamknąć w jednej mknącej przez świat puszce na szynach uważam za genialny. Pociąg przypomina wywózki do obozów zagłady, a zmarzlina za oknem sowieckie łagry. Właściwie to każda scena tutaj coś przypomina, jest głęboko symboliczna (choć czasem też bardzo niepoważna).

Aktorzy w większości nie mieli tu szansy na jakieś popisy swego kunsztu, ponieważ wartka akcja skutecznie odciąga uwagę widza. Wyjątkiem jest oczywiście Tilda Swinton, grająca ministrę Wilforda, niejaką Mason. Jej charakteryzator miał chyba pełne ręce roboty. Piękna aktorka wygląda tu jak karykatura typowej polskiej nauczycielki czy bibliotekarki z PRL-u. Do tego to, co mówi jej postać również jest warte uwagi. Jej przemówienie o tym, że biedni są jak buty naprawdę podziałało na moją wyobraźnię.

Zapewniam, że ten film to doskonałe, przewrotne i intrygujące kino, nie tylko dla wielbicieli ekstremalnych emocji, jakich na co dzień dostarczają nam Polskie Koleje Państwowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *