Ucieczka z Dannemory

Niniejszym wpisem dołączam do grona odbiorców uważających, że ten serial jest najlepszą produkcją minionego roku. Nie spodziewałam się czegoś takiego, każdy odcinek był dla mnie totalnym zaskoczeniem i to pomimo wcześniejszego zapoznania się z historią, której Ucieczka z Dannemory jest ekranizacją. To niewiarygodne, ale wydarzenia, na które patrzymy, naprawdę miały miejsce w USA w 2015 roku, kiedy to dwóch więźniów uciekło z pilnie strzeżonego więzienia w stanie Nowy Jork. Panowie Richard Matt i David Sweat dokonali tego w iście filmowym, naprawdę widowiskowym stylu, używając absolutnie wszelkich możliwych środków, od uwodzenia cywilnej pracownicy, po pracę przemycanymi do zakładu narzędziami. Normalnie na koniec aż robi się żal, jak to się wszystko skończyło, ale oczywiście tylko wtedy, gdy nie pamiętamy za co obaj dżentelmeni odsiadywali dożywocie. Polecam ten serial gorąco, choć nie jest to w żadnym razie miła rozrywka. Ja osobiście wiele razy czułam w czasie oglądanie ciarki obrzydzenia, strach i przeogromną chęć by wiele scen (zwłaszcza erotycznych) odzobaczyć.

Gorący romans za kratami

Ucieczka z Dannemory rozpoczyna się od zimowych miesięcy poprzedzających wielką więzienną akcję i z początku dość powoli (choć nie nudno) się to toczy. Śledzimy z pozoru do bólu zwyczajne życie niejakiej Tilly Mitchell (Patricia Arquette), która wraz z mężem Lyle’em jest zatrudniona jako cywilny pracownik w pobliskim więzieniu. Tilly jest kierowniczką więziennej szwalni, w której osadzeniu skracają sobie dni odsiadki szyjąc spodnie i koszule. Ale nie jest tak, że nasza pięćdziesięcioletnia szwaczka, choć mieszka w małej mieścinie i ma nudną pracę, prowadzi całkiem monotonny żywot. Brak należytego wynagrodzenia, czy nawet utyskiwania niezbyt rozgarniętego męża, Tilly wynagradza sobie bujnym życiem erotycznym. Jej wybrankiem jest dużo młodszy osadzony David Sweat (Paul Dano), którego często wzywa do kantorka, gdzie odbywają się ciężkie do zniesienia dla widza sceny erotyczne. Gdy wokół tej sprawy robi się gorąco i Sweat znika ze szwalni, zamiast niego pojawia się Richard Matt (Benicio del Toro), kolega z celi obok, który wpada na genialny pomysł ucieczki. Podobnie jak poprzednik, także romansuje z Tilly, ale w przeciwieństwie do niego, Matt wie jak z każdego zbliżenia wyciągnąć osobistą korzyść. Nie mija wiele czasu nim zaplątana w dziwny trójkąt Tilly dostarcza mu w jedzeniu niezbędny do ucieczki sprzęt (w starym dobrym stylu, czyli pilniki w mięsie mielonym!). Z jej pomocą, to co wydawało się nierealne, nagle staje się możliwe.

Następuje tu specyficzne połączenie możliwości (Tilly), mistrzostwa demonicznych manipulacji (Matt) oraz inżynieryjnego geniuszu (Sweat). Z odcinak na odcinek snute prze tę trójkę plany wylegiwania się na meksykańskiej plaży przestają nas już śmieszyć. Aż strach pomyśleć czego ta trójka dokonałaby w bardziej sprzyjających warunkach. Ale historia więzienna to tylko połówka bardzo złożonej całości. Nie jest to w żadnym razie mroczniejsza wersja Prison Breaka. Drugą połową są osobiste losy bohaterów, pokazane w bardzo bliski, wręcz intymny sposób, fascynujący i przerażający jednocześnie.

Małżeńska sielanka i artystyczne ambicje

Żadna z ukazanych tu postaci nie jest płaskim typem, jednowymiarowym charakterem i to, poza zimną grozą zwyczajności, podoba mi się w serialu najbardziej. Tilly, Matt i Sweat w każdej scenie pokazują inną stronę swojej osobowości, choć czasem naprawdę modlimy się w duchu by już przestali, bo nie ogarniamy. Najłatwiej by było móc ich jednoznacznie potępić, bo jednak popełniają ciężkie przestępstwa, ale jednak czasem trudno im się dziwić. Który inteligentny, nawet kreatywny człowiek (a do takich należą nasi osadzeni) nie chciałby się wydostać z więzienia, gdzie odsiaduje bezwzględne dożywocie? Dla nich z pewnością beznadzieja przyszłości warta była zamiany na ryzykowny, ale i pasjonujący plan ucieczki, angażujący ich wyobraźnie totalnie przez kilka miesięcy. No i kto nie zrozumie Tilly, kobiety niezbyt atrakcyjnej i niezbyt młodej, tkwiącej w małżeństwie z dobrotliwym półgłówkiem? (przy okazji, tu się pojawia wątek grozy, bo ta para to prawdziwy ortodontyczny koszmar). Szwaczka jest dla nas bardzo ludzka, bo taka biedna, szara, cicha myszka, niewinna ofiara uwodzicieli, niepogodzona ze swoim życiem. Sweata nam szkoda bo to jeszcze młody człowiek, w dodatku wrażliwy i bardzo inteligentny. Mógłby naprawdę wiele osiągnąć gdyby swój potencjał za młodu wpakował w coś lepszego niż zabicie policjanta. Matt jest z nich wszystkich najbardziej repulsywny, ale to w końcu artysta malarz, w dodatku, w swych ludzkich przebłyskach, mówiący ciekawe rzeczy na temat tego jak czas i cierpliwość mogą nas doprowadzić do sukcesu. No i jego końcowy upadek to też najbardziej ludzka i godna współczucia sprawa.

Z drugiej jednak strony przed pokusą polubienia bohaterów, utożsamienia się z nimi, chroni nas na przykład przedostatni odcinek, poświęcony przeszłości, czyli temu, co zrobili, że są tu gdzie są. Widząc szczegóły zbrodni Matta i Sweata, a także erotyczne wygibasy bezwstydnej młodej Tilly w krzakach, niemal cieszymy się na to, co ich wszystkich czeka.

Co za aktorstwo!

Serial ma unikatową formę, a Ben Stiller znalazł niepowtarzalny sposób na pokazanie historii zwykłych/niezwykłych ludzi. Jestem bardzo ciekawa jak rozwinie się dalej jego reżyserski talent. W dal jednak odchodzą zimne, szare, wiejące grozą długie ujęcia, czy zaskakująca kompozycja scen, przy aktorskich geniuszach, spotykających się na planie. Szczególnie dla pani Arquette jestem pełna podziwu, zwłaszcza za odwagę pokazania się z najbrzydszej strony i nie mówię wcale o upodobnieniu się do nieatrakcyjnej Tilly (w końcu to opowieść o szarych ludziach, nie o modelach), ale o tym jak pokazuje dynamikę jej związku z więźniami. To ona jest tu zawsze słabszą strona, błagającą o odrobinę uczucia, zwykłego zainteresowania i ciepła. Jej rozbuchany erotyzm to także kwestia zabijania małomiasteczkowej nudy czy poszukiwania emocji rodem z francuskich romansów, czego się nie wstydzi zupełnie. A już to, w jaki sposób dała się sfilmować podczas scen seksu z Mattem, Sweatem i Lyle’m uważam za przełomowe i godne szerszej dyskusji.

Podziwiam także Benicia del Toro, konsekwentnie budującego rolę czarnego charakteru, mogącego się równać z najstraszniejszymi w historii kina. Jego niskie pobudki, okrucieństwo i bezczelność są tak zwyczajne, że to aż mrozi krew w żyłach. Budowana tu postać to oślizły gad obleczony w ludzką skórę, którego upadek jest wielki, nawet mimo tego, że jego świadkami są tylko drzewa i współwięzień.

No i wreszcie Paul Dano, dla którego zaczęłam oglądać serial. Wybitny aktor po raz kolejny zbudował złożoną kreację, przesiąkniętą do głębi duchem współczującego człowieczeństwa. Empatia Dano jest przeogromna, zadziwia mnie za każdym razem jak wprost emanuje z ekranu i uważam, że inni aktorzy powinni się od niego uczyć. To wielki, pozbawiony narcyzmu artysta, choć boję się nawet myśleć ile go kosztowały sceny czułości w kantorku.

Jednym słowem zachęcam bardzo do oglądania. Coś czuję, że długo nie zobaczymy czegoś równie dobrego.

2 myśli na temat “Ucieczka z Dannemory

  • Styczeń 9, 2019 o 12:53 pm
    Permalink

    No cóż….
    Obejrzałem z ciekawością, doceniam fenomenalne aktorstwo….ale i tak jestem rozczarowany. A już na pewno nie umieściłbym tej produkcji w hitach roku.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *