Kluseczka

Oglądając ten filmma się wrażenie, że już się kilka identycznych widziało, a ztych ostatnich najbardziej jest chyba podobny do Sierra Burgess jest przegrywem. Mamy bowiem do czynienia z tą samąamerykańską wersją bajki o Kopciuszku, otyłym i zadziornym choćpełnym kompleksów, który znajduje w końcu swoją wewnętrznąsiłę i poczucie wartości, ale dopiero gdy się sprawdzi na poluzarezerwowanym zazwyczaj dla piękniejszych egzemplarzy ludzkiegogatunku. Oczywiście ukoronowaniem starań takiego Kopciucha jestzwiązek z przystojnym księciuniem, za którym uganiają siękrólowe piękności, a on jednak patrzy tylko na osobowość,skrywającą się pod pulchnymi kształtami. Co zatem różni Kluseczkę od innych fabuł w tym gatunku? Cóż, zapewnejeszcze większa otyłość i to nie jednej, a dwóch bohaterek,udział Jennifer Anniston oraz chwytliwe szlagiery Dolly Parton. No inie zapominajmy o jeszcze większej niż zazwyczaj promocjinastoletniej otyłości, kryjącej się pod płaszczykiem tolerancjii akceptowania siebie. Bardzo to amerykańskie.

Grube jest piękne!

Willowdean Dickson (Danielle Macdonald) zwana przez własną matkę Kluseczką, a przezprzyjaciół Will, to ogarnięta, przebojowa uczennica liceum, wktórym jednak chamscy koledzy nie dają jej zapomnieć o tym, żejest otyła. Brak akceptacji Will czuje także w rodzinnym domu, wktórym matka, Rosie (Jennifer Aniston), była małomiasteczkowateksańska królowa piękności, ciągle szykuje się do kolejnychkonkursów, podczas których albo tylko przemawia, albo sama jeorganizuje. Na szczęście przez całe swoje dzieciństwo Will mogłaliczyć na niezawodną ciotkę Lucy (Hilliary Begley). Ta, nie dość,że otyła ale wbrew temu wręcz tryskająca cudowną pewnościąsiebie i doskonałym humorem, to jeszcze wciągnęła dziewczynkę wświat kultu ikony muzyki country Dolly Parton. I choć ciotki Lucyjuż nie ma (zmarła z niewiadomych przyczyn, prawdopodobniezwiązanych z otyłością), a znana piosenkarka to bardziej postaćmityczna niż żywy człowiek, to jednak te dwie postaci dają Willsiłę do codziennych zmagań.

Gdy jednak nastolatka odkrywa, że nawet jej ukochana ciotunia chciała za młodu wystąpić w konkursie piękności, sama postanawia wziąć w czymś takim udział, po pierwsze, by oddać hołd zmarłej, a po drugie, by zbojkotować kiczowatą i szkodliwą imprezę od środka, podważając każdym swoim kilogramem zasadność obowiązującego kanonu urody. Do Will szybko dołączają inne dziewczęta o odmiennym niż wzorcowe obliczu. W grupce uczestniczek konkursu znajduje się także druga ze szkolnych grubasek, rozkoszna i słodka Millie (Maddie Baillio) oraz dość mroczna chłopczyca Hannah (znana z roli Bullet w The Killing Bex Taylor-Klaus). Dziewczyny, po początkowych trudnościach, odkrywają uroki urodowego współzawodnictwa, tych wszystkich występów tanecznych, przymiarek i makijażu, ale co najważniejsze (jak w każdym amerykańskim filmie o nastolatkach) odnajdują swoje prawdziwe ja, oczywiście dzięki przyjaźni i motywującemu przesłaniu hiciorów Dolly Parton.

Zatem co tam kilogramy, liczy się wnętrze! Tylko nie rozumiem dlaczego do udowadniania, że jest się wartościowym człowiekiem, trzeba pchać się na scenę tam, gdzie to jest najmniej ważne, a liczy się jedynie wygląd zewnętrzny. Co ma do rzeczy paradowanie przed publicznością, jak jakieś jałówki na targu, do tego, czy jest się wartościowym bytem? Najpierw trzeba się upokorzyć, by cię zaakceptowali?

W świecie paskudnych kompleksów

Wiele mam zdziwień przy okazji tego filmu. Dziwi mnie na przykład to, jak bezczelnie promuje się tu otyłość, na przykład powtarzając, że Will jest piękna jaka jest, czy nie wspominając choćby słowem o tym, że nadliczbowe kilogramy są niebezpieczne dla zdrowia. Przesłanie jest jasne: póki sama siebie akceptujesz, wszystko jest w porządku. A już za wyjątkowo perfidne uważam niepokazanie przez cały film by Will choćby raz coś jadła, co sugeruje, że jej tusza to stan naturalny, jakoby wrodzony, za który bohaterka nie odpowiada (raz tylko trzyma w ręki miskę z sałatką, której nie je i choć pracuje w burgerowni, nie tyka tamtejszych wyrobów). Widać, że twórcy filmu mieli jakieś tam głębsze ambicje i nie rozumiem czemu nie powiedzieli wprost, że lubienie siebie to jedna sprawa, a inną zupełnie jest kondycja zdrowotna (zależna od nadmiaru przyjmowanych kalorii lub od stanu hormonów, który także przecież można leczyć) zagrażająca życiu, co pokazuje dobitnie przykład cioteczki Lucy. Czy to normalne, że zachęca się nas do patrzenia jak nastolatka z uśmiechem na twarzy zmierza w stronę przedwczesnej śmierci, co z tego, że ubrana w cekiny i przy wtórze najlepszej muzyki legendy country?

Kolejną zagadką jest to, dlaczego zainteresowanie naszej uroczej Kluseczki musi paść akurat na najprzystojniejszego chłopaka w okolicy. Will sama nie chce być oceniania po wyglądzie, ale jednak trudno uwierzyć, że Bo (Luke Beuward) pociąga ją ze względu na swą powalającą inteligencję. Czyli, że jak? Brzydkie dziewczyny zasługują na szansę, ale brzydcy czy choćby przeciętni chłopcy już niekoniecznie?

I wreszcie mamusia. Ach, ta to jest dopiero pokręcona. Nie od dziś wiadomo, że połowa Amerykanów uważa liceum za swoje szczytowe lata, ale ta teksańska Miss Niebieskiego Łubinu ma na punkcie swojej przeszłości prawdziwą fiksację. No i raczej słabo jest z jej matczynym instynktem skoro córka, jaka by nie była, zyskuje jej szacunek i dumę dopiero gdy akceptuje zasady gry narzucone przez pięknisie i dopasowuje się do konkursowego reżimu. Bez paradowania w stroju kąpielowym by się nie dało.

Oczywiście więcej rzeczy jest dla mnie w tym dość przeciętnym filmie wątpliwych, jak choćby to, że zagubione nastolatki uczą się ,,prawdziwej kobiecości” od takich autorytetów jak Dolly Parton (dla wielu królowa kiczu i chodzący stereotyp z uwłaczającym makijażem i przesadnym biustem) oraz banda drag queens wymachująca na scenie piórami i pelerynami. Nie twierdzę, że ktoś inny byłby lepszy w tej roli, po prostu oburza mnie sam koncept, że kobiecości ktoś musi nauczyć.

Cóż, zawsze to i tak lepiej wypada, niż w dziwacznym serialu Insatiable, w którym dziewczę, by móc udowodnić swoje w konkursie piękności, gubi dziesiątki kilogramów, a potem wikła się w szereg niesmacznie podanych afer seksualno-gastrycznych. Ten serial to obraza dla każdego widza posiadającego choćby minimalną liczbę komórek mózgowych.

Na koniec jeszcze anegdotka, czyli coś o tym, dlaczego obejrzałam Kluseczkę. Moją uwagę zwróciła podawana w ostatnich dniach przez media wiadomość, na temat wypowiedzi Jennifer Aniston. Aktorka opowiadała, jaki to ważny był dla niej udział w tym filmie, bo sama jako dziewczyna czuła się nieakceptowana przez swoją matkę, co było źródłem ich wieloletniego konfliktu. Czyli rzecz się sprowadza do tego, że serialowa Rachel, która przyznaje, że nie była dość ładna dla swej mamy, teraz pokazuje jak ważna jest akceptacja i wewnętrzne piękno. Mnie to bardzo śmieszy, zwłaszcza, że Aniston, zarówno rolą Rachel, jak i całą karierą pokazuje jak ważny jest dla niej perfekcyjny wygląd, a poza tym, nie gadałaby głupot, mając jednocześnie na twarzy aż tak nieudany efekt przesadnej ilości zabiegów upiększających. Trochę to jednak nie wypada, nie sądzicie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *