Pot i łzy

Czarny łabędź Darrena Aronofsky’ego to jeden z moich ulubionych filmów. Uwielbiam jego mroczną atmosferę, szaro-różową paletę kolorów i samodyscyplinę emanującą ze szczupłych ciał balerin. Dlatego też już zanim zasiadłam do oglądania Flesh and Bone (polski tytuł Pot i łzy) wiedziałam, że mi się spodoba. Jest naprawdę wiele podobieństw między tymi dwiema produkcjami, choć oczywiście Czarny łabędź wygrywa, za to Pot i łzy ma kilka dodatkowych, bardzo zakręconych i chorych akcentów. Na początku jednak może się wydawać, że mamy do czynienia z dość wierną adaptacją opowieści o niewinnej, słodkiej i zdolnej balerinie, która by się w pełni artystycznie rozwinąć, musi odkryć swoją kobieca zmysłowość. Nie dajcie się jednak zwieźć pozorom. Główna bohaterka doskonale wie, jak działa na ludzi i jaka moc jest ukryta w jej sarnich oczach i długich nogach.

Autodestrukcyjny króliczek

Akcja serialu rozpoczyna się wraz z ucieczką dwudziestojednoletniej Claire Robbins (Sarah Hay) z domu i dostaniem się jej do renomowanego nowojorskiego zespołu baletowego. Na początku jest jej naprawdę ciężko, a i potem niewiele łatwiej. Współlokatorka jest dla niej okropna, koleżanki z zespołu niemal zabójczo zazdrosne i agresywne, a kierownik zespołu zdaje się ich wszystkich nienawidzić. Przy Paulu Graysonie (Ben Daniels) Vincent Cassel to grzeczny, przytulaśny misiek. Ten to dopiero jest mroczny i nieobliczalny (poczekajcie aż rozwali krzesło), jak zresztą wszystkie serialowe odpowiedniki filmowego hitu.

Pot i Łzy - balet

Wraz z próbami zadomowienia się Claire w nowej rzeczywistości, zauważamy, że dziewczyna ma ze sobą poważne problemy. Skryta, małomówna i bardzo uzdolniona baletnica, w pracy zawodowej mknie jak burza, ale widmo kłopotów rodzinnych, od których próbowała uciec nie opuszcza jej. Gdy zwichrowany psychicznie brat Bryan (Josh Helman) odnajduje ją w Nowym Jorku, zaczynamy rozumieć naturę ich chorej relacji. Chłopak ewidentnie nie radzi sobie ze stresem po powrocie z Iraku, darzy swoją siostrę bardzo zaborczymi uczuciami, tak że przez chwilę widz boi się poważnie o jej bezpieczeństwo. Wszystko się oczywiście zmieni w ostatnich odcinkach. Nie zdradzę szczegółów, ale zapewniam, że to co można podejrzewać na początku, to tylko czubek góry lodowej.

W międzyczasie patrzymy na Claire, która w przerwach morderczych treningów w wymyślny sposób zadaje sobie ból, która w poszukiwaniu kobiecości zatrudnia się w barze ze striptizem i która podejmuje próby nawiązania normalnych relacji z ludźmi, zazwyczaj nieudane. Nad wszystkim wisi widmo aksamitnego króliczka z jej ukochanej baśni z dzieciństwa, który stał się prawdziwy dopiero po tym, gdy go pokochano. Stosunek baletnicy do tej opowieści bardzo dużo mówi o stanie jej nadwątlonej psychiki, która na naszych oczach, pod wpływem niewiarygodnego ciśnienia w zespole, zaczyna się rozpadać.

Nie tylko balet

Samego tańca jest tu właściwie niewiele. Oczywiście cały czas przewijają się przez ekran osnute mrokiem postaci w trykotach, ale fragmentów, w których by tańczyli jest tu zadziwiająco mało, dlatego z początku może być widzom trudno ocenić na czym tak naprawdę polega wyjątkowość Claire. Sama postać także nie powala na kolana. Sarze Hay naprawdę daleko do Natalie Portman. Grana przez nią balerina irytuje małomównością i ckliwą tajemniczością. Bardzo długo nie wiemy, co tak naprawę siedzi w jej głowie, tak długo, że aż prawie przestaje to być interesujące. Na szczęście, dziwne i niepokojące sytuacje wokół Claire, są tu dobrze równoważone przez liczne wątki poboczne. Szef zespołu, a także jego wybrani członkowie, zapraszają nas co jakiś czas do swojego życia, pokazując ile tak naprawdę kosztuje ich każdego dnia kariera w świecie klasycznego tańca.

Nie ma tu praktycznie żadnej normalnej relacji, a patrząc na głodzących się tancerzy, intrygi w zespole, na agresję słowną (i nie tylko ze strony tancmistrzów), można nabrać obrzydzenia dla tej delikatnej i ulotnej sztuki jaką jest balet. Do tego jeszcze wszelkie zgubne efekty jakie mają długie treningi na ludzkie ciało, są tu ukazane z bolesną wyrazistością, bardzo naturalistycznie. Żylaste i kościste ciała bladych anorektyczek, ich koślawe, zniekształcone stopy z sinymi paluchami czy zaburzenia będące skutkiem restrykcyjnej diety – to wszystko sprawia, że, choć z założenia patrzymy na pięknych artystów, trudno uznać ich za atrakcyjnych czy choćby miłych dla oka. Aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy baletowe przedstawienia są warte tych wszystkich poświeceń i wyrzeczeń. Aż się ma normalnie ochotę nakarmić ich wszystkich snikersami.

Pot i Łzy - balet

Pozostaje tylko pytanie o to, po co oglądać Flesh and Bone skoro wszystko jest tu chore i skażone? Cóż, warto oglądać choćby dla tych krótkich chwil, gdy jednak pokazuje się taniec, a także dla całej estetycznej otoczki. Paleta zastosowanych tu kolorów, sprawia, że bohaterowie niemal pływają w szarościach, jest naprawdę stylowo i mrocznie, i to się może podobać. No i jest jeszcze Romeo (Damon Herriman), nieszczęsny bezdomny czający się pod schodami kamienicy, w której pomieszkuje Claire. Choć ma pomieszane zmysły i trudno mu podać rękę ze strachu by się czymś nie zarazić, jest totalnie uroczy, w taki prosty, chwytający za serce sposób. Chętnie obejrzałabym serial poświęcony tylko jemu.

Mimo kilku wad, naprawdę dobrze ogląda się ten serial. Jestem pewna, że, podobnie jak w przypadku Czarnego łabędzia, będzie on kopalnią modowych inspiracji, a także chorą motywacją dla nowego pokolenia dziewczyn z zaburzeniami odżywiania. Spróbujecie nie obejrzeć całej serii od razu :). Podoba mi się bardzo to, że stacja Starz także postawiła na wypuszczenie wszystkich odcinków w jednym terminie.

One thought on “Pot i łzy

  • Listopad 30, 2015 at 4:53 pm
    Permalink

    Ostatnio nie miałem szczęścia do seriali, bo trafiałem na straszne gnioty, tu nie liczyłem na lepiej, ale pozytywnie się zdziwiłem! Bardzo przyjemny scenariusz, gra aktorska.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *