Nowi londyńczycy, Ben Judah

Nie jest to lektura ani łatwa, ani przyjemna. Prawdę mówiąc, czytałam tę książkę bardzo długo i pozwalając sobie tylko na krótkie fragmenty naraz, z powodu depresyjnych odczuć, jakie we mnie wywoływała. To jest jak wycieczka po piekle, szczególnie bolesna gdyż mówi o miejscu, które uchodzi w wyobraźni nas wszystkich za symbol wolności, dobrobytu i nadziei na przyszłość. Potraktowałam tę lekturę bardzo osobiście, gdyż jestem z pokolenia, które w sporej części przeniosło się po maturze lub jeszcze na studiach na Wyspy Brytyjskie, a ja sama do dzisiaj czasem żałuję, że nie poszłam w ich ślady. Emigracja to stały temat rozmów wśród mojej rodziny i znajomych, wśród których nie brakuje osób gorzko rozczarowanych pracą i życiem w Londynie i okolicach. Do tej pory sądziłam, że to, co nazywają „londyńską patologią” to odosobnione przypadki, ale po przeczytaniu Nowych londyńczyków rozumiem już, że to tam norma, część systemu, którego utrzymywanie jest wielu osobom bardzo na rękę i który prawdopodobnie już nigdy się nie zmieni, skoro od tak dawna ma się tak dobrze.

Niższa forma życia

Ben Judah podszedł do swego zamiaru stworzenia współczesnego portretu osób migrujących do Londynu bardzo poważnie. Tak poważnie, że przyszło mu nawet udawać rumuńskiego żebraka czy budowlańca szukającego pokoju. Na jakiś czas zamieszkał nawet z grupą mężczyzn ze wschodniej Europy, tłoczących się w przeludnionym mieszkaniu. Jego poświęcenie się opłaciło, gdyż oto patrzymy na zjawisko, które poraża realizmem, przekazuje głęboką prawdę, choć jest ona okrutna i bolesna. Na wstępie dowiadujemy się, że rodowici biali Brytyjczycy stanowią zaledwie 18% mieszkańców metropolii. Kim zatem są ci wszyscy ludzie zaludniający wielkie city?

Autor zabiera nas do miejsc, do których sami zapewne nie poszlibyśmy dobrowolnie. Do małych zatęchłych sklepików, do klaustrofobicznie ciasnych kawalerek, do podziemnych przejść, gdzie nocują bezdomni, a nawet na rogatki ulic nocną porą w najbardziej podejrzanych dzielnicach. Idziemy prowadzeni opowieścią żebraków, sprzątaczy metra, prostytutek, gospodyń i budowlańców, bo właśnie takie profesje najczęściej czekają na emigrujących ze swego kraju, nie znających języka obywateli Polski, Rumunii, Afganistanu, Sudanu czy Pakistanu.

Najbardziej uderzający jest w tych wszystkich rozmowach brak nadziei, której przyjezdni wyzbywają się zaraz w pierwszych tygodniach popytu w Londynie. Choć, w porównaniu do tego, co mieli wcześniej (na przykład na polskiej wsi, czy w jakiejś afrykańskiej osadzie), nawet najniższe zarobki w Londynie to majątek, to jednak ceny dojazdu, zakwaterowania, jedzenia, a przede wszystkim niemożność zdobycia stałego legalnego zatrudnienia, skazują tych wszystkich ludzi na wręcz głodową egzystencję.

Ben Judah mówi o osobnym mieście emigrantów, istniejącym równolegle do normalnego city, w którym ukrywają się ci wszyscy, dla których emigracja okazała się największym błędem w życiu. Poznajemy wielu takich ludzi, którzy nie mogą ani pracować legalnie, ani wrócić do swojego kraju gdzie pozostawili rodziny (często bardzo małe dzieci). Wpadli albo w pułapkę własnych marzeń, albo oszustów, tak jak bezdomny Rumun, który wraz z wieloma mieszkańcami swej wioski spłaca w Londynie dług wobec lichwiarzy, zaciągnięty jeszcze w kraju. Takich ludzi są tu tysiące.

Wraz z degradacją materialną, następuje rozkład moralny osób, którym ciężko zachować normy czy zdrowie psychiczne w ekstremalnie trudnych warunkach. Uderzyło mnie to na przykład w wypowiedzi pewnego młodego gangstera (wielu ich tu poznajemy):

„Niczego nie trzeba było mi tłumaczyć, sam wiedziałem. Że dorastanie tutaj jest do dupy. Kiedy tu przyjechałem, mając dwanaście lat, całe to gówno walnęło mnie prosto w nos. Skapowałem, że White City jest o wiele bardziej zepsute, o wiele bardziej niebezpieczne i bardziej beznadziejne niż najgorsza zasrana dziura na Grenadzie. Daję słowo, że po pierwszych sześciu miesiącach tutaj straciłem siedemdziesiąt pięć procent zasad moralnych. Byłem gotów napadać na dzieciaki i tak przyłożyć każdemu piąchą, żeby się zawinął”.

Podobne wypowiedzi pojawiają się w wielu miejscach, składając się na smutny obraz londyńskiej emigracji.

Dla kontrastu odwiedzamy nie same biedne i przeżarte przestępczością dzielnice, nie tylko szeregowce polsko-rumuńskich noclegowni na przedmieściach, ale i obszary zamieszkane przez najbogatszych emigrantów, głównie z Rosji, czy z krajów arabskich. Choć opływają w dostatki, także nie czują się tu u siebie, a zakup domu w najdroższym miejscu z możliwych traktują raczej jako lokatę kapitału i okazję do pochwalenia się przed znajomymi. Z nich także, tak jak i z tych najbiedniejszych, prawdziwych, brytyjskich, zasymilowanych londyńczyków nigdy nie będzie.

Polski akcent

Oczywiście, że czytając tę książkę, zwracałam szczególną uwagę na polskie akcenty, a jest ich tu wiele. Niestety wszystkie wybrzmiewają w podobnym tonie.

„Najbardziej samotna dzielnica Londynu nabrała zdecydowanie wschodnioeuropejskiego charakteru. Dwóch chłopaków w czarnych bejsbolówkach, którzy przyjechali z polskiej wsi, przechadza się w tę i z powrotem, delektując się piwkiem po pracy”.

Panowie przyjeżdżają pracować na budowie, panie jako sklepowe. Wszyscy są szalenie pracowici i oszczędni, i zapewne w sprzyjających okolicznościach, byliby wzorcowymi obywatelami. Cechuje ich nikła znajomość języka angielskiego, chęć odłożenia jak największej sumy na budowę domu w Polsce, doprowadzanie do opłakanego stanu nieruchomości, które zajmują, a także elastyczność w dostosowywaniu się do bardzo małego metrażu. Polska oszczędność cechuje się także niechęcią do kupowania alkoholu w lokalach, na rzecz spożywania piwka pod chmurką, co i w kraju jest bardzo popularne. Niestety, często kończy się to zaczepkami i burdami, jesteśmy znani na Wyspach z agresji i alkoholizmu. W wielu odwiedzanych przez autora reportażu dzielnicach, wspomina się o legendarnych starciach pijanych Polaków z równie nietrzeźwymi Rumunami czy Ukraińcami.

Polacy w Londynie, co bardzo mnie dziwi, dążą do odtworzenia polskich warunków na obczyźnie, pozostając w otoczeniu polskich sklepów, barów i ludzi mówiących w ich języku. Trochę mnie to zaskakuje, bo skoro człowiek wyjeżdża, to chyba po to, żeby było inaczej, a nie tak samo jak w kraju, ale widocznie czego jeszcze nie rozumiem.

Pomijając już nasze narodowe przywary, losy Polaków na obczyźnie są w równym stopniu rozczarowujące, co całej reszty emigracji. Słabe warunki mieszkaniowe, koszmarnie wysokie koszty życia i trudności w zdobyciu stałej i legalne pracy to raczej słaba trampolina do sukcesu. Nikt już nad tym nie panuje, a czytając o losach tych ludzi można odnieść wrażenie, że choć czasy niewolnictwa już się skończyły, to nadal niewiele się na Zachodzie zmieniło. Tak jak Amerykanie mają Meksykanów, tak Anglicy i mieszkający w Londynie szejkowie i oligarchowie, mają Afrykańczyków, Polaków, Rumunów i Filipińczyków. W dodatku sami, z własnej woli tam przyjeżdżają, często pozbawiając się możliwości powrotu.

Od razu muszę dodać, że według londyńskiej hierarchii i tak jesteśmy stosunkowo nieźle ustawieni. Granice i zasady są jasne dla wszystkich:

„Nie będę owijać w bawełnę. Widzisz, w Londynie Afrykańczycy są zawsze na szarym końcu, razem z Antylczykami. Nie chodzi mi o tych, którzy dopiero wczoraj przylecieli z Jamajki, tylko o drugie pokolenie. Oni też mają najgorzej. Trochę wyżej masz część Afgańczyków. Potem są wschodni Europejczycy. Ci są wyżej od nas, Afrykańczyków, ponieważ są bardziej do przyjęcia. Ze względu na podobieństwo rasowe. W Europie panuje wspólnota etniczna, wiesz? Tak to już jest”.

Choć mamy jako nacja w Londynie nie najgorzej, to zapewniam jednak, że po lekturze Nowych londyńczyków zaczniecie myśleć z podziwem o ludziach, którzy decydują się na wyjazd do tego miejsca. Mnie naszła także poważna refleksja nad tym, co z naszym krajem jest nie tak, że wciąż wielu woli wyjechać i wegetować w obcym kraju, niż pozostać w Polsce.

Od najmłodszych lat miałam w głowie dwa obrazy Londynu. Pierwszy, romantyczny, to wielkie światowe miasto, w którym w przytulnych rezydencjach mieszkają arystokraci (oczywiście tylko w sezonie, poza nim przebywając na wsi) zabawiający się popołudniową herbatką, wystawnymi kolacjami, wyjściami do teatru i spacerami po parku. To także tło najbardziej romantycznych historii miłosnych i najbardziej wciągających intryg. Drugi Londyn to miasto, w którym Sara, mała księżniczka głodowała na pensji dla panien, miasto pełne brudnych sierot i prostytutek, przesiąknięte zgnilizną moralną, której szczytowym wykwitem był Kuba Rozpruwacz. To Symbol wszelkiego zła, zasnute mgłą widmo z Jądra ciemności Conrada. Niestety, to, co opisuje Ben Judah, jest zdecydowanie bliższe temu drugiemu wyobrażeniu i raczej nie nastraja optymistycznie, nie zachęca do wizyt, nawet tych turystycznych. Jakoś sobie nie wyobrażam zwiedzania zabytkowych ulic i gmachów, między którymi żebracy, bezdomni i narkomani wystawiają najlepsze świadectwo stanowi, w jakim znajduje się obecnie stolica Imperium Brytyjskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *