Sara Mannheimer, Poziom zero

To nie jest książka dla każdego (początkujący czytelnik zwyczajnie poczuje się w tym świecie zagubiony), ani tym bardziej do zwyczajnego przeczytania. Poziom zero trzeba smakować i kontemplować, napawać się urodą fraz i oryginalnością bohaterki, jednocześnie cały czas pilnując, by nie dać się zwieść wielu mylącym tropom. Za to jestem pewna, że odbiorca już trochę wyrobiony i bardzo czujny, będzie miał z tej lektury wiele radości i nie raz do niej wróci. To jedna z tych książek o książkach, w której wielu z nas będzie się przeglądało jak w lustrze, wspominając często niełatwe początki bibliofilstwa, pierwsze literackie zachwyty, rozczarowania i fobie, a także (jak w moim przypadku) naiwność w obcowaniu z tytanami intelektu takimi jak Roland Barthes, którego kultowy Poziom zero pisania jest bezpośrednią inspiracją książki Sary Mannheimer.

Książki mogą onieśmielać

Wszystko w tej opowieści wydaje mi się niezwykłe, nawet to, że jej autorką jest mieszkająca w Sztokholmie kobieta posiadająca niewielką wytwórnię szkła (no jak często można trafić na taką pisarkę?:). Akcja Poziomu zero ma na początku bardzo skromną scenografię i niewielu bohaterów. Znajdujemy się oto w Domu, w którym główna bohaterka, będąca w stanie niesłychanego chaosu i rozedrgania, próbuje sobie na nowo poukładać rzeczywistość. Nie wiemy co ją spotkało, ani nawet do końca nie orientujemy się się kim jest. Okruchy jej codzienności docierają do nas powoli. Jedno co wiemy na pewno to to, że marzy ona o nawiązaniu bliższej relacji z licznymi tomami znajdującymi się w Pokoju z Grzbietami (bibliotece). Jednak w dotarciu do tego miejsca często przeszkadza jej rozproszenie, jakiemu ulega w Przedpokoju, a także Kratka Reguł (kuchnia), w której z gorączkowym zapałem zajmuje się porządkowaniem swego świata poprzez oddawanie się sprzątaniu. Gdy już jednak uda się naszej bohaterce dotrzeć do Grzbietów, sytuacja wcale nie wygląda lepiej. Jakaś wewnętrzna siła broni jej do nich dostępu, powstrzymuje ją nawet przed dotknięciem woluminów. Jest to dość dziwne zjawisko zważywszy na to, że ojciec, matka i partner naszej bohaterki są ludźmi bardzo oczytanymi i nie mającymi z literaturą najmniejszych problemów. Możliwe, że kobietę przeraża perspektywa bardzo intymnego zmieszania swego wnętrza z literacką opowieścią, bo w końcu tym jest dla niej czytanie. Wciągnęłam się w tę grę na dobre dopiero wtedy, gdy okazało się, że jedynym dziełem, przed którym nie wzbrania się narratorka jest Stopień zero pisania Barthes’a. Rozpoczyna się intensywne studiowanie literaturoznawczego eseju, które ma niezwykłe konsekwencje. Barthes zachęca ją nie tylko do dołączenia do lokalnego koła czytelniczego, ale też do sięgnięcia po klasyków i otworzenia się na innych czytelników (zwykli ludzie jednak jej nie interesują). W sytuacji bardzo bolesnej straty, literatura staje się dla bohaterki także kołem ratunkowym, wyciągającym ją na powierzchnię życia. To oczywiście nie wszystkie korzyści i wyzwania wiążące się z lekturą Stopnia zero pisania, ale zresztą na pewno chętnie zapoznacie się osobiście.

Być czytelnikiem

Zapewne każdy, kto się choć trochę orientuje w temacie wie, że lektura esejów francuskiego uczonego nie należy do łatwych zadań, a w sytuacji gdy nie znamy tak podstawowych dla naszej kultury tekstów jak Biblia czy Don Kichot, jest to wyzwanie wręcz karkołomne. Bohaterka jednak, mimo wyraźnego oporu jaki stawia niezrozumiały tekst, zdecydowanie brnie coraz głębiej, aż do najbardziej ukrytych znaczeń, które prawdopodobnie rozumie tylko ona jedna. Ta pierwsza, bardzo trudna lektura, wbrew moim początkowym wątpliwościom, spełnia swoje zadanie i staje się dla niej bramą do kolejnych bezcennych tekstów kultury.

Jestem pewna, że wielu czytelników, żyjących tylko dla tych chwil, w których mogą wziąć do ręki nową książkę i zaciągnąć się porządnie jej zapachem, zrozumie ekstatyczne stany opisane w Poziomie zero. Dla mnie osobiście to przede wszystkim opowieść o tym, że drzwi do literackiego świata są dla każdego szeroko otwarte. Nie ma powodów, dla których mamy dawać się onieśmielać ,,znawcom tematu” i licznym autorytetom, gdyż mamy takie samo prawo jak oni do zbudowania własnej wersji tego co przeczytamy (tutaj matka narratorki jest tak samo wartościową czytelniczką jak mężczyzna czytający w toalecie ogrodnicze opracowanie poświęcone jabłkom, a nawet jak bezdomny głupek Marcel, jak się okaże, prawdziwy mędrzec). To książka też o wielkiej potędze słowa pisanego, które może nas przepoczwarzyć od środka, zawładnąć naszą wyobraźnią, dać siłę w naprawdę trudnych momentach.

Oprócz fragmentów poświęconym czytaniu i pisaniu, bardzo spodobały mi się te, w których są opisy codziennego szarego życia zwykłej gospodyni domowej. Jej małe zabiegi, krzątanie się, sprzątanie i gotowanie, są opisane w taki sposób, że mogą nam się wydawać bardzo poetyckimi rytuałami przygotowującymi duszę do odbioru najlepszej poezji i prozy. (Któż z nas nie zna tych stanów, gdy wiemy, że powinniśmy napisać lub przeczytać coś ważnego, a jednak jedyne o czym możemy myśleć to sprzątanie toalety i gotowanie; nasz mózg prawdopodobnie świadomie przeciwstawia abstrakcję sprawom bardzo konkretnym i życiowym).

Koniecznie muszę jeszcze dodać na koniec coś, co może naprawdę zrozumieć chyba tylko ktoś równie naiwny jak ja, komu zdarzyło się trafić na studia filologiczne. Mając osiemnaście lat nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, że oprócz Książek są też Książki Źródłowe, a by zrozumieć poezję, prozę i dramat, nie wystarczą dobre chęci, lecz konieczny jest także przewodnik w postaci porządnego opracowania. Już na pierwszym roku przeżyłam prawdziwy szok, gdy okazało się, że czytanie najwybitniejszych dzieł literatury krajowej i światowej to jedynie czubek góry lodowej.

Resztę masywnego glacjału stanowiły opracowania, co w wielu przypadkach doprowadziło do zadziwiających skutków. Byli bowiem czytelnicy tacy jak ja, którzy próbowali dokonać niemożliwego i czytali od deski do deski wszystko co zadawali profesorowie, nie rozumiejąc z tego za wiele (niemożliwością byłoby organizowanie zajęć na temat każdego opracowania). Byli też tacy, którzy z braku czasu oddali się jedynie literaturze przedmiotu, co owocowało na przykład tym, że znali doskonale książki na temat Pana Tadeusza czy Trylogii, samych dzieł nie mając nigdy w ręku. Wreszcie byli też tacy, którzy już na początku uznali, że i tak tego wszystkiego nie ogarną i czytali jedynie literaturę podmiotu, mając nie najlepsze stopnie, ale z drugiej strony dużo radości ze studiowania.

Takie właśnie początki literackiej przygody, w tym moją własną heroiczną walkę z Fragmentami dyskursu miłosnego Rolanda Barthes’a, przypomniał mi Poziom zero Sary Mannheimer.

One thought on “Sara Mannheimer, Poziom zero

  • Czerwiec 1, 2016 at 6:22 pm
    Permalink

    Wielka tylko szkoda, że polskiego tłumaczenia „Stopnia zero pisania” nie da się czytać :(

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *