Na co szczególnie czekam tej jesieni

Mało rzeczy cieszy mnie w życiu aż tak, jak coroczna perspektywa jesiennych nowości książkowych, filmowych i serialowych. Odkąd się zorientowałam, że zazwyczaj już w październiku rozpoczyna się wielki oskarowy wyścig po nagrody, z niecierpliwością czekam na to, czym zaskoczą nas filmowcy. Nie inaczej jest z książkami, a w tym roku akurat z jedną pozycją na która cieszę się tak, że aż mi czasem przed samą sobą głupio (załamię się jak będzie to zła powieść, mówię wam). Jestem pewna, że nie tylko ja zacieram rączki z niecierpliwości, czekając na to co przyniosą najbliższe miesiące, zatem nie odwlekając, prezentuję swoje tegoroczne typy.

Venom (premiera 5 października)

Co prawda jest to kolejna ekranizacja komiksu, których ostatnio mamy przesyt, w dodatku dotyczy bohatera, którego ledwo kojarzę, ale proszę państwa, sam Tom Hardy tu gra, a dla mnie to gwarancja jakości (a partneruje mu Michelle Williams). No można by kręcić nosem i się obrażać, też miewam takie myśli, że Marvel i DC niepotrzebnie wciągają do swego świata i plugawią dobrych aktorów, ale co to da? Ja do tego podchodzę w ten sposób, że zwyczajnie trzeba sprawdzić jak się wykaże znakomity aktor w szalonej roli dziennikarza (nie psychopaty tym razem) opętanego tajemniczym kosmicznym stworem, przejmującym funkcję jego mrocznego alter ego. Gdyby tu grał ktoś inny, nie byłoby sensacji, ale to jest w końcu Tom Hardy, jedyny człowiek na świecie, który mógłby się wcielić w Venoma (czy dowolną formę życia) bez żadnej charakteryzacji. Uważam, że w jego przypadku nawet gdyby ta historia była nie filmem, a teatralnym monodramem, w którym Hardy występowałby bez grama makijażu i w zwykłych ubraniach, to i tak widzowie by uwierzyli w symbiotyczną fabułę. Co to zatem będzie za widowisko z najdroższymi efektami specjalnymi! To po prostu trzeba zobaczyć.

Dziewczyna w sieci pająka (premiera 26 października)

Pójdę na ten film do kina z tego prostego powodu, że łatwo zrobić na mnie wrażenie spektakularną aktorską metamorfozą. A czy może być bardziej drastyczna przemiana niż Claire Foy, którą przed chwilą oglądaliśmy w roli nieco pulchnej i ufryzowanej królowej Elżbiety II, wcielenia sztywnego konserwatyzmu, grająca Lisbeth Salander, cyberpunkową hakerkę, z paskudnie spapraną psychiką i poważnymi problemami z agresją? Przed zobaczeniem trailerów, wątpiłam czy to się uda, mając wciąż w pamięci drobniutkie bladziochy, czyli Noomi Rapace i Rooney Marę, wcześniej wcielające się w rolę Salander. Gdy jednak zobaczyłam Claire Foy w pełnej charakteryzacji, jej widok zupełnie zatarł w mojej pamięci wspomnienie sztywnej królowej.

Dziewczyna w sieci pająka ma być adaptacją czwartej książki z sagi Millenium, napisanej po śmierci Stiega Larssona przez Davida Lagercrantza pt. Co nas nie zabije. Jak pamiętamy z powieści i jak wynika z zapowiedzi, w tej części Salander konfrontuje się ze swym trudnym dzieciństwem i staje do walki z własną siostrą.

House of Cards (premiera 6 sezonu 2 listopada)

Ostatni rozdział w historii Underwoodów już jest najbardziej kontrowersyjny, choć jeszcze nie widzieliśmy ani jednego odcinka. Z powodu oskarżeń o drapieżne zachowania seksualne wobec swych współpracowników, nie zobaczymy już tu Kevina Spacey’a, a tym samym odpowiedzialność za całą fabułę spocznie na barkach Robin Wright grającej panią prezydent Claire Underwood. Może jestem w mniejszości, ale jestem pewna, że aktorka znakomicie sobie poradzi. Zresztą zawsze najbardziej interesował mnie jej wątek, a nie to, co wyprawiał Frank.

Oczywiście jest mi przykro z powodu całej afery ze Spacey’em, ale mam jeszcze nadzieję na to, że aktor nie powiedział ostatniego słowa. Co prawda w trailerze jego postać jest jednoznacznie martwa, ale pomyślcie jakby to było pięknie gdyby jednak się pojawił w szóstym sezonie, wyjaśniając przy okazji w wywiadach, że cała akcja z napastowaniem została wymyślona po to, by po pierwsze, zwrócić uwagę na ważny problem, po drugie, by zapromować finał serialu z bardzo pożytecznym społecznie akcentem. To by była najbardziej zaskakująca akcja promocyjna w historii współczesnej telewizji.

Bohemian Rhapsody

Co tu dużo pisać? Wszyscy obejrzymy ten film, bo w końcu opowiada o historii najlepszego zespołu w historii i narodzinach największych rockowych hiciorów ever. Już widzę, jak rzucamy się na bilety niczym szczerbaci na suchary :) O Bohemian Rhapsody już dzisiaj wiadomo, że będzie to film z najlepszym soundtruckiem i niesamowitą charakteryzacją. W dodatku Rami Malek w roli Freddy’ego Mercury’ego prezentuje się fenomenalnie, podobnie jak w licznych wywiadach promujących już teraz film, w których na przykład opowiada jak to jest śpiewać kultowe kawałki przed członkami zespołu Queen, którzy je wymyślili. Naprawdę chętnie zobaczę ekranowy efekt tak wielkiej presji. Może i nie jestem najwierniejszą fanką zespołu, ale płyta z przebojami Queen jest jedyną, jaką mam w samochodzie, a o jakości tej muzyki świadczy moim zdaniem to, że jednego krążka słucham już od piętnastu lat i jeszcze mi się nie znudził. Myślę, że z filmem będzie podobnie i nie raz zasiądę do jego oglądania.

Outlander (premiera 4 sezonu 4 listopada)

Choć rozstałam się definitywnie z twórczością pani Gabaldon (zakończyłam mordęgę czytelniczą na ósmym tomie sagi Obca) to jednak z chęcią zasiądę do kolejnego sezonu serialu. Bez dłużyzn, żenujących opisów zbliżeń i bez historycznych wykładów, ta miłosna historia naprawdę może się podobać. W czwartym sezonie Claire i Jamie przybywają do Ameryki, gdzie w górach Karoliny Północnej zbudują nowy dom dla siebie i dla swojej rozrastającej się rodziny, podczas gdy w tle rozszaleje się prawdziwa wojenna zawierucha. Do tego dostaniemy jeszcze nowy czarny charakter i ciekawy wątek podróży w czasie związany z córką Fraserów, Brianną. Przyznam szczerze, że sama nie pamiętam już jak wyglądała jesień bez tego serialu. Ta muzyka, kolory i ogólny jesienno-szkocki klimat zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój.

Śmierć Komandora (tom 1 Pojawia się idea), Haruki Murakami (premiera 17 października)

Długo trzeba było czekać na kolejną powieść japońskiego pisarza, ale za to będą to dwa tomu, w dodatku takie, które za granicą, tam, gdzie się już ukazały, budzą prawdziwą sensację. Ma to być nieco podobna w klimacie do Kroniki ptaka nakręcacza historia mężczyzny w życiowym kryzysie, którego zostawia żona. Główny bohater podobno jest malarzem, zatem już się szykuję na ciekawe rozważania na temat sztuki i oczywiście na wplatanie w wątki realistyczne, bardziej surrealistycznych fenomenów. Zresztą, co by to nie było, Murakamiego kupuję w ciemno, bo nigdy mnie nie zawiódł. Czekając na Śmierć Komandora, słucham audiobooka Kroniki ptaka nakręcacza, zaraz zasiądę też do oglądania filmu Burning (na podstawie opowiadania Spalenie stodoły z tomu Zniknięcie słonia) i wyobrażam sobie jak wielkim wydarzeniem w moim czytelniczym życiu będzie nowa powieść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *