Spisane własną krwią, Diana Gabaldon

Skończyłam właśnie czytać ósmy tom sagi Obca i na tym kończę swoją przygodę z twórczością pani Gabaldon. Pomyślałam, że o tym napiszę, bo właśnie ukazał się trailer czwartego sezonu serialu Outlander, którego premiera planowana jest na czwartego listopada. Wielu fanów, w tym ja, cieszy się bardzo na powrót ulubionych aktorów, szczególnie, że możemy już podejrzeć ich w postarzających charakteryzacjach i w nowych plenerach. Ten sezon jest przełomowy, bo akcja ze Szkocji, Francji, mórz i oceanów, przenosi się do Ameryki. W trailerze widzimy początki tego, co będzie niedługo Fraser’s Ridge, ale też zapowiedź podróży Brianny i Rogera, Stevena Bonneta, a nawet Mohawków. Oj, będzie się działo! Patrząc na to, aż człowiek zapomina, jaką męczarnią jest czytanie kolejnych tomów sagi. Dosłownie im dalej w las, tym gorzej dla nas. Dlatego też nie mam zamiaru dłużej się męczyć i zaprzestaję czytania. Nie tracę raczej za wiele bo widzę, że autorka zaczęła się skupiać na mniej ciekawych postaciach drugoplanowych. Czego jak czego, ale więcej lorda Johna Greya mi nie potrzeba.

Próg wytrzymałości

Nie ma to jak się umęczyć porządnie lekturą. Tak się narobić przy pokonywaniu kolejnych setek stron, że niemal można poczuć pot na czole i ból mięśni, spowodowane oczywiście stresem wywoływanym lekturą powieści Gabaldon. Autorka nie żałuje czytelników, dobijając ich drobiazgowymi opisami malowniczych okoliczności przyrody (Nad Niemnem może się schować), nudnymi i chaotycznymi relacjami z wojennych manewrów podczas starć brytyjskich żołnierzy z Armią Kontynentalną, a także szczegółowymi relacjami zbliżeń cielesnych już nie jednej głównej, a czterech par kochanków (Czy ja naprawdę muszę wiedzieć kto czym nawilża narządy płciowe, albo, czym komu pachnie z ust? To nie jest przecież reklama radiowa). Tak w skrócie przedstawia się Spisane własną krwią i choć doceniam walory edukacyjne dzieła, dzięki którym nieco bliższa wydaje mi się historia Stanów Zjednoczonych, to jednak podejrzewam tu pewien podstęp: mam mianowicie wrażenie, że autorka specjalnie bombarduje nas olbrzymia liczbą szczegółów, irytujących postaci i informacjami bitewnymi, sprawdzając gdzie znajduje się nasz prób wytrzymałości na nudę i frustrację. Ja swój osiągnęłam podczas dokładnego opisu ucieczki poturbowanego Johna Greya, bawiącego się w szpiega, ale mimo tego dalej brnęłam z nim przez te lasy i bagna, tyle że już bez nadziei i ze złamanym czytelniczym duchem. Zwyczajnie czytałam dla zasady, bo już tyle tysięcy stron za mną, że głupio tak poddać się pod koniec.

Prawie wszystkich tu nie lubię

Najbardziej na nerwy działał mi w tym tomie wspomniany już Grey, który w momencie rozpoczęcia akcji ósmego tomu jest legalnym małżonkiem Claire, opłakującej domniemaną śmierć Jamiego. Oczywiście nerwowy rudas zjawia się niespodziewanie, powodując galimatias, którego do końca tomu nie uda się rozplątać. Grey trafia w ręce rebeliantów, cały czas niestety emanując swoimi sztywnymi arystokratycznymi manierami. Co gorsze, na kartach powieści często gości także jego jeszcze sztywniejszy brat Hal, straszna maruda.

Claire i Jamie lądują oczywiście w samy centrum wojennej zawieruchy. Jamie zostaje generałem, powodowany poczuciem obowiązku jak to on, a Claire dzielnie mu towarzyszy w roli wojskowego medyka. Z całej obszernie opisanej wojennej eskapady zapamiętałam tylko dziwne uzębienie Waszyngtona i ciekawe próby opatrywania rannych, w tym grzebanie paluchami w oczodole i zakrapianie oka miodem. Reszta jest tak sucha, że ulatuje z pamięci natychmiastowo.

Wracając jednak do nielubianych bohaterów, na kolejnym miejscu w mojej klasyfikacji znajduje się nijaki jak jego przybrany ojciec, William, czyli nieślubny potomek Jamiego, będący jego klonem, tyle że walczącym po niewłaściwej stronie historii. Nie wiem jak Diana Gabaldon to robi, ale mnie zwyczajnie byłoby szkoda papieru na opisywanie przygód kogoś takiego. Dalej w moim zestawieniu nielubianych postaci znajdują się Jenny Fraser, uparta donosicielka, która o wszystkim donosi bratu, jej syn Ian, przedstawiający się jako Szkot i Mohawk w jednym, a także jego ukochana żona, kwakierka, mówiąca do każdego ,,przyjacielu” i nieskutecznie nawracająca otoczenie na pacyfizm. Każdego z nich jednak biją na głowę Brianna i Roger, czyli nasza power couple, tkwiąca cały czas w XX wieku, a przynajmniej na początku, bo potem porywa ich wir podróży w czasie, dzięki czemu możemy na przykład poznać sławnego czarnobrodego Briana Frasera. To małżeństwo przyciąga problemy, ale wikła się w tak dziwaczne i skomplikowane historie, że mi, jako czytelniczce, naprawdę nie chce się tego wszystkiego rozplątywać w głowie. W dodatku Brianna, jako prawdziwa córka swego ojca, ciągle szuka dziury w całym, agresywnie reagując na absolutnie wszystko i wszystkich. Za to jej mąż to świętoszkowaty mydłek, do każdego swego uczynku mieszający Boga i sumienie. Dosłownie znieść ich nie mogę, z niecierpliwością czekałam na koniec poświęconych im rozdziałom i tak naprawdę uważam cały ich watek za dodany tu na siłę, zupełnie niepotrzebnie. Więcej by o psie i karle napisała Gabaldonowa :)

Są też dobre momenty

Nadal najsilniejszą stroną tej opowieści jest cały wątek poświęcony Claire i medycynie. Byłam szczerze zainteresowana wykonywanymi przez nią procedurami medycznymi, w tym ginekologiczną operacją zszywania przetoki oraz domową amputacją nogi (czuję, że sama mogłabym to robić po takim opisie, dajcie mi tylko porządny nóż do ręki). Niestety, młodsze pokolenie powoli wypiera wątek Claire i Jamiego, choć nie są nawet w połowie tak zajmujący. Nietrudno się też domyślić, w którą stronę pójdzie dalsza twórczość pisarska pani Gabaldon. Nie muszę czekać na tłumaczenie kolejnych książek by wiedzieć, że czekają tam opowieści o szpiegowskich przygodach Greya oraz o odkrywanych przez Rogera i Briannę prawach rządzących podróżami w czasie. No i nie zapominajmy o całych rozdziałach poświęconych wnukom Fraserów czy Ianowi i Rachel. W skrócie – czeka nas pasmo pod tytułem Paprochy życia.

Do lepszych momentów akurat tej powieści zaliczam także wątki niezamierzenie komiczne, czyli wszystkie te sceny, które są opisane tak dokładnie, że aż śmiesznie. Szczytem osiągnięć pani Gabaldon w tym względzie moim zdaniem są wszelkie opisy zbliżeń cielesnych i wszelakiej intymności między bohaterami. Dowiadujemy się z tego tomu, przy jakich okazjach swędzą Claire pośladki, w jakich pozycjach najchętniej uprawia się seks w XVIII wieku oraz kto rano sobie radośnie popierduje. Bo oczywiście bez tych informacji nasze czytelnicze doświadczenie byłoby niepełne, a powieść miałaby przyzwoite, łatwe do udźwignięcia rozmiary, co na pewno rozczarowałoby prawdziwych fanów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *