Mój najgorszy koszmar

Francuskie komedie romantyczne chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. W porównaniu na przykład z amerykańskimi romansidłami, jest to przebogaty gatunek, w którym nie chodzi jedynie o kilka durnych żartów i cukierkowo słodkie szczęśliwe zakończenie. Francuskie komedie bywają słodko-gorzkie lub surrealistycznie odjechane, ale jeszcze nigdy na żadnej się nie nudziłam. Każdy tytuł to kolejna niespodzianka. Podobnie było też z Moim największym koszmarem. Już po kilku minutach wydawał mi się, że wiem jak to się musi skończyć. Oczywiście, że sztywna, bogata, artystyczna i intelektualna Agathe (Isabelle Huppert) w końcu zakocha się z wzajemnością w trochę obleśnym, biednym, źle wychowanym Patricku (Benoît Poelvoorde). Z grubsza tak się właśnie później dzieje, ale jak do tego dochodzi, to naprawdę niesamowita sprawa.

Cały urok tego filmu polega na tym, że choć wiemy, że się pokochają i będzie to ,,i żyli długo i szczęśliwie” to jednak i tak nie możemy sobie do ostatnich minut tego wyobrazić. Para głównych amantów tak bardzo się od siebie różni, że gdy znajdują się w jednym pomieszczeniu, widz może doznać wręcz estetycznego wstrząsu, patrząc na to jak cierpią na swój widok. Jedyne do czego można się w związku z tym czepić, to tak dobry, że wręcz za dobry casting do tej produkcji. Poelvoorde (grający wcześniej w takich filmach jak Nic do oclenia czy Przepis na miłość, a nawet w czymś zatytułowanym Człowiek pogryzł psa) idealnie stapia się z postacią życiowej ofiary, faceta który nie stroni od alkoholu i przypadkowego seksu z wyjątkowo niewyględnymi niewiastami (przyznaje, że idzie mu o ilość, nie o jakość). Patrzenie jak przechadza się w obciachowych koszulkach na ramiączkach, jak odsłania swoje zapuszczone blade ciało porośnięte rudawą szczeciną, a do tego słuchanie jego prostackich komentarzy i rubasznych dowcipasów, to prawie taka sama przyjemność jak podziwianie gry aktorskiej Bradleya Coopera, czyli żadna. Patrick jest tak irytujący i odrzucający jak tylko mógłby być, i zapewne o to właśnie chodziło.

Pomimo początkowo przegranej pozycji, to jednak Poelvoorde wychodzi z aktorskiego pojedynku wygrany, prawdopodobnie dlatego, że ma większe doświadczenie w graniu w komediach. Partnerująca mu Isabelle Huppert, uznawana za jedną z największych francuskich aktorek, także doskonale zespoliła się z graną przez siebie Agatą, ale jej kreacja była bardziej dramatyczna niż komiczna. Francuska Krystyna Janda aż do końca jest sztywna, zarozumiała i spięta, nawet jak próbuje pokazać swobodę i luz. Niby o to chodzi, ale brakuje tego figlarnego błysku w oku, na który w końcu liczymy oglądając komedię.

Oprócz wątku romansowego, Mój najgorszy koszmar ma także bardzo ciekawy wątek obyczajowo-społeczny (wątek walki z opieką społeczną o opiekę nad synem i lepszą edukację dla niego, czy problem z zatrudnieniem i znalezieniem mieszkania przez głównego bohatera). Odkąd obejrzałam Sponsoring Małgorzaty Szumowskiej, zaciekawiłam się ogromnie jak to sobie żyje bogate francuskie mieszczaństwo, a takich obrazków tutaj nie brakuje. Miło tak sobie popatrzeć z jaką klasą i gustem urządzają swoje paryskie kamienice bogacze znad Sekwany, nawet jeżeli to tylko filmowa, zupełnie nierealna wizja. To spora część uroku tej komedii, którego dodaje także dojrzała kobiecość Huppert. Już pomijając jej grę, bardzo przyjemnie się patrzy na piękną kobietę o wyrafinowanym guście, nienagannie zadbaną i ubierającą się tak, jakby chciała zaprezentować sobą kwintesencję paryskiego szyku i nieśmiertelną definicję kobiecości. Podobnie jak większość francuskich filmów, ten także można traktować jak bezcenną lekcję stylu, którą powinny wziąć sobie do serca także również polskie elegantki i fashionistki w średnim wieku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *