Masters of Sex

O tym jak pasjonującym i ożywczym przeżyciem jest oglądanie tego serialu może świadczyć fakt, że cały pierwszy sezon pochłonęłam w niecałe dwa dni. No jak często zdarza się wam coś takiego? Osobiście uwielbiam trafiać na seriale, filmy i książki, które są w stanie całkowicie opanować moją wyobraźnię, a Masters of Sex właśnie do takich produkcji należy. Już wiem co sobie myślicie, ale zapewniam, że wcale nie chodzi o seks. O wiele ciekawsze są osobiste losy głównych i pobocznych bohaterów oraz to jak kompletną, wręcz hipnotyzującą wizję przeszłości stworzyli autorzy serialu.

To co oglądamy dzieje się w USA w latach 60-tych. Wszystko zaczyna się od spotkania sławnego na cały kraj ginekologa leczącego bezpłodność, Williama Mastersa, z trzydziestoletnią rozwódką Virginią Johnson, matką dwojga dzieci i byłą piosenkarką, która zostaje jego asystentką. Okazuje się, że te dwie osobowości tak idealnie się uzupełniają, że dotychczasowe półjawne badania Mastersa nagle ruszają z kopyta i w mgnieniu oka naukowcy mogą przejść od niezręcznie zadawanych pytań do badań na ludziach. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że w tamtych czasach o seksie się nie rozmawiało, a już na pewno się go nie badało. Dlatego też obalanie przez duet Masters i Johnson kolejnych niedorzecznych mitów na temat stosunków płciowych budziło we wszystkich tak wiele gorących emocji. Zbulwersowani lekarze, koledzy Mastersa, są przeciwni wyuzdanym praktykom mającym miejsce w pokoju nr 5. Jednocześnie jednak widzimy, że żyjące w niewiedzy i cierpiące z tego powodu społeczeństwo jest już gotowe na zmiany. Najlepiej świadczy o tym fakt, że ochotników do badań nie brakuje.

Autentyczna historia doktora Mastersa i Virginii Johnson to idealny materiał na serial. Mamy tu wielkie, niemal heroiczne zmagania z przeciwnościami losu i głębokim niezrozumieniem tak ważnej sfery ludzkiego życia. Są małe i duże dramaty precyzyjnie rozpisane na poszczególne sceny, które widz ogląda z zapartym tchem. No i wreszcie jest sam seks. Badania na prostytutkach i gejach, masturbacje i kopulacje, miłość i czysto fizyczne zbliżenia, a to wszystko z towarzystwem elektrod przyczepionych do ciała, wibratora z kamerką zwanego Ulissesem, i dwóch par ciekawskich oczu badaczy za szybką. Naprawdę otrzymujemy tu edukację i rozrywkę na najwyższym poziomie.

Trzeba przyznać, że w swej stylistyce i konstrukcji fabularnej Masters of Sex bardzo przypomina serial Mad Men, ale nie jest to jego słabość, a raczej zaleta. Wszystkiego, co polubiliśmy w starszej produkcji, w nowszej jest po prostu więcej i chyba w lepszym guście. Zamiast reklamy mamy medyczne badania nad prokreacją, zamiast męskiej opowieści, w której kobiety są tylko dekoracją, otrzymujemy narrację wręcz feministyczną, w której kobiety są znacznie ciekawsze niż mężczyźni. Zresztą wyniki badań Mastersa mówią same za siebie: kobieta może osiągać różne rodzaje orgazmów, świetnie radzi sobie przy tym bez mężczyzny, a w dodatku jej seks jest jakościowo lepszy niż męski (na dowód tych tez przygotowano oczywiście odczyty EEG, wykresy, film dokumentalny z wnętrza waginy (w kolorze) oraz zapis filmowy masturbacji głównej bohaterki, czyli pani Johnson). Sądzę, że w wielu wypadkach Masters of Sex może zastąpić edukację seksualną młodych ludzi, szczególnie, że twórcy okazali wiele dyskrecji i taktu w pokazywaniu nagości. Do aktów płciowych dochodzi tu co prawda co 5 minut, lecz nie ma żadnych ujęć dolnych partii ani opisów nie będących ściśle naukowym stwierdzeniem anatomicznych faktów.

Wszystko co napisałam powyżej to bardzo ważne rzeczy, jednak przyznam, że nie dlatego oglądam Masters of Sex. Tak naprawdę to zakochałam się w estetyce serialu, która (podobnie jak Mad Men) wywołuje we mnie nostalgię za lepszymi czasami (jak wiadomo z obecnej perspektywy każdy czas był lepszy niż współczesność). Wszystko jest tu piękne! Szczególnie podoba mi się wystrój wnętrz, a także stroje głównych bohaterów. Styl grającej Virginię Johnson Lizzy Caplan uważam za bezbłędny. Wspaniałe są także kolorowe męskie garnitury, toalety starszych pań, a zwłaszcza suknie żony Mastersa Libby (Caitlin Fitzgerald). Dzięki temu wszystkiemu myślę z czułością o latach 60-tych, gdy jeszcze chciało się ludziom nieco wysilić.

Wspomniane podobieństwo do serialu Mad Men to taki odnośnik, coś, dzięki czemu postaci z Masters of Sex uzyskują większą głębię. No nie dotyczy to może głównego bohatera. Podobnie jak Don Draper , William Masters jest nabzdyczonym pracoholikiem, posiadającym wręcz niezwykłą nieczułość na myśli i odczucia nawet bliskich mu osób. Sympatii widzów nie zyskuje on może przez grającego go aktora, czyli Michaela Sheena. Nie rozumiem jak można było powierzyć główną rolę w produkcji tego kalibru takiemu małemu, brzydkiemu człowieczkowi. Aż mi się wszystko przewraca, gdy widzę sceny bliskości, w których uczestniczy ten nietoperz z odstającymi uszami i trójkątnymi zakolami. Za to jego asystentka wzbudza we mnie tylko pozytywne emocje (ma wdzięk i talent, którego podwładne Drapera mogłyby jej tylko zazdrościć). Muszę przyznać, że prócz niej właściwie także każda inna postać kobieca zasługuje tu na osobną uwagę. Ambitna pani doktor DePaul, pięćdziesięcioletnia żona geja-rektora, czy też chłodna piękność Libby. Każda z nich ma charyzmę, inteligencję oraz wdzięk, ale także każda jest ofiarą swojego układu rozrodczego i zwierzęcych popędów. Powiem szczerze, że te panie (z Virginią na czele) sprawiają, że ich serialowi partnerzy odchodzą na dalszy plan, nie zdolni sprostać kobiecej sile.

3 myśli na temat “Masters of Sex

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *