Morgan

Artur „Kinomaniak” Pietras chwalił i zachęcał to poszłam i muszę przyznać, że nie był to czas stracony. Morgan nie należy może do najwyższej półki kinematografii, ale jest to dynamiczny i wciągający obraz. Sama byłam zaskoczona, że tak się wciągnęłam, a gdy film się skończył poczułam wielkie rozczarowanie, że to już, bo przysięgłabym, że to dopiero połowa. Tu nie ma nudnych momentów, żadnych dłużyzn, tylko napięcie i akcja. Choć wielu widzów, a zwłaszcza krytyków, widzi w Morgan liczne niedociągnięcia i błędy, ja ich nie dostrzegam. Wiem tylko, że produkcja wydała mi się świeża i oryginalna (o co trudno w SF, którego symbolem jest ojciec reżysera Morgan, Luke’a Scotta, Ridley Scott). Może to przez to, że uwielbiam historie o ludzkich hybrydach czy dziecięcych super wojownikach. Ten film to w moim odczuciu całkiem dobre połączenie Ex Machina i Hanna z Saoirse Ronan.

Ryzykowna zabawa DNA

Lee Weathers (Kate Mara) pracuje dla tajemniczej korporacji, dla której ocenia ryzyko prowadzenia konkretnych projektów. Firma wysyła ją na zalesione odludzie, gdzie w starej posiadłości prowadzony jest tajny projekt badawczy. Niestety obiekt, który jest tu od pięciu lat badany, wymknął się nieco spod kontroli, a panna Weathers ma ocenić, czy opłaca się zadanie mimo wszystko kontynuować. Na miejscu zastaje grupkę naukowców, wybitnych specjalistów w dziecinie medycyny i psychologii, oraz ich hybrydową podopieczną. Morgan (Anya Taylor-Joy) ma pięć lat, ale ciało dorosłej osoby. Jest krzyżówką ludzkiego DNA z czymś sztucznym, inteligentnym i agresywnym, a incydent, który teraz trzeba rozważyć pod kontem likwidacji projektu, dotyczył ataku na jedną z jej opiekunek, która wskutek zajścia straciła oko.

Dziewczyna robi mocne wrażenie na Lee Weathers, która stara się zrozumieć nie tylko jej naturę, ale także naturę jej relacji z opiekunami. Morgan najwyraźniej jest nowym rodzajem sztucznej inteligencji, bardziej ludzkim i emocjonalnym, zdolnym do przywiązania i miłości. Niestety, tam gdzie pojawia się ludzka konstrukcja psychiczna, jest też miejsce na dzikie, zabójcze instynkty, które przejmują kontrolę nad tym tajemniczym dziecięco-kosmicznym tworem.

Podczas tego zdumiewająco szybko kończącego się seansu będziemy mieli okazję przyjrzeć się bliżej nie tylko Morgan, ale i zespołowi badaczy, jej opiekunom, którzy mają dla sztucznego tworu z próbówki zdumiewająco wiele ciepłych uczuć. Dr Lui Cheng (Michelle Yeoh) jest w tym układzie matką Morgan, ale to inna para badaczy myśli o sobie jak o jej rodzicach. Wiele przywiązania mają do niej także dr Kathy Grieff (znakomita Jennifer Jason Leigh), nawet pomimo utraty oka, oraz dr Simon Ziegler (Toby Jones), zarządzający całym projektem. Ale to Amy Meuser (Rose Leslie), behawiorystka, jest darzona przez hybrydę najsilniejszymi uczuciami, co ma wiele nieoczekiwanych konsekwencji.

Seria pozytywnych zaskoczeń

Najbardziej chyba podoba mi się w tym filmie to, że nie jest przegadany. Dobrze wymierzono proporcje dialogów do akcji i w przeciwieństwie do większości widzów, ja nie mogę dopatrzeć się rażących błędów w ekspozycji. Może nie jestem tak domyślna jak inni komentujący fabułę Luke’a Scotta, ale uważam, że podpowiedzi były odpowiednio oszczędne, a przy tym sugestywnie wieloznaczne. Kilka razy naprawdę się zdziwiłam, najbardziej chyba tym, że sądziłam iż większość fabuły będzie stanowić pogoń za cudakiem, który uciekł i zabija, jak w Obcym, a tu dostajemy zupełnie coś innego.
Kolejnym zaskoczeniem były intrygujące kreacje aktorskie Kate Mary i Rose Leslie. Mara, niepozorna mała kobietka z mysią twarzą, a sceny walki z jej udziałem naprawdę robią wrażenie. Za to Leslie niczym nie przypomina nieokrzesanej dzikiej z Gry o Tron.

Bardzo przemówiło do mnie to, że ten skromny, dziejący się właściwie w jednym miejscu film SF tak dużo mówi o ludzkiej naturze. Projekt, który z początku nazywany był po prostu ,,it” stał się przez lata dla naukowców ,,she”, a sama Morgan znakomicie wie jak się zachowywać by wzbudzać w opiekunach ludzkie ciepłe uczucia. Uczłowieczanie istot nie będących humanoidami to coś niesamowitego, a film Morgan pokazuje, że przy odpowiednich warunkach, wszystko może stać się obiektem troski i miłości. Obraz Luke’a Scotta składnia mnie do empatycznych rozmyślań na przykład nad kobietami, zajmującymi się lalkami do złudzenia przypominającymi niemowlaki, czy nad mną samą, gadającą z kotami i śpiącą z humorzastym psim jegomościem (który je z nami śniadanie przy stole, choć wiem, że w każdej chwili, niczym filmowa hybryda, może się rozzłościć i ugryźć mnie w paluch/ucho/nos, co mu się wielokrotnie zdarzyło, a mimo tego projekt Psi Rodzice trwa).

Wiem niby, że podobnych filmów było już dużo, ale ten wydaje mi się naprawdę świeży i poruszający.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *