Dziennik panny służącej

Może i nie było sensacji, czy jakiegoś trzęsienia ziemi, ale i tak spędziliśmy kolejny bardzo miły wieczór w szczecińskim Kinie Pionier (przypominamy, że trwa 6. Przegląd Nowego Kina Francuskiego). Dziennik panny służącej w wersji Benoît Jacquota jest bliższy literackiemu oryginałowi niż wersja Buñuela i to mi się bardzo podobało. Niestety temat miał w sobie większy potencjał i ciekawszy przekaz niż udało się to uchwycić i pokazać na ekranie. Podejrzewam też, że osoby które nie odrobiły lekcji i nie przeczytały powieści przed seansem, musiały być poważnie skonfundowane, co do motywacji działań tych niezwykłych i złożonych bohaterów. No, ale przyznam szczerze, że poszłam na ten film głównie ze względu na atrakcje wizualne (a nie psychologiczne) i tych mi w filmie nie zabrakło. To prawdziwa uczta dla oczu!

Paryżanka w prowincjonalnym ogrodzie

Celestyna (Léa Seydoux) jest francuską pokojówką, która na początku XX-go wieku, za pośrednictwem stosownej agencji, dostaje pracę na prowincji. Na początku kręci nosem, a sposób w jaki wybrzydza mówi trochę o jej zagadkowym charakterze (ale nie za wiele), by w końcu przyjąć ofertę. Jej nowi pracodawcy to małżeństwo w średnim wieku, na pozór udane, ale tak naprawdę żyjące praktycznie w nieformalnej separacji. Pani domu (Clotilde Mallet) jest zainteresowana głównie liczeniem każdego grosza i udręczaniem służby, a pan (Herve Pierre) od rana do nocy poluje, robiąc przerwy jedynie na zbałamucenie kolejnych niewinnych dziewcząt z okolicy. Biegając na posługi i opierając się zalotom wszystkich pełnoletnich samców z okolicy, Celestyna wspomina swoją przeszłość, w której nie brak było bardzo pikantnych i osobliwych przygód, które jednak musiały być udziałem większości pokojówek w tamtych czasach. Z letargu zamyślenia coraz częściej wyrywa ją służący Józef (znakomity, bardzo władczy i męski Vincent Lindon). Pokojówka podejrzewa go o brutalny mord, którego dokonano niedawno na małej dziewczynce, co niespodziewanie budzi w niej płomienną rządzę. Gdy zejdą się ścieżki tych dwojga, ich państwo nie będą już mogli być tak zarozumiale beztroscy i bezkarni w swoim domu.

Vincent Lindon (Józef) i Léa Seydoux (Celestyna)
Vincent Lindon (Józef) i Léa Seydoux (Celestyna)

Przyznam, że w równym stopniu co losy bohaterów filmowej opowieści (które już dosyć dobrze znałam) ciekawiły mnie okoliczności przyrody i wnętrza, w jakich się wszystko rozgrywało. Wspomniana już warstwa wizualna jest fantastyczna. Dom, w którym służy Celestyna to piękna, stara i bardzo stylowa pozostałość klasztoru, umiejscowiona pośród zieleni dostojnego, na wpół dzikiego ogrodu. Zabudowania gospodarcze i pomieszczenia dla służby sprawiają wrażenie romantycznych ruin, a pulsująca żywotność kwiatów i drzew w pełni lata podsyca tylko atmosferę zmysłowości i grozy unoszącą się nad buzującą od gniewu i żądzy Celestyną.

Trochę za mało

Wychodząc z kina miałam poczucie niedosytu. Chętnie zobaczyłabym więcej z dawnych przygód Celestyny i ją samą chciałabym lepiej poznać, ale nie dane mi było. Podejrzewam, że dopiero dłuższy, wysokobudżetowy serial oddałby sprawiedliwość złożonemu dziełu Mirbeau. Z powieści wyłania się obraz cynicznej, rozczarowanej życiem kobiety u schyłku młodzieńczych lat, która ucieczki od depresyjnej szarzyzny dnia powszedniego szuka w mrocznym erotyzmie. Celestyna w najnowszym filmie to gniewna dziewucha, zwyczajnie wkurzona na niesprawiedliwość pracodawców, chcąca się na nich jakoś odegrać i tyle. No i oczywiście, choć jest zmysłowo, to jednak nic w porównaniu z tym jak mogłoby być. Czyżby dzieło sprzed 115 lat nadal było zbyt odważne, by bardziej dosłownie i dosadnie przenieść je na ekran? W filmie jest niewiele cielesności. Jest ona bardziej sugerowana (i to niezbyt sugestywnie) niż pokazywana. Jedna scena z plwocinami gruźlika to doprawdy nic w porównaniu z tym co się dzieje w literackim oryginale, więc bardziej ciekawych przygód służącej szelmutki zachęcam do przeczytania powieści Octave’a Marbeau.

Największą atrakcją dla oczu jest oczywiście Léa Seydoux. Aktorka o bardzo intrygującej i oryginalnej urodzie nie jest może skończoną pięknością, lecz ma w filmie takie momenty, gdy jej twarz wydaje się wręcz hipnotyczna, a cała postać tchnie niemal poetyckim pięknem. Duża zasługa w tym fantastycznych kostiumów i charakteryzacji, ale te jej zapuchnięte i bezczelne oczy także robią swoje. No i oczywiście stylizacja wielu ujęć na malarstwo impresjonistyczne! Osobiście bardzo lubię te momenty, w których patrząc na ekran zdaję sobie sprawę, że gdzieś już widziałam taki obraz :) Dla tych pięknych sukien, eleganckich gestów, ciepłego światła w ogrodzie i widoku twarzy Celestyny w półmroku stajni warto wybrać się do kina.

Celestyna w wyobrażeniu Józefa
Celestyna w nowej pracy w wyobrażeniu Józefa

Koniecznie muszę jeszcze podzielić się z wami prawdziwą sensacją Dziennika panny służącej, jaką jest dla mnie kreacja Marianny, kucharki państwa Lanlaire. Marianna jest dość ciężką mentalnie, naiwną i prostoduszną istotą, która, zapewne przez brak choćby cienia fizycznej urody, nie zaznała w życiu zbyt wiele dobroci. Grająca ją Melody Valemberg genialnie wcieliła się w tę postać. Patrząc na nią w tych kilku scenach, w których wystąpiła, naprawdę podziwiałam jej odwagę do odsłonięcia największych fizycznych wad i zrobienia z nich swoich ekranowych atutów. Bardzo mnie wzruszyła, szczególnie gdy opowiadała o dziecku i o podejrzeniu ciąży. Długo nie zapomnę jej potarganych włosów, ciastowatych ramion i obłąkanego wzroku chorego zwierzęcia. Siedząc obok Celestyny, eleganckiego uosobienia ideału urody z przełomu wieków, była wręcz jej przeciwieństwem, ale o wiele prawdziwszym i okazującym emocje, które widz mógł zrozumieć i naprawdę jej współczuć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *