Maria Skłodowska-Curie

W tym roku obchodzimy sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin Marii Skłodowskiej-Curie, a poświęcony jej film wyreżyserowany przez Marie Noelle to idealny sposób na uczczenie pamięci dwukrotnej zdobywczyni Nagrody Nobla. Mało jest kobiet zarówno tak zasłużonych dla swojego kraju, jak również dla światowej nauki i z pewnością, i właśnie dlatego warto wybrać się do kina, zwłaszcza, że z ekranu spogląda na nas nie tylko sroga i wymagająca pani naukowiec, ale też i kochająca żona oraz matka. Jej burzliwe życie uczuciowe było przecież równie pasjonując co jej kariera zawodowa. Seans z Marią Skłodowską-Curie to także znakomity sposób na uczczenie przypadającego w tym tygodniu Dnia Kobiet. Nasza bohaterka uchodzić może za wzór kobiety niezależnej, wykształconej, samodzielnej, której przy wszystkich naukowych zasługach nie zbywało na uroku osobistym i zmysłowości oraz na miłości do członków najbliższej rodziny. Normalnie kobieta spełniona. Czuję się jej postacią na nowo zainspirowana.

Biografia uczuciowa

Wbrew temu, czego moglibyśmy się spodziewać po zapowiedziach, nie jest to typowy film biograficzny. Marie Noelle skupia się tu bowiem więcej na wewnętrznym życiu głównej postaci niż na jej obliczeniach czy pracy w laboratorium. Akcja rozpięta jest pomiędzy odbiorem pierwszej i drugiej nagrody w Sztokholmie. Są to zarówno najszczęśliwsze, jak i najbardziej tragiczne lata w życiu Marie Skłodowskiej-Curie (Karolina Gruszka). Odkrycie radioaktywności daje jej i Pierrowi Curie (Charles Berling) szansę na niesienie pomocy niezliczonym ilościom chorych ludzi, a ta swoista życiowa misja nie zanika nawet po niespodziewanej śmierci męża noblistki, która traktuje pracę dla dobra ludzkości i nauki jako sposób na walkę z żalem i samotnością. Zresztą nie tylko z tym przychodzi jej walczyć. Na każdym kroku Skłodowska-Curie spotyka się z uprzedzeniami, niechęcią, a nawet z nienawiścią, bo to wciąż czasy, gdy wykształcone, wybitne kobiety nie cieszyły się sympatią ogółu. Nie łatwiej jest jej też jeśli chodzi o nowy związek. Konwenanse każą Francuzom potępić jej romans z żonatym kolegą po fachu, Paulem Langevinem (Arieh Worthalter), a nawet czynią na jakiś czas z życia jej najbliższych prawdziwe piekło. Jako widzka byłam pełna podziwu dla tej kobiety, która pomimo osobistych zawirowań, nadal nie traciła z oczu swego głównego celu, czyli okiełznania radioaktywności dla dobra ludzkości.

Niestety, wielkim minusem tego filmu jest to, że wszystkiego co napisałam powyżej można się momentami tylko domyślać. Jeżeli ktoś nie zna dość dobrze biografii noblistki, może się poczuć w kinie nieco zagubiony. Pani reżyser skupia się nie na faktach i datach, a raczej na pejzażu wewnętrznym i impresjach związanych z piękna, mądrą i upartą Marią, co to żadnego skandalu się nie boi.

Tytanka

Przed filmem poczytałam sobie nieco o tej wybitnej Polce, dlatego też brak wewnętrznej spójności filmu nie przeszkadzał mi za bardzo. Przyznam, że z prawdziwą przyjemnością patrzyłam na przepiękne zdjęcia Michała Englerta, dzięki którym ten obraz to poezja dla oczu (a już Maria w kąpieli wygląda jakby żywcem wyszła z obrazu Degasa). Dzięki tym rozmazanym, stylowym, słonecznym ujęciom i dzięki subtelnej i zmysłowej grze Karoliny Gruszki, główna bohaterka nie jest wcale szczurem laboratoryjnym, jak ją w pewnym momencie nazywa żona jej kochanka, a staje się raczej heroiną wielkiego romansu, o którym mówi się nawet półtora wieku po jej narodzinach. Niektórym może to przeszkadzać, mogą twierdzić, że ta słodycz i zmysłowość przysłaniają naukowe dokonania noblistki, ale mnie osobiście podoba się takie ujęcie. Zupełnie inną sprawą jest to, że gdyby był to film poświęcony wielkiemu nobliście, to nikt by się nie dziwił, że ma do tego chłopina jeszcze jakieś uczucia, że nie uschło mu wszystko w środku od laboratoryjnych wyziewów czy od pracy po nocach.

Wyszłam z kina dosłownie przepełniona mocą i wiarą w to, że wszystko się może udać, jeśli tylko będę, tak jak bohaterka filmu, gotowa na to, by poświęcić wszystko i zaharować się niemal na śmierć. Bardzo pokrzepiające:) Oprócz fragmentów ukazujących kobiecą kobietę, są też znakomite sceny pokazujące geniusza przy pracy, szkoda tylko, że jest ich tak mało. Maria w laboratoryjnym fartuchu, zapatrzona w lejki, pipety i świecącą zawartość próbówek i słoików, jest w przecudownym stanie przepływu, nie widząc niczego poza swoją pracą. Tej pasji i żaru wszystkie możemy jej zazdrościć. W swych zmaganiach jest prawdziwą tytanką. Muszę też przyznać, że choć może nie jest to film wybitny, to jednak pani reżyser udało się zgrabnie pokazać, że inteligencja może być seksowna. A że genialna Polka była zapewne najinteligentniejszą kobietą swego pokolenia, to i życie uczuciowe miała intensywniejsze (choć dziś aż tak by to nas zapewne nie obeszło). Jest dużo ciepła w scenach z Pierrem i Paulem, ale to rozmowy z Albertem Einsteinem mają w sobie najwięcej uroku, a Maria podczas rozmów z nim najmocniej promienieje. Dobrze uchwycono też coś, co się od wieku nie zmieniło, czyli męski szowinizm i społeczne uprzedzenia względem kobiet, których upostaciowieniem jest Daniel Olbrychski grający Emila Amagata. W młodości grający amantów, w dojrzałych latach znalazł pan Olbrychski swoją nisze w graniu czarnych charakterów i naprawdę mu to wychodzi.

One thought on “Maria Skłodowska-Curie

  • Marzec 23, 2018 at 9:51 pm
    Permalink

    Świetna, trafna i nie pozbawiona humoru recenzja. Miło się czyta.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *