Marek Krajewski, Arena szczurów (audiobook czytany przez Dariusza Bereskiego)

Co prawda jakiś czas temu obiecałam sobie, że odpuszczę lekturę kolejnych dzieł pana Krajewskiego, ale po namyśle uznałam, że skoro dałam radę prawie całemu cyklowi o Popielskim, to niemądrze by było nie zapoznać się z częścią wieńczącą dzieło. Jestem naprawdę wdzięczna Audiotece i Dariuszowi Bereskiemu, lektorowi czytającemu powieść, za to, że mogłam tego wysłuchać w samochodzie, bez straty cennego czasu w domu. Przy nagrywaniu stała się rzecz niezwykła, bo jakoś udało się podkreślić, a nawet dość karykaturalnie wyolbrzymić, te wszystkie cechy pisarstwa Krajewskiego, za które jest on zarówno nienawidzony, jak i kochany przez czytelników. O tym jak bardzo pan Bereski wczuł się w rolę, jak snobistyczny ton przyjmuje i jak potrafi nasączyć każde swoje słowo pretensjonalnością i samozadowoleniem, może świadczyć to, że niemal do końca audiobooka byłam przekonana o tym, iż to sam autor czyta swoje dzieło (co już przecież miało miejsce).

Szczurzy gladiator

Zaczynamy w czasach współczesnych (choć bez tych ram narracyjnych naprawę kryminały nic by nie straciły), kiedy to Wacław Remus, syn Edwarda Popielskiego (podobnie łysy i zakochany w kulturze antycznej) wpada na kolejny trop z przeszłości swego ojca. Dostaje dziennik byłego policjanta, opisujący makabryczne wydarzenia, jakie miały miejsce w 1948 roku w Darłowie, do którego przybył lwowski stróż prawa po zakończeniu wojny. Ukrywający się pod nazwiskiem Hrebecki, Popielski próbuje wieść spokojne życie jako nauczyciel łaciny i matematyki. Niestety, ze względu na to, że miasto pełne jest czerwonoarmistów i agentów UB, a każdy z mieszkańców jest w jakimś stopniu dotknięty wojenną traumą, spokój i normalność nie mają tu czego szukać.

Letnie miesiące roku 1948 zakłóca seria tajemniczych ataków na młode kobiety, których dokonuje jakaś podobna do diabła, śmierdząca, krwiożercza bestia, zarażająca pogryzione przez siebie ofiary śmiercionośnym patogenem. Edward Popielski, jako były detektyw i specjalista od spraw rozmaitych, czuje się w obowiązku wytropić to mroczne monstrum, sam jednak przy tym nie zauważa zastawionej na siebie pułapki. Nim się obejrzymy, nasz dzielny mistrz logiki i matematyki trafia do darłowskich podziemi, gdzie, dla rozrywki rosyjskich oficerów, ma toczyć jeden morderczy pojedynek za drugim. Do jego przeciwników zaliczać się będą nie tylko istoty na dwóch, ale także na czterech nogach, i zapewniam, że szybko pożałujecie, że tytuł nie jest żadną subtelną metaforą, lecz dokładnie oddaje główne miejsce akcji tej powieści.

Nic to, że Popielski jest już leciwym panem, zajmującym się głównie intelektualnymi zmaganiami i własną garderobą. Nic, że wróg jest młodszy i silniejszy (w przypadku ludzkim) lub znacznie liczniejszy (w przypadku szczurzym). Od początku do końca i tak nie mamy wątpliwości kto wygra każde starcie na arenie szczurów. W tym względzie nadal żadnych niespodzianek.

Szczury i Rosjanie to najmniejszy problem

Krajewski, w ostatnim (jak obiecuje i mam nadzieję, że słowa dotrzyma) kryminale poświęconym Popielskiemu, epatuje szczególnie okrutną, paskudną, wręcz sadystyczną przemocą, ale słuchając tego nagromadzenia obrzydliwości ma się wrażenie, że mają one tylko maskować miałkość prozy i brak pomysłów autora. Najgorzej jest w momentach, w których nagromadzenie smrodu, śluzu, brudu, krwi, ciemności i moralnego upodlenia jest tak wielkie, że robi się to wszystko wręcz karykaturalnie śmieszne. To zapewne był zamierzony efekt, ale Krajewski stworzył perfekcyjną karykaturę swego własnego stylu. Nie wiem, czemu to miało służyć, ale jedno jest pewne: po tej lekturze już nie spojrzycie na konserwy rybne z apetytem.

Jeśli chodzi o najpaskudniejsze fragmenty powieści (wyjątkowo soczyście przeczytane przez lektora) to należą do nich zdecydowanie odnoszące się do naszych pierwotnych lęków opisy szczurzej agresji na człowieku (choć mój pierwotny lęk raczej dotyczył tego, że człowiek robi krzywdę przerażonym zwierzętom) oraz tego wszystkiego, co wyrabiają w Darłowie przebrzydli Rosjanie. Tych paskudnych zbrodniarzy w mundurach i ich mściwych szpicli, nasz dzielny detektyw (jak również prawdopodobnie sam autor) zdaje się nienawidzić bardziej niż osób źle ubranych, mających pospolite rysy twarzy czy niepoprawnie się wysławiających (łapię się do wszystkich trzech kategorii i prawdopodobnie dlatego nie lubię Popielskiego, wiem, że nawet by mi ręki nie podał ni zaszczycił przyjaznym spojrzeniem).

Jeśli jeszcze jakimś cudem nie przeczytaliście lub nie przesłuchaliście Areny szczurów, zapewne ze względu na silny wstręt do tych uroczych małych gryzoni (lub do ludzkiego gryzonia, mordercy-śmierdziucha z Darłowa) to zapewniam, że nie jest to najgorsze z czym się w tej powieści zetkniecie. Najbardziej repulsywny, wzbudzający jednocześnie wrogość i politowanie, jest styl, w jakim o sobie samym pisze Popielski w relacji czytanej przez jego syna. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ten pretensjonalny, napuszony, wymuskany typ, ten mistrz szachowy, detektyw, łacinnik i matematyk w jednej osobie, jednym słowem wszechmocny tytan intelektu, brzydzi się każdym przedstawicielem gatunku ludzkiego, który nie jest do niego bliźniaczo podobny (czyli tylko Mock zostaje).

One thought on “Marek Krajewski, Arena szczurów (audiobook czytany przez Dariusza Bereskiego)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *