Kuba Wojtaszczyk, Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć

Zachęcona tytułem i rekomendacją Jakuba Żulczyka, rzuciłam się na tę książkę w nadziei na poznanie bohaterów podzielających choć w części moje doświadczenia życiowe. Nie rozczarowałam się, a nawet pozytywnie zaskoczyłam. Opowieść o tym, jak to grupa poznańskich studentów i absolwentów kierunków humanistycznych, pozbawiona zarobkowych perspektyw i skazana na bylejakość w świecie pracy na zlecenie i braku ubezpieczeń zdrowotnych, w akcie desperacji buduje barykady i wszczyna zamieszki, to przesadzony, ale jednak oddający prawdę portret współczesnej Polski. Jestem pewna, że w tempie ekspresowym powieść Kuby Wojtaszczyka stanie się kultowa w kręgach dwudziestokilku i trzydziestoletnich prekariuszy, którzy zastanawiają się co dzień, czy jeszcze wegetować w polskiej bylejakości, czy już czas pakować manatki i wyjeżdżać na Zachód. Zastanawiacie się zapewne, co ja mogę wiedzieć na ten temat, że książkę tak gorąco polecam. Cóż… Czy jestem prekariuszką? Jak najbardziej. Czy skończyłam studia humanistyczne? Pewnie, że tak. Czy jestem z Poznania? Gorzej, mieszkam w Szczecinie:) dawno już nie miałam tak silnego poczucia, że dostałam opowieść dokładnie o mnie.

Hipsterzy, prekariusze i chomiki

Wszystko zaczyna się od zwierzęcej tragedii, o której poznaniaków informuje Głos Wielkpolski. W piwnicach budynku należącego do Akademii Sztuk Pięknych znaleziono małe trumienki z pleksi. Nie było w nich dzieci, jak można by podejrzewać, znając polskie realia, a trumien w piwnicy nie umieściła zdesperowana matka. Niestety, sprawa jest mimo tego dość szokująca. Oto sfrustrowany absolwent uczelni, nie mogąc znaleźć godnego i stałego zatrudnienia, postanowił zaistnieć w świecie sztuki dzięki skandalowi. Artysta umieścił w pleksi dziesiątki chomików, skazując je na straszną śmierć. Początkiem powieści jest reakcja na te szokujące wieści czwórki współlokatorów, zamieszkujących starą kamienicę w centrum Poznania.

Witold, właściciel mieszkania, jest osobą ewidentnie zaburzoną psychicznie, ale w bardzo ciekawy sposób. Wydaje mu się, że w dzieciństwie został podrzucony polskim rolnikom przez swoich prawdziwych rodziców, czyli brytyjską parę książęcą (w domyśle Dianę i Karola). Nasz zaburzony dandys, noszący się z przedwojenną elegancją i epatujący nienagannymi manierami oraz błękitno krwistą wyższością nad pospólstwem, spędza dni na rozmowach z nieistniejącymi przyjaciółmi i służbą oraz na wyklejaniu pamiątkowych albumów ze swoją prawdziwą, brytyjską rodziną. Z musu Witold wynajmuje pokoje w swoim mieszkaniu ,,typowym” polskim hipsterom przed trzydziestką. Weronika jest w połowie pisania doktoratu na poznańskiej polonistyce, a Adam i Evan otworzyli razem awangardową kwiaciarnię i nazwali ją Angielską Różą. Choć pozornie znacznie zdrowsi na umyśle od Witolda, też mają silne zaburzenia percepcji rzeczywistości, a raczej odkształcają ją tak jak każdy z nas, by móc jakoś zaakceptować świat, w którym przyszło im żyć. Nie jest lekko, ale jakoś dają radę, oczywiście do czasu. Gdy pewna pani profesor nie stawi się na umówione spotkanie, gdy zginie hipster-kwiaciarz, a afera z chomikami zacznie zataczać coraz szersze kręgi, młodzi ludzie bez perspektyw pomaszerują na barykady (nie zdziwcie się, jeśli w głwowie zaczną wam się przewijać kadry i motywu muzyczne z Nędzników).

W głowach się tym młodym poprzewracało

Z czego rodzi się bunt książkowych bohaterów? Z rozczarowania rzeczywistością, która w niczym nie przypomina amerykańskiego serialu, jakby z pewnością odpowiedzieli czytelnicy w wieku naszych rodziców, czyli heteronormatywni 50 plus, którzy całe życie przepracowali na etacie, liczą teraz lata pozostałe do emerytury i zrzędzą na to, że ich dzieci to by chciały mieć wszystko od razu i na tacy podane. Wojtaszczyk dba o to, by wszystkim (i starym, i młodym) dostało się po równo. Wyśmiewani są hipsterzy w słynnych spodniach rurkach, markowych T-shirtach i koniecznie z wypielęgnowaną brodą. Drwaloseksuwalni kwiaciarze są tak samo żałośni jak Weronika w swoich kieckach z lumpeksu i tęczowym spojrzeniem na świat. Po drugiej stronie mamy dziennikarzy Głosu Wielkopolskiego, piejących hymny pochwalne na rzecz policji i władz miasta, szeregowych stróżów prawa i porządku w mieście oraz profesorów, czyli tych wszystkich, którzy zostali przez Boga i poprzedni ustrój pobłogosławieni pracą nisko płatną, ale stałą i w wyuczonym zawodzie i którzy zgodnie twierdzą, że ci młodzi to jakieś fiksum-dyrdum.

Będąc polonistką bez perspektyw, za to z frankowym kredytem na mieszkanie w starej kamienicy, chętniej staję po stronie Weroniki, choć sama nie pomaszerowałabym na swoją uczelnię w akcie protestu. Choć naprawdę złości mnie sytuacja humanistów w tym kraju, nie uważam, by to profesorowie byli odpowiedzialni za to, że za dużo nas się na studia przyjmuje, a potem nie ma co z tymi pracowniczymi nadwyżkami zrobić. Trudno mieć też pretensje do władz miasta, nie żeby to nie była ich wina, ale zwyczajnie sądzę, że siedzą w tych wszystkich radach i komitetach samolubne, dziwne jednostki, które nie wiedzą co czynią, czego efektem są coraz droższe i oryginalniejsze inwestycje w przestrzeni miejskiej (widzieliście szczecińską Frygę?:). Odpowiedzialność się rozmywa, a na młodym prekariacie kraj za daleko nie ujedzie, a przynajmniej taką mam nadzieję. Naprawdę liczę na rychłą epicką katastrofę.

Kuba Wojtaszczyk napisał swoją książkę trzy lata temu i zapewne nie mógł przewidzieć kolejnych kuriozalnych zwrotów akcji. Już mi się marzy druga część Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć, równie fantazyjna, ironiczna, zjadliwa i trafiająca w punkt, w której bezrobotni lub zatrudnieni na śmieciówkach bohaterowie są zachęcani przez władze miasta i państwa do radosnego namnażania się. 500 zł starczy akurat na nowy model trampek czy parę markowych wąskich spodni. Mogłaby nawet dołączyć do obsady osoba taka jak ja, zgorzkniała do reszty, zdołowana tą beznadzieją, która popiera eugeniczne dążenia lorda Witolda. Jest nas za dużo, nasz kraj nie ma co zrobić z tymi ludźmi, którzy już tu są, więc po co mamy produkować nowych bezrobotnych. Do fabuły pasowałby także spisek bogatych krajów europejskich, którzy zmawiają się z naszymi uczelniami produkującymi tanią siłę roboczą dla Zachodu.

Tutaj może zakończę moje rozważania, bo jak widzicie, ta pasjonująca książka wywołała we mnie lawinę negatywnych emocji. Mimo wszystko radzę przeczytać. Jak kogoś to nie dotyczy, to może się nawet uśmieje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *