Elisa Albert, Od urodzenia

Dla wielu czytelniczek ta książka to prawdziwe objawienie, a autorka jest jedną z niewielu kobiet, które mówią prawdę o porodzie i macierzyństwie. Więcej jest jednak chyba przeciwniczek pokazywania ciemnej strony mocy, demonizowania opieki nad noworodkiem i zabiegów współczesnej medycyny towarzyszących przyjściu nowego człowieka na świat. Osobiście należę raczej do zwolenniczek pisarstwa Elisy Albert i choć nie odpowiada mi to, w jaki sposób każdemu wydarzeniu w życiu jej bohaterki towarzyszy feministyczna interpretacja, to z całą resztą zgadzam się tak bardzo, jak tylko może osoba nie posiadająca swojego biologicznego potomstwa. Jeśli jesteście kobietami, które cierpiały na depresję poporodową, którym lekarze od młodości wciskali hormony i zachęcali do cesarskiego cięcia, choć nie było medycznych przeciwwskazań do naturalnego porodu, lub choćby, tak jak ja, nie możecie sobie przypomnieć, czy w ogóle ktokolwiek w waszym otoczeniu rodził ostatnio siłami natury, to zdecydowanie Od urodzenia może was zainteresować.

Bezludna wyspa macierzyństwa

Książka ma formę pamiętnika z trzech miesięcy życia Ari, feministki, doktorantki, żony starszego do siebie profesora i matki rocznego Walkera. Tak się niefortunnie złożyło, że Ari po urodzeniu dziecka została z nim kompletnie sama. Ze względu na niedawną przeprowadzkę do małego uniwersyteckiego miasteczka i zupełny brak pokrewnych żeńskich dusz w okolicy, musiała sama poznawać instrukcję obsługi dziecka i to głównie na własnych błędach. Zdecydowanie nie jest to opowieść o tym, jaką to wspaniałą przygodą jest macierzyństwo, nie ma tu jednorożców, tęcz i westchnień zachwytu, do jakich przywykliśmy u młodych mam. Choć nasza bohaterka kocha swojego ,,orzeszka”, to jednak samotność, depresja i szalejące hormony, a do tego poczucie bycia okaleczoną niepotrzebną cesarką, sprawiają, że opieka nad chłopcem staje się najboleśniejszą próbą w jej życiu.

Konieczność wyrzeczenia się siebie, rezygnacja nie tylko z aspiracji zawodowych (niedokończony doktorat czeka), ale i z takich prozaicznych życiowych przyjemności jak sen, higiena osobista czy czas na posiłki, doprowadzają Ari na skraj załamania. Wraz z nią zaczynamy dokonywać szczegółowego rozrachunku wszystkich spraw, które doprowadziły do tego, że czuje się z macierzyństwem aż tak paskudnie. Ari rozlicza się ze wszystkich intensywnych kobiecych przyjaźni, z relacji ze zbyt wcześnie zmarłą matką oraz ze związków z mężczyznami. Jej rozważania stają się naprawdę interesujące tam, gdzie uczucia i wyobraźnia spotykają się z medycznymi faktami i to dotyczącymi nie tylko jej samej, ale także jej babci (ocalałej z holocaustu Żydówki) i matki. Okazuje się, że cudowny lek na płodność, jaki brała babka, wpłynął nie tylko na nią, lecz także spowodował śmierć jej córki, a teraz wnuczka także musi się badać, bo rak tylko czeka (rak czyha wszędzie tam, gdzie majstruje się przy hormonach). Dowiadujemy się także, jak bardzo postępowi ginekolodzy, zajmujący się nastoletnimi dziewczynkami, lubią mieć wszystko pod kontrolą, na przykład dzięki przepisywaniu hormonalnej antykoncepcji na trądzik, od razu w zestawie z antydepresantami (majstrowanie przy hormonach płciowych to nie tylko gwarancja bezpłodności i raka, ale także depresji). A gdy wreszcie nadszedł dla Ari czas na macierzyństwo, medycy także nie mogli zostawić spraw naturze, lecz przekonali zastraszoną kobietę do tego, że cesarka jest najlepszym wyjściem. O lekach na pozbycie się laktacji i o wychwalaniu sztucznych mieszanek zamiast mleka matki, już wam pisać nie będę, bo to niczym nie różni się od tego, co wyprawiają też polscy lekarze. No może z tą różnicą, że w Polsce cesarskie cięcie jest chyba jeszcze bardziej powszechne (dziwi mnie bardzo, że nikt nie mówi o tym, jak jest ono szkodliwe dla matki i dziecka).

Powrót do natury

Wyjściem z dramatycznie depresyjnego stanu jest dla Ari zaprzyjaźnienie się z inną kobietą w podobnej sytuacji. Nagle okazuje się, że opieka nad dzieckiem jest całkiem przyjemna, gdy ma się w otoczeniu inną kobietę, z którą można dzielić obowiązki i od której można się czegoś nauczyć. Powrót do naturalnych metod zdaje się bardzo służyć i dzieciom, i ich matkom, które wpadają na przykład na tak genialny pomysł, jak zamiana maluchów podczas karmienia. Precz z laktatorami, sztucznymi odżywkami, lekami i innymi bzdurami. Myślą przewodnią tej opowieści jest to, że gdybyśmy robili z naszymi ciałami to, do czego są stworzone, nie byłoby z macierzyństwem aż tylu problemów.

Od urodzenia to książka, która zmusza nas do spojrzenia na wiele spraw z zupełnie nowej, bardziej trzeźwej i logicznej, perspektywy. Odkąd skończyłam lekturę, cały czas zastanawiam się nad tym, dlaczego nasza kultura jest taka zakłamana? Dlaczego oczekuje się od kobiet ukrywania, że ich macice służą do rodzenia dzieci (a nie do rozcinania przez chirurgów), a ich sutki do karmienia mlekiem? Dlaczego młodym kobietom wtłacza się do głów, że odżywki wypreparowane z pełnego hormonów krowiego mleka są tak samo dobre jak pokarm rodzicielki, a cesarka jest tak samo naturalna jak poród tylko bezpieczniejsza? Odpowiedzią są oczywiście pieniądze, bo przecież te wszystkie leki, zabiegi, krowia karma dla bobasów i masy niepotrzebnego badziewia jakie się wciska młodym matkom, nie są za darmo.

Nie dziwi mnie zupełnie to, że wielu mamusiom nie podoba się Od urodzenia, bo gdyby było inaczej, musiałyby same przed sobą przyznać, że coś jest z nimi nie tak, a takiej porażki życiowego projektu o kryptonimie macierzyństwo przecież by nie zniosły. Lepiej nadal faszerować się prochami, wtłaczać w maluchy pokarm dla cieląt i wrzucać do neta fotki niemowlaków przebranych za kwiaty, niż przyznać, że współczesne, często samotne i skomercjalizowane macierzyństwo, nie ma za wiele wspólnego z tym, jak natura te sprawy zaprogramowała.

A zresztą, co ja mogę na ten temat wiedzieć? Przecież się nie znam, bo jestem tylko psią i kocią mamą:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *