Łukasz Orbitowski, Inna dusza

Jutro Dzień Ojca i z tej okazji powieść szczególna, w której tatusiom poświęca się wiele miejsca. Zastanawialiście się kiedyś jak to jest z tymi świętami, że przecież Dzień Matki jest tradycyjnie polski i odnosi się bezpośrednio do mitu Matki Polki, a obchodzony nad Wisłą od kilku lat i zapożyczony z Zachodu Dzień Ojca jakiś taki nadal obcy i do polskości niepasujący? Ja się zastanawiałam do wczoraj, ale po lekturze Innej duszy wszystko mi się w głowie na ten temat wyklarowało. Czytając o przygodach nastolatków, jednego z rodziny uchodzącej niemal za wzorcową, a drugiego z tzw. patologii, doszłam do wniosku, że święto polskich męskich rodzicieli to byłby jakiś okrutny żart. Łukasz Orbitowski kreśli różne warianty tego, co można uznać za stereotyp polskiego ojca i jego wyobrażenia doskonale zlewają się z moimi. Kto chciałby bowiem obchodzić dzień sztywnego, zasadniczego, zimnego jak lód mądrali, znającego się na wszystkim, lub tym bardziej alkoholika pijącego po bramach i rujnującego psychicznie i fizycznie swoją rodzinę? Trzecim stereotypem ojca Polaka, który mi przychodzi do głowy, jest ojciec-alimenciarz, uchylający się przed wspieraniem finansowo rodziny po rozwodzie. Wiem, że trochę to smutne, bo w końcu są też w narodzie porządne Janusze, a w młodszym pokoleniu też i tatusiowie na modłę całkiem zachodnią, ale jednak tatuś-sztywniak i tatuś-pijak przeważają, przynajmniej w mojej wyobraźni.

A taki był z niego dobry chłopak

Inna dusza to opowieść, która rozpoczyna się od tego, że narrator odwiedza kolegę Jędrka w więzieniu. Jest rok 2013 i z kontekstu wynika, że osadzony spędził w więzieniu już sporo lat. Nie dowiemy się jednak szczegółów związanych z jego osadzeniem, póki nie cofniemy się wraz z naszym narratorem do ich pierwszego spotkania w 1995 roku. Jędrek, Krzysiek i Darek to chłopaki na progu dorosłości, którzy w erze społeczno-politycznych przemian dorastają na jednym z bydgoskich osiedli (klimat mroczny niczym z Ciemno, prawie noc Joanny Bator). Nie jest tu ani miło, ani przyjemnie, a pijaństwo, bieda i beznadzieja są jeszcze bardziej widoczne przez kontrast z napływającymi zewsząd powiewami zachodniego świata. Dzieciaki w tym czasie marzyły o grach komputerowych, adidasach i przygodach jak z filmów oglądanych na pirackich kasetach, a nasza trójka nie stanowiła pod tym względem wyjątku. Choć mieszkają na tym samym osiedlu, są od siebie bardzo różni. Kończący właśnie podstawówkę Krzysiek (narrator tej opowieści) to spokojny, grzeczny dzieciak, normalny jakby na przekór pijącemu do nieprzytomności ojcu. Darek jest łagodny, miękki i zniewieściały, ale też bardzo ogarnięty finansowo (ma rozmaite dodatkowe zajęcia). Stara się ze swą dziewczyńską powierzchownością walczyć pakując na osiedlowej siłowni, choć niestety prawdziwych wyników się nie doczeka. Kuzyn Darka, Jędrek, to jednostka niezwykła. Przystojny, inteligentny i wygadany syn pana geodety, ku zdumieniu wszystkich, wybrał naukę w zawodówce i profesję cukiernika, zamiast kroczyć śladami ojca. Gdy trzej koledzy wybiorą się pewnego razu na przejażdżkę rowerową, w czasie której trzy kociaki stracą życie z ręki cukierniczego geniusza, już wiemy, że coś jest z tym chłopakiem bardzo nie tego. W Jędrku, tym młodzieńcu, który lubi pomagać w domowych porządkach i gotować obiady, budzi się tytułowa inna dusza.

Nawet po tym jak Jędrek zabija Darka, a jego życie zamienia się we współczesną wersję Zbrodni i kary, autor nie daje nam prostej odpowiedzi na pytanie o przyczynę tego zła. Sam morderca, zapytany o to, kto mógłby zabić i dlaczego, odpowiada Krzyśkowi:

– Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. – Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już.”

Czytając tę wnikliwą narrację, sięgającą w głąb dusz głównych bohaterów, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to jednak nie przypadek, a wychowanie w takich a nie innych domach, sprawiło, że coś się w ich głowach zadziało. Kwestią przypadku jest tylko to, że jeden stał się mordercą, a drugi nie zdążył, a też (choć symbolicznie) był gotów mieć krew ludzką na rękach.

Tatusiowe

Właśnie tej zdrobniałej formy używają Krzysiek z Jędrkiem w rozmowach z ojcami i przyznam, że na początku było to dla mnie dość rozczulające. Szybko jednak się zorientowałam, że ta forma często nie miała nic wspólnego z rzeczywistą temperaturą rodzinnych relacji. Orbitowski bardzo sprytnie odwraca tradycyjny schemat, z którego wynikać powinno, że to z domu patologicznego, w którym ojciec pije, bije i trzeźwieje, powinien wyjść morderca, tymczasem to pod nosem pana geodety, słuchającego muzyki poważnej do obiadu, dojrzewa morderczy geniusz, prawdziwy Dexter znad Brdy. Przyznać jednak muszę, że osobiście spoglądam bardziej podejrzanie na ludzi z tzw. dobrych domów, z gatunku tych, o których potem sąsiadki w wiadomościach mówią, że ,,taki był grzeczny i zawsze się witał na klatce”, niż na dzieciaki, po których od razu widać, że ojciec pije.

W tym, z jaką sumiennością Jędrek przestrzega domowego grafiku sprzątania, w budzących mdłości monologach jego zadufanego w sobie ojca, jest coś mrocznego, co skłania od razu do myśli o zbrodni. U Krzyśka było paskudnie, ale wszystko było jakby na wierzchu no i mamusia bardziej empatyczna, pomimo staczania się w depresję. Jędrek żyje za to na emocjonalnej pustyni. Może nie odbierałabym tego w ten sposób, gdyby nie fantastycznie mocny film Czerwony pająk, opowiadający poniekąd podobną historię chłopaka z dobrego domu, któremu coś w głowie nagle się przestawiło.

Oczywiście, ani jeden, ani drugi tatuś nie budzi mojej sympatii, ale gdybym miała wybierać, mój wybór mimo wszystko padłby na tyrana-alkoholika mającego też czasem lepsze dni. Pan Ryszard, ojciec Jędrka nie ma podobnych przebłysków wolności od bycia sztywnym, drewnianym pajacem, a w dodatku zachowuje się tak, jakby od początku wiedział co ma w głowie jego latorośl, tylko nie za bardzo go to obchodziło. Tatuś-pijak ma za to wiele momentów budzących uśmiech (też politowania), to w końcu prawdziwy gawędziarz, znawca Kena Folletta i zbieracz znaczków z Adolfem Hitlerem. Jako czytelniczka mam dla niego bardzo dużo wyrozumiałości, gdyż, podobnie jak Bydgoszcz (miasto jakich wiele, także jak to, w którym się wychowałam) z lat 90-tych, jak te wszystkie piosenki nadające ton poszczególnym rozdziałom i jak elementy nowej kultury konsumpcyjnej zalewające polską rzeczywistość, jest elementem minionego krajobrazu, za którym, chociaż brzydki i zły, można poczuć obecnie pewną nostalgię, szczególnie jeśli, jak ja, też jest się dzieckiem tamtego czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *