Michał Witkowski, Fynf und cfancyś

O ile Lubiewo było Michała Witkowskiego wielką pochwałą polskości (i to tej bezpowrotnie utraconej, o nostalgicznym zapaszku PRL), o tyle jego nowa książka jest już zwrotem w kierunku „zachodniości”, tego magicznego świata za zachodnią granicą, który w początku lat dziewięćdziesiątych stał się dla nas niebezpiecznie dostępny. Baśniowe cudowności i bogactwa prezentowane są tu przez pryzmat bardzo specyficznej profesji, męskiej prostytucji, co niektórych może szokować, jednak zapewniam, że nawet jeśli kogoś nie interesuje i nie bawi homoseksualny seks w najróżniejszych wydaniach, powinien się z powieścią Witkowskiego zapoznać. Znajdziecie tu bardzo gorzką diagnozę naszej ówczesnej, ale i obecnej, sytuacji ekonomiczno-kulturalnej w makro i mikro skali.

Praca jak każda inna

Ta opowieść ma dwóch bohaterów, których już znamy z Lubiewa: pierwszym jest szesnastoletnia Dianka, czyli Milan z Bratysławy, który uciekł z domu i wybrał się na podbój Wiednia, Monachium i Zurychu, a drugim jest jego alter ego, zaczynający w bardzo podobnej sytuacji Michał z Polski, który przybrał właśnie tytułowy przydomek (jako że jego sławne przyrodzenie jest przez niego dumnie reklamowane jako dwudziestopięcio centymetrowy potwór). Żaden z tych chłopców nie ma przydatnych do jakiejkolwiek pracy umiejętności, za to obaj dysponują pięknymi chłopięcymi ciałami. Kapitał początkowy jest taki sam, ale ich ścieżki rozwoju zawodowego wyglądają bardzo odmiennie. Naiwna i leniwa Dianka, zupełnie nieporadna i przesiąknięta jakimś marazmem, do swego sprzedajnego procederu zawsze bierze się nie tak. Niby ma klientów, głównie starych Niemców i Austriaków w różnym stadium stetryczenia, ale nie bardzo sobie radzi z wyciąganiem od nich pieniędzy. W dodatku ma poważne problemy natury językowej, gdyż jest zbyt leniwa by się uczyć niemieckiego, i osobowościowej, ponieważ nie potrafi się odnaleźć w tym onirycznym półświatku. Skutkiem tego jest jej chroniczne zapuszczenie, bezdomność i częste pobicia. A byłoby zupełnie inaczej gdyby słuchała zaradnego Polaka.

Fynfundcfancyś to zupełnie inna liga. Ten chłopak pokazuje, że w prostytucji, podobnie jak w każdym innym zawodzie, liczą się przede wszystkim zalety umysłu, takie jak pracowitość, pomysłowość, otwartość i determinacja. Polak ma dobre, otwarte podejście do ludzi (choć katalog jego zasad życiowych dobitnie pokazuje, że wcale nie jest taki sympatyczny za jakiego uchodzi), typową osobowość ekstrawertyka, a do tego miłą powierzchowność, która po nałożeniu tony makijażu i dodaniu sterty markowych rzeczy, może nawet uchodzić za piękną. Posiadacz słynnego wielkiego penisa odwiedza te wszystkie miejsca i rozgrywa te wszystkie sytuacje, które są udziałem Dianki, tyle że wszędzie tam gdzie Dianka poległa, on odnosi spektakularny sukces, najczęściej przeliczany na marki i franki.Michal-Witkowski

Psychologia handlu

Fynf und cfancyś, którego bardzo łatwo jest utożsamiać z samym autorem (zwłaszcza po jego niedawnych występach na ściankach i portalach plotkarskich) jest bardzo wiarygodnym przewodnikiem po świecie bliskiego nam Zachodu. Chłopak kreuje się na arbitra elegancji i jednocześnie nauczyciela życia. Zna się przede wszystkim na psychologii swoich klientów, a prostytucję, bez względu na to czy chodzi o pośpieszny seks oralny w toalecie, czy całonocną przygodę w hotelu, traktuje jak każdy inny biznes. Tłumaczy nam cierpliwie co zrobić by klienta do siebie zachęcić, jak dostać od niego najwyższą możliwą stawkę, jak przejść na kolejny level i znaleźć stałego sponsora, albo co zrobić, gdy nie ma się noclegu a w kieszeniach pustki. Mnie osobiście najbardziej zaciekawiły i rozbawiły sugestie dotyczące stałego związku, dającego poczucie bezpieczeństwa i liczne przywileje. Gdyby nie to, że narrator jest prostytutką, byłby to wspaniały traktat o naturze miłości. Bez znaczenia czy to początek lat 90-tych, czy dzień dzisiejszy, niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.

Jednocześnie można się naprawdę zasmucić, gdy dotrze do nas jak bardzo to wszystko oparte jest na iluzji. Nawet coś tak naturalnego i spontanicznego jak seks może być wynikiem zimnych kalkulacji. A co dopiero gdy nie jest to zwykły seks, a mizianie skarpetą, przebieranie się za niemowlaka czy oddawanie na kogoś uryny. Aż zadziwienie bierze jak te wszystkie dziewczyny ciężko pracują i że prostytucja nie jest jeszcze społecznie poważanym zawodem. Toż tu trzeba być jednocześnie niańką, pielęgniarką, psychologiem i salową. I kto tu mówi o łatwym zarobku?

Nie wiem jak inni czytelnicy, ale ja osobiście uwielbiam książki, które pozwalają mi na przeniknięcie do zupełnie innego świata. O damskich prostytutkach pisano od wieków, ale męskie, to zupełnie nowa dla mnie jakość w literaturze. Książki Witkowskiego, zarówno Lubiewo jak i Fynf und cfancyś, to dla mnie jedna z niewielu okazji by poznać sekrety tak niezwykłego i egzotycznego zawodu. Może nie wszystkie szczegóły są tu estetyczne i przyjemne, ale za to bardzo ludzkie. Gdzie indziej dowiedziałabym się jak czuje się chłopak po odbyciu jednej nocy dwudziestu jeden stosunków płciowych, lub jak zwiększyć objętość spermy? No i do tego zachwyca mnie wprost to z jaką ironią i dowcipem (choć jednocześnie bardzo obrazowo) jest to przekazane.

Zachód jak Kinder Niespodzianka

Młodsi czytelnicy mogą tego nie pamiętać, ale na początku lat 90-tych czekoladowe jajko z plastikowym badziewiem w środku, naprawdę było dla nas symbolem luksusu. Słodycz miała dosłownie smak i zapach Zachodu i to skojarzenie wykorzystuje Witkowski by pokazać jak fascynujący, a jednocześnie jak pusty w środku okazał się dla niego (i tysięcy innych młodych ludzi) ten baśniowy kraj dostatku. Najlepiej pod tym względem opisana jest chyba Szwajcaria, która jest tu państwem jednocześnie najzamożniejszym (wszystko, włącznie z kawą , jest w Zurychu zadrożone do granic możliwości), a jednocześnie pod względem społecznym najnieszczęśliwszym. Z jednej strony mamy bogatych bankierów, którzy noszą zegarki za miliony, mieszkają w rezydencjach i płacą po 400 franków za kilka minut z chłopakiem w toalecie, a z drugiej setki dzieciaków, które umierają na AIDS lub narkotyzują się na dworcu, bo im psychika nie wytrzymała wyścigu szczurów już od przedszkola. Zresztą, nawet te wszystkie zamożne dziadki, ci dostojnie srebrnowłosi seniorzy, będący na szczycie drabiny społecznej, też są depresyjni, samotni i zakompleksieni, bo gdyby tak nie było, nie musieliby płacić za seks.

Najnowszej książki Michała Witkowskiego nie należy lekceważyć, choć niektórych może odrzucać ilość wylanych tu płynów fizjologicznych lub to, że są tu same kobiety, a każda z nich jest mężczyzną. Nie jest to też tylko powielanie formatu Lubiewa. Ta opowieść to próba odmitologizowania Zachodu, głęboka analiza psychologiczna zgnilizny, która jest nieodłącznym cieniem konsumpcjonizmu i braku własnej tożsamości.

No i jeszcze jedno. Brawa dla Witkowskiego za wcale nienachalny product placement. Dawno się tak nie uśmiałam. Mam nadzieję, że producenci słodyczy czy jeansów naprawdę się do pisarza odezwali i coś zapłacili.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *