Kosmiczna ewangelizacja w Księdze dziwnych nowych rzeczy i Oasis

Dziś bardzo tradycyjny wpis o powieści i jej telewizyjnej adaptacji. Jak wielu z was przez lata mojego blogowania zdążyło się zorientować, mam małą obsesję na punkcie Michela Fabera i jego niesamowitego dzieła Szkarłatny płatek i biały. Uważam, że to wielka i ważna rzecz, godna kultowego statusu jakim cieszy się dziś na przykład Mistrz i Małgorzata. Dla mnie to powieść doskonała, a co ciekawe, jej przeniesienie na ekran także jest niezwykle satysfakcjonujące. Podobnie rzecz się ma z Księgą dziwnych nowych rzeczy, na podstawie której stacja Amazon nakręciła pilot serialu, który ma praktycznie same dobre recenzje. Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie.

Księga dziwnych nowych rzeczy, Michel Faber

Muszę przyznać, że odkładałam lekturę tej powieści w nieskończoność, ale to nie z lenistwa, lecz ze smutnej świadomości, że jest ostatnią w dorobku autora, zapowiadającego konsekwentnie, że następnej nie będzie. Po napisaniu i wydaniu Księgi, co zbiegło się nieszczęśliwie ze śmiercią żony holenderskiego prozaika, Faber w praktycznie każdym wywiadzie wyjaśniał dlaczego nie sięgnie już po wielkie fabuły. Mój żal z tego powodu jest ogromny, ale cóż mogę zrobić? Pozostaje kontemplacja tego, co powstało do tej pory, a są to rzeczy wielkie. Z tego powodu Księga, zamiast stać się kolejną, zachłannie i szybko pochłoniętą przeze mnie lekturą, stała się powolnym czytelniczym świętem, smakowaniem każdego zdania i zadumą nad każdym nowym pomysłem.

Fabuła powieści zasadza się na pomyśle, że ewangelizacja nie powinna ograniczać się tylko do naszej planety, a winna swym zasięgiem objąć wszystkie stworzenia boże, także te zamieszkujące światy odległych galaktyk. Znajdujemy się w niedalekiej przyszłości, w której towarzyszymy młodemu (ale po przejściach) brytyjskiemu pastorowi, który został wybrany przez potężną korporację USIC do uczestniczenia w misji na odległej planecie nazwanej Oazą. Wszystko w tej sprawie jest od początku bardzo tajemnicze, ale wiele wskazuje na to, że osoby znajdujące się w tamtym miejscu, pilnie potrzebują posługi kapłańskiej. Peter, którego wiara jest silna, a żar równy pierwszym chrześcijańskim misjonarzom, przechodzi szereg testów, po czym rusza w nieznane. Jedynym cieniem na jego misji kładzie się fakt, że leci sam, bez swej ukochanej żony Bei, z którą do tej pory dzielił się każdym aspektem swego kapłańskiego żywota. Rozłąka tych dwojga jest jednym z głównych tematów powieści.

Po dotarciu na Oazę okazuje się, że ci, których Peter chciał ewangelizować, są już praktycznie wzorcowymi wyznawcami Jezusa. Obozujący na obcej planecie ludzie bywają nieprzyjemni, opryskliwi i skupiają się tylko na pracy, jednocześnie nie traktując Petera zbyt poważnie (on jest człowiekiem Boga, a oni ludźmi nauki), ale za to dla rdzennych mieszkańców pustynnej, upalnej krainy, pastor jest upragnionym nauczycielem i ukochanym przewodnikiem w wierze. Oazjanie to gatunek pokojowy, serdecznie nastawiony do wszystkiego co żyje, a przede wszystkim pragnący dowiedzieć się więcej o religii chrześcijańskiej. Po przezwyciężeniu pierwszych oporów (w końcu obcy są postury dzieci, noszą mnisie szaty i rękawiczki, a do tego nie mają twarzy tylko bruzdy przypominające wnętrze orzecha włoskiego), nasz bohater wręcz się w nich zakochuje. Jego pobyty w mieście Oazjan się wydłużają, a podczas nich pastor nie tylko prowadzi ewangelizację, ale też buduje z nowymi wyznawcami kościół oraz towarzyszy im w pracach rolnych.

Jednocześnie, pomiędzy nim a żoną, z którą może się komunikować pisemnie, narastają kolejne konflikty. Podczas gdy Peter oddaje się swemu powołaniu, na Ziemi sytuacja gwałtownie się pogarsza, z czym Bea nie radzi sobie najlepiej. Rodzą się kolejne pytania i wątpliwości związane z tym, co powinno być ważniejsze, powołanie czy obowiązki względem żony? Czy Peter kocha bardziej kobietę, czy nowo poznanych Miłośników Chrystusa?

Jeśli jeszcze nie przeczytaliście tej powieści, to serdecznie zachęcam do lektury. Jest smutna i przygnębiająca, ale przy tym zmusza do myślenia o najważniejszych rzeczach w życiu i całej historii rodzaju ludzkiego. Dla mnie jako ateistki, a przy tym wielkiej fanki wszystkiego, co wychodzi spod pióra Fabera, przeczytanie Księgi dziwnych nowych rzeczy były wielkim przeżyciem i już wiem, że na jednym razie się nie skończy.

Oasis

Sprawa z tym pilotem serialu jest dość dziwna. Mimo bardzo pozytywnego przyjęcia, Amazon nie wypuścił jeszcze kolejnych odcinków i nie wiadomo, czy w ogóle to zrobi. Z tego powodu wszyscy fani dobrego sci-fi są mocno skonsternowani, bo zwyczajnie za dobrze wyszło, by nie kontynuować tej przygody.

O ile można oceniać po samym pilocie, Oasis nie jest wierną adaptacją powieści, ale to, co najważniejsze, czyli klimat i postać głównego bohatera, pozostały z grubsza bez zmian. Po śmierci ukochanej żony, pastor Peter Leigh (Richard Madden) decyduje się na współpracę z USIC i podróż na odległą planetę. Trafia do bazy otoczonej piaszczystą pustynią, w której rezydują głównie mechanicy, inżynierowie, biolodzy i inni wysokiej klasy specjaliści, którzy twardo stąpają po ziemi. Nowo zatrudniony kapelan nie bardzo wie, po co został tu ściągnięty, nie może się skontaktować z dowódcą bazy, który go tu zaprosił, a w dodatku jakieś dziwne rzeczy dzieją się z jego niechętnym stadkiem. Planeta ma najwyraźniej jakieś ukryte moce, wyciągające z dusz ludzi ich najmroczniejsze sekrety, w efekcie czego wszyscy tutaj żyją wokół upostaciowionych wyrzutów sumienia, co zupełnie dezorganizuje pracę w kosmicznej kolonii. Niestety, gdy w końcu Peter decyduje się na opuszczenie bazy i poszukiwanie odpowiedzi, gdy staje twarzą w twarz z zakapturzonymi postaciami, które mogą (choć nie muszą) być powieściowymi Oazjanami, odcinek się kończy.

Zostajemy z masą pytań i zachwytem nad każdym aspektem tej produkcji. Podobała mi się tu zarówno gra aktorska, sposób filmowania, jak i plenery czy kocie widmo Joshuy. Nie wyobrażam sobie, by nie było ciągu dalszego.

Być jak Oazjanin

Choć autor powieści powołuje się na komiksowe, malvelowskie pierwowzory, mnie ona przypomina najbardziej Jądro ciemności na opak. Peter i jego poprzednicy, niczym Kurtz, ulegają przemianie, ale jest to najbardziej pozytywna rzecz, jaka mogła ich spotkać. Planeta, niczym dżungla z opowiadania Conrada, wyciąga z ludzi to, co w nich najgorsze i najlepsze, doprowadzając wszystkie emocje do skrajności.

Tym jednak, co mnie najbardziej urzekło, są sami Oazjanie i trzymam kciuki za serial, bo chętnie zobaczyłabym ich małe kolorowe figurki na ekranie. Te stworzenia są wspaniałe ze swą gorliwością w nauce angielskiego (nie wymawiają połowy spółgłosek, co ma rozczulająco komiczny efekt), z umiłowaniem Pisma Świętego ze szczególnym uwzględnieniem Biblii Króla Jakuba, a przede wszystkim z wiecznym stanem zen, zakorzeniającym ich w tu i teraz. Czytanie o nich miało na mnie działanie wprost terapeutyczne. Wyobraźnia Michela Fabera stworzyła paradoksalne postaci, które są zupełnie inne niż ludzie, a jednocześnie mogą uchodzić za ideał prawdziwych chrześcijan.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *