Komedie, które nie są komediami (Band Aid, Babka, Nauczycielka i dwa filmy z Virginie Efira)

Zacznę może od tego, że poprzedni tydzień był jednym z najgorszych, a na pewno najsmutniejszych w moim życiu. No po prostu katastrofa na całej linii, dół z którego nie można się wygrzebać więc się leży i patrzy co jeszcze spadnie nam z góry na głowę. Jedynym, co mogło mnie wyciągnąć z tej totalnej deprechy mogły być filmy, a konkretniej komedie, które pozwalają na chwilę zapomnieć o problemach lub utopić je w morzu wylanych ze śmiechu łez. Darek podjął wyzwanie i rozpoczął poszukiwania dobrych komedii, ale niestety, żaden z tych filmów nie spełnił swojego zadania. Jedynym, co mnie rozśmieszyło było to, że im bardziej mój mąż starał się znaleźć coś rozweselającego, tym smutniejsza produkcja się trafiała. Po obejrzeniu całej serii dołujących filmów sądzę, że dystrybutorzy robią to specjalnie, tzn, opisują co tylko się da jako komedię, wiedząc, że chętniej je oglądamy niż na przykład dramaty. Druga opcja jest taka, że zwyczajnie nie łapię zawartego w tych komediach dowcipu i tyle.

Band Aid

Jedna rada przed seansem – pod żadnym pozorem nie oglądajcie tego jeśli akurat jesteście w burzliwym, skomplikowanym, rozpadającym się związku. Jestem pewna, że takie filmu są w stanie znacznie przyspieszyć datę rozwodu lub przyczynić się do całkiem poważnych zbrodni małżeńskich. Ta skromna indie produkcja opowiada o parze młodych małżonków, Annie (Zoe Lister Jones) i Benie (Adam Pally), którzy kłócą się zażarcie od dłuższego czasu i nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić. Po kolejnej typowej wymianie zdań na temat niepozmywanych naczyń, po wielu nieudanych sesjach terapeutycznych i wykrzyczeniu sobie wszystkich żalów, nasi bohaterowie chwytają się ostatniej deski ratunku. Postanawiają założyć zespół muzyczny (Brudne Naczynia, co za nazwa!) grający piosenki, których teksty będą słowami padającymi podczas kłótni. Zwyczajnie, zamiast na siebie krzyczeć, wyśpiewują sobie żale i pretensje w garażu, a potem na scenie. Z czasem dołącza do nich ekscentryczny perkusista Dave (Fred Armisen), a zespół zamienia się w małą, bardzo dysfunkcyjną rodzinę.

Od pierwszej kłótni widać, że Anna i Ben bardzo się kochają, ale coś nie pozwala im się porozumieć. Z czasem poznajemy bolesny sekret z niedalekiej przeszłości, który jest klinem między tymi sympatycznymi, choć bardzo znerwicowanymi ludźmi. Niestety, w całym filmie, choć jest naprawdę dobry i bardzo go polecam, nie znalazłam niczego, z czego mogłabym się pośmiać, bo to samo smutne życie. Jeśli macie więcej niż kilkanaście lat i jakiekolwiek doświadczenia natury romantycznej na koncie, zapewniam, że bardzo się wczujecie w sytuację. To obraz o kulturowych stereotypach, życiowej traumie, oczekiwaniach społecznych i dorastaniu do pewnych rzeczy, ale w żadnym razie nie odbieram go jako komedii.

Wielkim plusem Band Aid jest Zoe Lister Jones (uwielbiam ją od czasu serialu Whitney), która nie tylko napisała scenariusz, wyreżyserowała film i zagrała w nim główną rolę, ale która jest także autorką śpiewanych tu tekstów piosenek. Utwory wydają się lekkie i frywolne, ale mają w sobie dużo prawdy i głębi. Z pewnością obejrzę Band Aid jeszcze raz, jak tylko humor mi się nieco poprawi.

Babka

Lily Tomlin (grająca tu babcię Elle) jest uroczą postacią, pokazującą całemu światu, że życie aktorki może rozkwitnąć po sześćdziesiątce, a Julia Garner (grająca wnuczkę Sage) to wspaniała młoda artystka, słynąca z niebanalnych wyborów filmowych i serialowych, którą widzieliśmy m.in. w Zawód: Amerykanin i w Ozark. W filmie Babka znakomicie się uzupełniają, dając fantastyczne przedstawienie, które jednak w żadnym razie nie mogę uznać za komediowe. Elle jest emerytowaną wykładowczynią, średnio znaną poetką i feministką, której niedawno zmarła wieloletnia partnerka. Wciąż przeżywa żałobę w dość ekscentryczny sposób. Pewnego poranka zjawia się u niej nastoletnia Sage, prosząc ją o pieniądze na aborcję. To już ostatni dzwonek, wizyta w klinice umówiona jest za kilka godzin, a ani jedna, ani druga nie ma pomysłu na wygospodarowanie kilkuset dolarów. Rozpoczyna się podróż Elle i Sage po znajomych starszej pani, która staje się też podróżą sentymentalną prze całe jej życie. W międzyczasie dziewczyny rozmawiają ze sobą o sensie życia, miłości, posiadaniu rodziny, ogólnie o wszystkim. Takie to dość nietypowe spotkanie starości z młodością. Obie są interesujące i inteligentne, mają silne przekonania i dość specyficzne podejście do życia (babcia jest wręcz agresywna), ale w ich trudnych wyborach, nie raz łamiących serce widza, nie widzę ani krzty humoru, no chyba że bardzo gorzkiego. Mimo wszystko polecam wnuczkom, córkom, matkom, babciom i feministkom.

Nauczycielka

Zauważyłam, że po każdym czeskim filmie spodziewam się, że będzie to komedia. Ostatnio czytałam, że nie tylko ja tak robię, a sami Czesi nie bardzo lubią filmy, które komediami choć trochę nie są. Niestety, Nauczycielka nie miała dla mnie nic z komedii, nawet z nieoczywistej i zagmatwanej czeskiej komedii (no chyba, że kogoś jakoś szczególnie bawią absurdalne realia komunistycznego ustroju). Bohaterką rozgrywającej się w latach 80-tych w Czechosłowacji fabuły Jana Hrebejki jest Maria Drezdechova, nauczycielka w średnim wieku, która jest wdową i ma siostrę zamężną z mieszkającym w Moskwie Rosjaninem. To ostatnie jest w tej historii najważniejsze, gdyż daje Drezdechovej całkowitą nietykalność w jej niecnych postępkach. Pani profesor czerpie wiele wymiernych i niewymiernych korzyści ze strony rodziców swoich uczniów, bojących się zemsty belferzycy, od której zależy przyszłość ich dzieci. Rodzice i ich pociechy muszę nie tylko sprzątać i gotować dla Drezdechovej, ale także robić jej zakupy i wyświadczać przysługi związane z ich zawodem. Gorzej mają bezrobotni czy renciści, których nie można wykorzystać. Gdy jeden z ojców się buntuje, a jego gnębiona przez panią profesor córka próbuje popełnić samobójstwo, dyrektorka szkoły zwołuje zebranie, przypominające sceny dziejące się zazwyczaj w dramatach sądowych.

Bezbronność dzieci wobec wszechwładnej pedagożki, strach rodziców przed zemstą komunistycznej władzy i przymykanie oka na wyskoki koleżanki przez resztę grona pedagogicznego, składają się na dość gorzką opowieść. Najbardziej frapująca jest oczywiście główna postać, znakomicie zagrana przez bardzo kobiecą (oczywiście wedle ówczesnych kryteriów estetycznych) Zuzanę Maurery, która z jednej strony jest wcieleniem zła i zepsucie, upajającym się władzą potworem, a z drugiej jest przemiłą, słodką i ciepłą osobą w bezpośrednim, indywidualnym kontakcie. Ale choć dałam się nabrać na opisy, mówiące, że to ciepły, sympatyczny, zabawny film, nie nabrał mnie ten wilk w owczej, kędzierzawej (trwała model z 1983 roku) skórze.

Victoria i Rodzina do wynajęcie (francuskie ,,komedie” z Virginie Efira)

Nawet francuskie komedie mi już nie pomagają, bo albo zmieniło mi się (może nigdy nie istniało) poczucie humoru, albo poziom tych filmów spada. Do niedawna byłam pewna, że przynajmniej Efira może utrzymać klasę produkcji, ale nawet ona jakaś bardziej przygnębiająca niż zabawna.

Na samą myśl o filmie Victoria robi mi się smutno, bo to bardzo frustrujący, wręcz dołujący przypadek ,,fabuły, w której coś nie wyszło, ale nie do końca wiadomo co”. Królowa francuskich komedii gra tu prawniczkę, która po rozwodzie wychowuje dwie małe córeczki, a właściwie powierza ich wychowanie przygodnym niańkom, gdyż sama jest zajęta przygodnym seksem. W pracy jej nie idzie, przyjaciele mieszają ją w osobiste rozgrywki w sądzie, a na dodatek były mąż opisuje ją w niepochlebnym świetle na swoim bardzo poczytnym blogu. Do tego jej ciasne mieszkanko wprost tonie w śmieciach, a widz musi patrzeć na odbijanie się od nich bohaterów. Życie Victorii zmienia się, gdy pojawia się w nim dużo młodszy mężczyzna, ale zdecydowanie nie jest to powtórka z Miłości po francusku. Zapewniam, że nie ma się tu z czego śmiać, a gdy do tego jest się samotną kobietą, można nawet zapłakać.

Reklamowana także jako komedia Rodzina do wynajęcia osadza się na dziwnym pomyśle znudzonego milionera w depresji, który jest gotów zapłacić biedakom, by udawali jego najbliższych przez krótki czas. Znany z ról furiatów Benoit Poelvoorde (cały czas wyglądający jak bardzo wkurzony Paweł Kukiz) jako Paul-Andre, wprowadza się do granej przez Efirę Violetty i odtąd razem, w czymś co przypomina działkową altankę, próbują się dotrzeć jako para, niby na niby, a jednak naprawdę. Wszystkiemu przyglądają się dzieci Violetty. Poelvoorde, jak to on, wścieka się, parska i marszczy, a Efira (mimo czterdziestki na karku) obnosi biust i świetne nogi w bardzo błyszczących i frywolnych kreacjach. No i taka to komedia. Coś chyba jest ze mną nie tego, skoro nie rozśmieszył mnie pan w średnim wieku cierpiący na depresję z powodu urazów z dzieciństwa, ani nawet matka tak biedna, że musi kraść kurczaki w supermarkecie.

Jest jednak pozytywny akcent na zakończenie tego przydługiego wpisu. Wczoraj przyszła do mnie pocztą nowa powieść Michała Witkowskiego pt. Wymazane i już przy pierwszych stronach uśmiałam się jak norka :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *