Kolejne francuskie komedie, których nie polecam

Francuskie komedie potrafią naprawdę pozytywnie wpłynąć na samopoczucie widzów, jednak są i takie, które w ogóle nie powinny trafić do kin. Zupełnie pozbawione uroku, za to przebogate w żenujące żarty serwowane przez słabych aktorów. W trosce o osoby, które jeszcze ich nie widziały a szykują się bo nikt ich nie ostrzegł, przedstawiam kolejne trzy francuskie tytuły, o od których lepiej trzymać się z daleka.

Wymarzony bachor (100% cashemire)

Tytułowy bachor to nieszczęsny chłopczyk z Rosji, adoptowany w nie do końca legalnych i jasnych warunkach przez parę obrzydliwie bogatych francuskich snobów. Cyrille (Gilles Lelluche) jest wiecznie zajętym biznesmenem, zdradzającym żonę Aleksandrę (Valerie Lemercier) z jej współpracowniczką. Ona nie pozostaje mu dłużna i też ma kochanka na boku, ale to bynajmniej nie przeszkadza małżonkom udawać w swoim perfekcyjnie urządzonym mieszkanku, że mają perfekcyjny związek. By broń boże nie wyszło, że są od innych gorsi, postanawiają mieć dziecko i szybko załatwiają sobie małego Alekseia (Samatin Pender). Adopcja szybko zaczyna przypominać przygarnięcie psa ze schroniska, czy parszywego kotka z piwnicy. Żadne z rodziców nie chce zrezygnować z pracy, romansów i spotkań ze znajomymi, więc szybko zostaje zatrudniona niania, która podobno zna rosyjski (co nie jest prawdą). Efektem chwilowej zachcianki zdziecinniałej, choć w średnim wieku pary, jest posiadanie w domy naburmuszonego siedmiolatka, z którym nie potrafią się porozumieć i mnóstwo wątpliwości związanych z tą sytuacją. Co prawda bohaterowie, po serii dziwacznych perypetii niby się zmieniają, ale w widzowi pozostaje przekonanie, że aby zostać rodzicem, powinno się najpierw poddać delikwentów szczegółowym badaniom psychiatrycznym.

Wymarzony bachor z Rosji

Fabuła Wymarzonego bachora jakoś zupełnie się nie klei. Niby to jest komedia, jednak nie wiem, czy roztrząsanie rodziców, czy może nie trzeba było przypadkiem wziąć tego ładniejszego chłopca z lotniska, kogokolwiek rozbawi. Moim zdaniem opiekunowie Aleksieia to bogata, ale jednak patologia. Film powstał chyba tylko po to, żeby pokazać, że postać matki to totalna wariatka, a grająca ją Lemercier jest dobrą aktorką. To pierwsze się udało, ale drugie niekoniecznie. Pani, która jest przezabawna jako mama Mikołajka, jest dla mnie zupełnie niewiarygodna jako uwodzicielska redaktorka czasopisma o modzie, no i oczywiście matka. Może z chłopcem coś było nie tego, bo z Mikołajkiem jakoś jest mniej sztywna i naturalniejsza.

Nie polecam szczególnie rodzicom, których seans może kosztować sporo nerwów.

Depresja i kumple

Depresja i kumpleTen film to jakaś porażka! Totalna parodia komedii kumpelskich podana w zupełnie niezjadliwy sposób. Film jest dokładnie o tym na co wskazuje tytuł, czyli o depresji i o kumplach. Wszystko zaczyna się od Francka (Fred Testot), którego poznajemy w czasie wczasów na Mauritiusie. Mężczyzna ma wszelkie powody, by cieszyć się z życia, a jednak wszystko go wkurza. Nie pomaga ani zabójczo piękna brazylijska narzeczona (całkowicie spoza jego ligi), baśniowa sceneria czy świadomość posiadania fantastycznej pracy (kto nie chciałby się zajmować dubbingowaniem kreskówek?). Po powrocie jest jeszcze gorzej, aż wreszcie lekarz diagnozuje u Francka depresję. Ten zwierza się trzem przyjaciołom, a ci zamiast pomóc, po kolei zarażają się fatalną przypadłością. Każdy po kolei zaczyna być przygnębiony i marudny. Najdziwniej to wypada chyba u kolegi, który jakby na przekór rodzicom, żydowskim okulistom, znajduje sobie dziewczynę nie żydówkę i w dodatku ślepą. Nie jest to jeszcze przejaw jego kryzysu. Kryzys jest wtedy, gdy ją rzuca.

Ogólnie dziwny jest ten film, wątki ma poplątane i jakoś podejrzanie niespójne. Rozmowy kumpli są do bólu typowe i przypominają wszystkie męskie rozmowy samców w kryzysie wieku średniego, tyle że wygłaszane są przez młodszych osobników. Cóż, widać teraz i faceci wcześniej zaczynają zadawać sobie pytania o sens życia. Zapewniam, że film nie jest wart uwagi, aktorstwo jest tu fatalne i już następnego dnia nie pamięta się o co chodzi. Jedyną śmieszną rzeczą w tej komedii są teksty żydowskich rodziców. O nich powinni zrobić film.

Wieczni chłopcy (Les Gamins)

Wieczni chłopcyZ całej trójki ten film jest najgorszy. To chyba też miała być komedia, ale autentycznie śmieszny jest jeden finałowy moment (przekręt w tłumaczeniu). Może od razu przewińcie sobie półtora godziny i obejrzyjcie tylko końcówkę.

Wieczni chłopcy to historia dwóch panów, starszego i całkiem młodego, którzy spotykają się w złym momencie życia i w nieodpowiednich nastrojach. Thomas (Max Boublil) jest muzykiem, który lada moment ustatkuje się za sprawą ślubu z piękną Lolą (Melanie Bernier). Nagle jednak, po spotkaniu z teściem, włącza mu się instynkt ucieczki, jak w żeńskiej wersji w Gazelach. Znudzony życiem małżeńskim i bardzo przygaszony Gilbert (Alain Chabat) dzieli się z przyszłym zięciem swoimi wątpliwościami dotyczącymi długotrwałych monogamicznych związków. Chłopak, jakby nie miał swojego rozumu, nie myśląc długo rzuca się wraz ze starszym towarzyszem w wir imprez. Oczywiście obaj zostawiają dotychczasowe partnerki samym sobie. Widać, że Gilbertowi zamarzył się powrót do lat młodzieńczych, ale oglądanie jego żenujących popisów, to żadna frajda dla widza. W ogóle patrzenie na wysiłki Chabata to średnia przyjemność. Nie wiem o co chodzi z tymi francuskimi aktorami. Panie są takie ładne, eleganckie i wyrafinowane, a panowie najczęściej wprost przeciwnie.

Wieczni chłopcy, podobnie jak pozostałe dwa filmy, nie mają w sobie nic z tego szczególnego ciepłego uroku francuskich komedii, który tak lubimy. Wszystkie reprezentują moim zdaniem żenująco niski poziom, a jedyny pożytek z ich oglądania może być taki, że potem docenimy naprawdę te bardziej udane produkcje.

Jedna myśl na temat “Kolejne francuskie komedie, których nie polecam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *