Henri Henri

W jednej z notatek na temat tego filmu przeczytałam, że to takie połączenie Amelii i Forresta Gumpa i chyba nie można tego celniej wyrazić. Główny bohater co prawda nie mieszka w Paryżu, a w kanadyjskim Quebecku, ale jest tak samo jak Amelia uroczy, dziecięco naiwny i obdarzony niesamowitą wyobraźnią. Z Forresta Henri wziął lekkie społeczne upośledzenia, które na szczęście nie irytuje, a śmieszy, no i oczywiście sprawia, że przyjemnie się ogląda takiego oryginalnego bohatera. Tak jak Forrest nasz bohater ma tylko jeden talent, ale nie jest nim bieganie, a elektryka. Choć może nie brzmi to zachęcająco, zapewniam, że dawno nie widziałam tak nastrojowego i magicznego filmu. Podobał mi się zdecydowanie najbardziej ze wszystkich tegorocznych propozycji My French Film Festival.

Kosmita z sierocińca

Henri (Victor Andres Turgeon-Trelles) jest sierotą, wychowanym w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. Tak się jakoś złożyło, że nikt chłopca nie adoptował, więc ten, zamiast rozpaczać, wrósł zupełnie w swoje środowisko. Gdy podczas zmieniania żarówki dzieciak usłyszał, że niesienie ludziom światła to dar, wiedział już, że będzie to jego życiowym powołaniem. Dorastając, przejął obowiązki woźnego, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego co dotyczyło zakonnych lampek, żyrandoli czy latarni. Gdy nastał czas wyprowadzki, Henri ruszył w obcy świat zupełnie nieprzygotowany. W zachowaniu nieco autystyczny i nie mający zupełnie o niczym pojęcia (siostry zakonne wychowywały go pod kloszem), teraz musi nagle stać się samodzielnym mężczyzną.

Czeka go trudna droga, która tylko nam się taka wyda, gdyż ten stwór z oczami małego ufnego chłopca sądzi, że życie jest łatwe, jeśli tylko człowiek odczytuje właściwe znaki. To one prowadzą go do nowego miejsca pracy (w którym oczywiście będzie zmieniał żarówki) oraz sprawiają, że poznaje niesamowitą dziewczynę, niewidomą Helene (Sophie Desmarais).

Elektryk i król korniszonów

Moim ulubionym motywem zdecydowanie jest ten z panem Binotem (Marcel Sabourin), królem korniszonów. Ten lekko zwariowany, sklerotyczny bogacz jest jednym z pierwszych klientów Henri’ego, który wymienia żarówki w jego podupadłej rezydencji. Fantastyczne jest to, jak się Henri nim zajął i w ogóle co z tego wynikło. Scena, w której Binot dostaje od Henriego własnoręcznie namalowany przez niego obraz, należy do moich ulubionych. Jaką staruszek ma wtedy minę! Ale przecież nie powie, że to kicz:)

Jeśli lubicie takie nieco odrealnione klimaty, nie przeszkadza wam baśniowa otoczka i miękkie filtr nałożony na miejskie widoczki, lub jeśli tak jak ja tęsknicie za Amelią, to zdecydowanie jest to film dla was. Nie ma tu znanych aktorów czy jakiś szczególnych fajerwerków fabularnych, a jednak na koniec czuć, że każda scena była po coś, że wszystkie wątki ładnie się spinają w finale. Henri Henri to film w sam raz na spokojny wieczór, taki co to go spędzamy pod kocem, z herbatą i bliską osobą/kotem u boku. Na Walentynki też się sprawdzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *