Yummy Mummies na Netfliksie, czyli gdyby głupota mogła latać, te panie byłyby pegazami

Ten serial to prawdziwy fenomen socjologiczny i jeśli szukacie dobrego powodu by przedłużyć subskrypcję Netfliksa, oto on. Tylko dla tego jednego reality show warto wydawać co miesiąc kilkadziesiąt złoty. Zapewniam, że takiej perełki jeszcze nie widzieliście, a przynajmniej nie od pierwszego sezonu show Kardashianów. Bohaterkami serii są ciężarne panie z Australii zatem w pierwszej kolejności zachęcam do oglądania wszystkich rodziców czy też osoby dopiero starające się o powiększenie rodziny. Jeśli jednak nie jesteście w żadnej z tych grup i tak należy Wam się porządna dawka śmiechu, też z pewnością jesteście ciekawi co się dzieje w umysłach kobiet bogatych i próżnych, a przy okazji tak nieświadomych, że nawet nie wiedzą, że swych pokładów głupoty nie wypada tak jawnie eksponować. Zapewniam, że nie pożałujecie, a może tak jak doznacie niepowtarzalnego uczucia, że pieniądze to jednak nie wszystko no i że gatunek ludzi jest jednak wewnętrznie szalenie zróżnicowany :) 

Ciąża, moda i diamenty

Bohaterkami tego show są cztery średnio młode kobiety w zaawansowanej ciąży. Trzy z nich mieszkają w Melbourne (to od nazwy ich instagramowego profilu wzięła się nazwa programu), a jedna jest rezydentką Adelajdy. Jane Scandizzo, Lorinska Merrington i Rachel Watts to wielbicielki luksusu, które nawet w ciąży nie mają zamiaru rezygnować z bardzo wystawnego stylu życia, zazwyczaj sponsorowanego przez ich obrzydliwie bogatych partnerów. Tym paniom niczego nie ma prawa zabraknąć, a ciąża jest dla nich często pretekstem do wskoczenia na kolejny poziom zakupoholizmu i promocji własnej osoby. Te urocze dziewczyny o dziecięcych umysłach nie zwalniają nawet tuż przed porodem, zajęte organizacją bardzo wystawnych baby shower (widziałam wiele ślubów skromniejszych niż te bankiety z bociankami) czy wybieraniem odpowiedniego push present od męża, który przecież powinien godnie nagrodzić trud porodu (pod znieczuleniem w luksusowej klinice), najlepiej diamentową biżuterią, rolexem czy nowym samochodem.

Oczywiście bohaterki na bieżąco komentują kolejne ujęcia z zakupu wyprawki i umilania sobie czasu specjalistycznymi zabiegami kosmetycznymi, tudzież wizytami na siłowni. Nie zapominają przy tym o sobie, a kwestia tego jak się prezentują w ciąży, jest dla nich absolutnym priorytetem (w końcu Lorinska i Jane mają za sobą udaną karierę w modelingu, a to zobowiązuje). Komentują nawzajem także co ciekawsze wymiany zdań, z których widzowie mogą wywnioskować jak bardzo te urocze panie nie są przygotowane mentalnie do roli matek. 

Nic to jednak przy ich nowej koleżance Marii Di Geronimo. Ta pocieszna trzydziestolatka z Adelajdy postanawia zaprosić trzy zupełnie obce kobiety z Melbourne na swoje baby shower kierując się oczywistą przesłanką, że wszystkie są w ciąży i kochają luksusowe marki, zatem na pewno znajdą wspólny język. Przy tej dziewczynie nawet Kim Kardashian wydaje się tytanem intelektu, a już na pewno bardzo elokwentną osobą, mistrzem retoryki. Język ciężarnej Marii ma bowiem ten szkopuł, że na połowę wypowiadanych przez nią dźwięków składa się wyraz ,,Versace”. Nienarodzone jeszcze dziecko już ma wyprawkę z logo tej firmy, cały dom Di Geronimo i jej partnera aż ocieka nowobogackim luksusem w stylu Versace, a kiczu na samej przyszłej mamie i jej rodzinie jest tyle, że dosłownie oczy bolą. Zestawienie tej panny z mimo wszystko obytymi i bardziej zrównoważonymi koleżankami z Melbourne to nieustanne źródło komicznych sytuacji. A jak do tego wszystkiego dodamy jeszcze matkę Marii, Margheritę, to robi się naprawdę śmiesznie. Mimo sześćdziesiątki na karku ta pani jest tak infantylna i próżna, że momentami aż zęby bolą. Słuchając jej wywodów na temat macierzyństwa i związków, nagle przestajemy się dziwić, że wychowała tak mądrą córkę. 

Kto bogatemu zabroni?

Ta seria mnie tak wciągnęła bo to dla mnie jak oglądanie jakiegoś fantasy. Pomijam już stan umysłowy bohaterek (oraz niestety ich zamożnych partnerów/sponsorów), ale stan ich kont to coś zupełnie poza zasięgiem zwykłych śmiertelników, szczególnie z Polski. Chodzicie do publicznej przychodni, bo nie stać Was na prywatną opiekę w ciąży, odliczacie dni do momentu pobrania becikowego, kupujecie wyprawkę z drugiej ręki, a stary może obdaruje Was w szpitalu czekoladkami, jak nie zapomni? No to przynajmniej możecie sobie popatrzeć jakby ciąża i rodzicielstwo wyglądało, gdyby konta bankowe nie miały dna. Te panie nie martwią się, że je zwolnią z roboty z powodu odmiennego stanu (bo w większości nie muszą pracować), nie trapi ich to, za co odchowają potomka, kto im pomoże w opiece i czy oby maluch będzie zdrów. Taka Maria zajmuje się bardziej skompletowaniem dla całej rodziny wdzianek od Burberry, tym, że śpioszki od Versace są za duże na noworodka, no a po porodzie trapi ją to, że nie może być już codziennie u kosmetyczki. Tutaj ubrania i kocyki za 800 $ są wyrzucane po jednym użyciu, a prawdziwym wyzwaniem jest casting na nianię, czy przebicie uszu trzymiesięcznej dziewczynce. No i oczywiście Maria, podobnie jak konkurująca z nią Lorinska, chcą by ich dzieci jak najszybciej rozpoczęły karierę w modelingu i nawet spotykają się na jednym castingu, przeprowadzonym przez dziecięcą markę ubraniową.

Żeby nie było, że jest tylko śmiesznie, u Yummy Mummies bywa też strasznie, choć same bohaterki nie czują tej grozy co twardo stąpający po ziemi, przeciętny widz z Europy Wschodniej. Mnie dosłownie włosy stanęły dęba podczas oglądania scen pierwszej kąpieli córki Marii i Carlosa. Młodzi rodzice nie mieli zupełnie pojęcia co robią, nie byli w stanie ocenić temperatury wody bez pomocy Siri i ogólnie dziwię się, że dziecko to przeżyło (poważnie, nawet pierwsza kąpiel mojego kota przebiegła sprawniej niż to widowisko, że nie wspomnę o kąpaniu niemowlaka). Porównywalną rozwagą wykazała się Maria w sprawie przedporodowego romantycznego wyjazdu, zwanego w Australii babymoon. Kto normalny jedzie do obcego miasta na dwa tygodnie przed rozwiązaniem, a potem, gdy odejdą wody, dzwoni do mamusi zamiast do najbliższego szpitala? No i był jeszcze poród Lorinski, czyli siedzenie na piłce i zmagania z ewidentnie upośledzonym partnerem, któremu ani razu nie udało się poprawnie zmierzyć czasu między skurczami. Zamiast tego małżonek pouczał rodzącą, że ,,macica jest mięśniem”. Powtórzę jeszcze raz, że przy takich scenach aż się dziwię, że dzieci przeżyły i jakoś dobrze się mają pod opieką takich rodziców. 

A tak poza tematami parentingowymi, uważam, że to reality show jest o tym, że nie ma sprawiedliwości na świcie, a dobra materialne nie są rozdzielane w sposób właściwy. Jakby nie było, te wszystkie luksusy, które oglądamy na ekranie sponsorują taki osoby jak były zawodnik AFL (nierozgarnięty mąż Lorinski), betoniarze (rodzice Marii), golibroda (partner Marii) czy fryzjer celebrytów (mąż Jane). No i nagle przestajemy się oburzać, że luksusowy styl życia Kardashianek sponsorował ojciec adwokat (choć lepiej nie pamiętać czyj) a potem ojczym/macocha  mistrz olimpijski. Normalnie współczesna arystokracja i źródło rozrywki w jednym. Nie ma co, mamy do czego aspirować :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *