Dzieciństwo wodza

Nie ma chyba gorszego uczucia dla kinomana, jak męczenie się w kinie na długim, śmiertelnie nudnym filmie. Niech sobie będzie dziwny, płytki, głupi i straszny, mogę nawet nie wiedzieć, czy to horror czy traktat polityczny, ale niech nie będzie nudno. Niestety, od czasu do czasu zdarzają się takie filmy jak Dzieciństwo wodza, po których ma się ochotę pójść do kasy i zażądać zwrotu pieniędzy za bilet. Oczywiście nie zrobiłabym tego, bo to w końcu moja wina, że dałam się nabrać na kontrowersyjny temat i intrygujący zwiastun dzieła. Że niby dowiem się czegoś o przyczynach zła? Że reżyser powie coś mądrego o dwudziestowiecznych totalitaryzmach? Wolne żarty.

Dzieciństwo sielskie, anielskie

Akcja filmu rozgrywa się na francuskiej prowincji pod koniec pierwszej wojny światowej. Ojciec tytułowego wodza (Liam Cunningham) jest wysoko postawionym dyplomatą, pomagającym amerykańskiemu prezydentowi w pracach przy Traktacie Wersalskim. Przez większość czasu jest nieobecny w dużym wiejskim domu, w którym królują jego żona (Berenice Bejo) i syn Prescott (Tom Sweet). Gdy tatuś jest akurat w domu, widzimy że to sztywny, suchy i zasadniczy osobnik, bardzo przejęty swoją polityczną misją, mniej wychowaniem syna, którym, w jego mniemaniu, powinna zająć się żona. Ta z kolei jest zbyt znudzona, a jednocześnie ma skłonności do przesadzania z konsekwencją i dyscypliną, przez co mały Prescott ma coraz bardziej gwałtowne wybuchy gniewu i wyrasta na prawdziwego małego tyrana.

dziecinstwo-wodza_1

Wszystko zaczyna się od rzucania kamieniami w wiernych wychodzących z kościoła. Mały gra w jasełkach aniołka, ale tak naprawdę ma pod skóra prawdziwego diabła. Potem jest bieganie bez ubrań, krzyki, zamykanie się w pokoju i obmacywanie nauczycielki. W ciągu tych dwóch długaśnych godzin obserwujemy jak z małego inteligentnego poligloty, którego matka chce wychować na podobnego jej obywatela świata, wyrasta pieklący się, nieposłuszny, demoniczny grzmot, który w przyszłości stanie się faszystowskim przywódcą, odpowiedzialnym za drugą wojnę światową. Co do tego zakończenie nie pozostawia złudzeń. Przy czym warto wspomnieć, że nie jest to biografia żadnego konkretnego wodza, znanego nam z historii. Film miał być zdaje się uniwersalnym studium zła, ale niestety, nic z tego nie wyszło.

Śmieszno bardziej niż straszno

Od samego początku mojemu oglądaniu towarzyszyło silne poczucie, że coś tu jest nie tak. Mamy ciekawe wprowadzenie (archiwalne zdjęcia), piękne plenery i jeszcze piękniejsze wnętrza. Do tego aktorzy o ciekawych twarzach, ubrani w bardzo stylowe kostiumy. No zapowiadało się nieźle, ale to niestety były tylko pozory. Aktorzy okazali się mało przekonywujący. Szczególnie chłopiec grający Prescotta i jego mamusia rażą nieporadnością i zwyczajnie drewnianym aktorstwem. Każda scena z ich udziałem przesycona jest sztucznością i przesadą. Ową przesadę potęguje jeszcze niefortunnie dobrana muzyka. Sama w sobie, ścieżka dźwiękowa autorstwa Scotta Walkera jest nawet ciekawa, ale w zestawieniu z filmem zyskuje niezamierzony efekt humorystyczny.

Anielsko piękne dziecko z dyplomatycznej rodziny, w którym rodzą się demoniczne skłonności, od razu przywodzi na myśl kultowego Omena. A że niestety twórcy silą się tu na powagę i porzucają horrorowe tropy, robi się momentami naprawdę niezręcznie. Patetyczna i niepokojąca muzyka zupełnie nie pasuje do nudnej jak flaki z olejem opowieści, w której tak naprawdę nic wielkiego się nie dzieje. Mamy oczywiście w tle Traktat Wersalski, ale wydarzenia domowe nie maja wielkiego wpływu na prace nad nim. Dzieciństwo wodza to w większości scenki rodzinne i to takie, które doskonale zna każdy rodzic. Wybuchy Prescotta właściwie nie odbiegają od wybryków każdego kilku czy kilkunastoletniego dziecka, a sama osobiście znam dzieci o wiele bardziej demoniczne od niego. To, że grzmot krzyczy, że nie wierzy w modlitwę, naprawdę nie robi na mnie wrażenia.

Jeśli zaś chodzi o główny punkt programu, czyli poszukiwanie źródeł wielkiego zła, to absolutnie nie ma tu żadnych odpowiedzi. Nie wiadomo co siedzi w głowie chłopca, czy zaczyna brykać bo przesadnie religijna mama za mocno dokręca śrubę, czy po prostu taka jest jego natura. Nie wiem czy to polityka, czy zwyczajnie duch czasów, a najgorsze jest to, że zupełnie mnie to już po filmie nie obchodziło, tak nudna i miałka jest ta fabuła. W dodatku, tam, gdzie jesteśmy najbliżej odpowiedzi (choć nigdy się one nie pojawiają), nasuwają się takie sugestie, że aż wstyd się robi widzowi. Można by pomyśleć, że na przykład wielkie dyktatury rodzą się z fascynacji kobiecym sutkiem, z tęsknoty za ukochaną starą służącą, albo dlatego, że pewnemu maluchowi podano niesmaczną kolację. Sprowadzanie tak ważnego problemu jak narodziny zła, do tak błahych wniosków, uważam za co najmniej niestosowne. Widać, że Brady Cobert inspirował się Białą wstążką Michaela Hanekego, ale jest mu do tego dzieła naprawdę daleko. Dzieciństwo wodza przypomina raczej tani horror klasy B i to bez pointy. Z seansu zadowoleni będą chyba tylko ci widzowie, którym wystarczy muzyka i piękne zdjęcia. Innym radzę trzymać się z daleka od tego groteskowego potworka.

4 thoughts on “Dzieciństwo wodza

  • Listopad 15, 2016 at 9:32 am
    Permalink

    Byłem w kinie na tym filmie, wyszedłem po 45min. Reszta została chyba do końca. Obawiałem się że może czegoś nie łapię, ale widzę że nie jestem osamotniony w ocenie tego „dzieła” Odradzam szkoda czasu.

    Reply
  • Listopad 15, 2016 at 12:22 pm
    Permalink

    Ja oglądałam do końca, w złudnej nadziei, że coś się wreszcie wydarzy. Rozczarowałam się strasznie. Prawdę mówiąc zazdroszczę tym, którzy wyszli wcześniej :(

    Reply
  • Pingback: Andrzej Szczypiorski, Msza za miasto Arras - Szczere Recenzje

  • Listopad 16, 2016 at 10:35 pm
    Permalink

    Recenzja w samo sedno! Niestety!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *