Diana Gabaldon, Tchnienie śniegu i popiołu

Szósty tom sagi rodzinnej Fraserów to coś zdecydowanie tylko dla największych fanów Gabaldon. Wszyscy inni mogą ją znienawidzić i rzucić książką w kąt po 200 stronach. Do niedawna sama miałam się za wytrwałą czytelniczkę i jeszcze wszystkim polecałam tę radosną twórczość, ale po przebrnięciu przez ponad 1200 stron tej prozy, zwątpiłam. Stała się rzecz niezwykła, gdyż mniej więcej w połowie nie wytrzymałam i przerzuciłam się z papieru na czytnik. Tak jak się spodziewałam, poszło o wiele szybciej (z niewiadomych przyczyn na kindlu czytam sprawniej), no i nadgarstki nieco odpoczęły od trzymania tego wielkiego ciężaru. Rzadko mam tak, że marzę o tym by już skończyć lekturę, ale sami się przekonacie, że w tym przypadku autorka i świętego wyprowadziłaby z równowagi. Przy okazji wypada zadać sobie pytanie, dlaczego nikt tego lepiej nie zredagował, nie wyciął połowy przynajmniej przed wydrukiem?

Życie w cieniu wojny

Akcja Tchnienia śniegu i popiołu rozpoczyna się w 1772 roku. Zwykłe życie jeszcze spokojnie sobie płynie w Fraser’s Rigde, ale nasi bohaterowie, Claire i Jamie, już czują oddech nadchodzącej wojny na swoich plecach. Przybyła z przyszłości lekarka wie czym skończą się coraz żarliwsze spory wśród przybyłych osadników, a także starcia z Indianami. Doraźne gaszenie ognisk konfliktu przestaje z czasem wystarczać, a robiący za dobrego szeryfa w całym okręgu James Fraser będzie musiał niedługo opowiedzieć się po którejś ze stron. Dla niego samego i dla całej rodziny będzie to trudny wybór, bo przecież szlachetny szkocki góral przysięgał brytyjskiemu królowi, a jednocześnie jest całym sercem po stronie rewolucjonistów, tym bardziej, że od żony wie, że tym razem wygrana będzie po ich stronie i zaowocuje powstaniem USA.

Zamieszki na tle politycznym nie są jedynym zmartwieniem tej rodziny. Prześladuje ich także wizja z przyszłości, czyli wiadomość prasowa o tym, ze w 1776 roku ich dom spłonie, a małżeństwo Fraserów zostanie znalezione martwe. To fatum ciąży nad całym tomem i wydawać by się mogło, że to wystarczy, ale nie. Autorka dodała do fabuły jeszcze całą serię porwać, gwałtów, mordów i spektakularnych ucieczek, a wszystko to poprzetykane sielskimi obrazkami z życia gospodarstwa, w którym pomnaża się dobrobyt, godzi ludzi i rodzi kolejne dzieci. Jak dla mnie, trochę tego tutaj za dużo.

 

W tym momencie zapewne wiele osób by zapytało, po co czytać skoro to taka nuda i chaos. To proste, ze względów edukacyjnych. O samej rewolucji amerykańskiej i powstaniu USA wiem bardzo niewiele i myślałam, że ten tom rozjaśni moją niewiedzę. Tak się jednak niestety nie stało. Fragmenty dotyczące polityki i działań wojennych są niestety bardzo mętne i pocięte. Widać, że autorka nie miała do nich tyle serca co na przykład do opisywanych żywo i z humorem scen łóżkowych między głównymi bohaterami. Niestety, nawet i te ostatnie wydają mi się już lekko nieświeże i to wcale nie przez ciągłe wspominanie potu i licznych intensywnych woni okalających ciała starzejących się już kochanków.

Jak to na farmie

Czytając obszerne rozdziały ,,domowe” zapomina się zupełnie, że to fantasy o podróżach w czasie. Od początku opisy zwykłego życia w XVIII wieku, były moimi ulubionymi częściami twórczości Gabaldon. Tutaj mi nie żal, że tekstu nie skrócono, bo dzięki szczegółowości opisów można się poczuć tak, jakby samemu było się gospodarzem na zagrodzie czy wesołą ogrodniczką. Urocze są też te wszystkie szczegóły związane z praca lekarską Claire, która nie dość, że wytwarza penicylinę, to teraz jeszcze zaczęła eksperymenty z eterem. Zresztą, czegóż ta kobieta nie robi? Poza zbieraniem ziół, uprawą ogrodu, operacjami i konsultacjami, zajmuje się też produktami spożywczymi, a opis tego, jak wytwarza kaszankę polecam tylko czytelnikom o silnych nerwach. O Jamiem nie ma nawet co pisać, bo wiadomo, że to ideał i za co by się nie wziął, to jest w tym najlepszy. W byciu farmerem jest tak samo dobry, jak w byciu żołnierzem, politykiem, dworzaninem, drukarzem czy myśliwym. A jaki z niego poliglota!

Poza chaotyczną i zbyt bogatą akcją, męczy mnie w tych książkach coraz bardziej to, że Jamie i Claire są tacy kryształowo czyści, do bólu kompetentni i anielsko dobrzy. Nawet Malva, rozwiązła kłamczucha, czy okrutny gwałciciel Stephen Bonnet, mogą liczyć na przebaczenia i akty miłosierdzia. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to straszliwe irytujące.

Coraz mniej cierpliwości mam też do drażliwej Brianny i jej dobrotliwego Rogera. Jacyś tacy dziwni mi się wydają, a ich wciąż płomienne łóżkowe wygibasy, mało realistyczne. O Ianie, pani Bug, ciotce Jokaście i reszcie wesołej kompanii nie będę nawet wspominać. Gdybym ich kiedyś spotkała, to wypadałoby nimi potrząsnąć i krzyknąć, żeby się ogarnęli. Brrr, już się na nowo zezłościłam, na samą myśl o tych postaciach, a właściwie o rozwodnionym, rozwlekłym i mylącym sposobie, w jaki Gabaldon je opisuje.

Jak zwykle jednak mam dużo sympatii do zwierzęcych bohaterów, prawdopodobnie dlatego, że nie mieli szansy przegadać swojej roli. Podziwiam konia Gideona za jego niepokorną osobowość, kota Adsa, za niebanalny dobór zabawek do czochrania (peruka McDonalda), a przede wszystkim białą maciorkę, która mieszka w norze pod domem, za to, że jest niezniszczalna i robi co chce. To opis tego jak po pożarze domu wyłoniła się spod fundamentów i z licznym świńskim przychówkiem podreptała do lasu jakby nawet nie poczuły ciepła, zostanie jako najmilsze wspomnienie z tego długaśnego tomu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *